IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Recenzje albumów i innych dokonań Iron Maiden!

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
RALF
-#Fallen Angel
-#Fallen Angel
Posty: 10097
Rejestracja: czw maja 24, 2007 11:16 pm
Skąd: Pabianice

IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: RALF » śr sie 18, 2010 12:21 pm

Tutaj zamieszczajcie swoje recenzje ostatniej płyty studyjnej Ironów.
Witness Beast On The Road:
1995 X 23 Polska, Warszawa, Torwar Arena
2000 VI 20 Polska, Katowice, Spodek Arena
2005 V 29 Polska, Chorzów, Stadion Ślaski
2007 VI 06 Czechy, Ostrava, Bazaly Stadion
2008 VIII 07 Polska, Warszawa, Stadion Gwardii
2008 VII 31 Niemcy, Wacken u. Hamburg, Wacken Open Air 2008
2010 VIII 05 Niemcy, Wacken u. Hamburg, Wacken Open Air 2011
2011 VI 10 Polska, Warszawa, Lotnisko Bemowo
2013 VII 03 Polska, Łódź, Atlas Arena
2016 VII 03 Polska, Wrocław, Stadion Wrocław
2016 VII 05 Czechy, Praga, Stadion Eden
2018 VII 20 Czechy, Praga, Letnany Airport
2018 VII 27 Polska, Kraków, Tauron Arena
2018 VII 28 Polska, Kraków, Tauron Arena

Awatar użytkownika
krusejder
-#nomad
-#nomad
Posty: 4180
Rejestracja: wt sie 10, 2010 12:46 pm

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: krusejder » śr sie 18, 2010 10:31 pm

już raz wkleiłem na forum, nie widząc tego wątku

wrzucam raz jeszcze - dla zagajenia dyskusji

Ciężko jest czekać na płytę jednego z ulubionych zespołów, jeszcze trudniej jest w miarę obiektywnie zrecenzować album, który właśnie się ukazał. Jestem fanem Ironów dzięki takim płytom jak Fear Of The Dark (1992) czy wcześniejszym klasykom takim jak The Number Of The Beast i Powerslave. Ale takiej muzyki opartej na szybkich metalowych killerach zespół ten już nie gra. Po powrocie Dickinsona i Smitha AD 1999 z płyty na płytę Iron Maiden staje się coraz bardziej "progresywny", tj. lubuje się w nagrywaniu długich utworów opartych na schemacie: wolne intro, rozwinięcie, wolne zakończenie. Jakkolwiek nie zachwycam się tą manierą, to pokochałem całem sercem poprzedni LP moich ulubieńców "A Matter Of Life And Death" (2006). Były tam 2 perły - The Legacy i For The Greater Good of Good oraz 8 zacnych, solidnych numerów. Płyta miała wymowę jednoznacznie militarystyczną, do czego przyczyniała się fantastyczna okładka pokazująca Eddiego i jego zombiowatych kumpli jako pluton na polu walki. Trudno było nie mieć skojarzeń z Waffen SS Totenkopf lub inną równie elitarną formacją.

Po tych reminiscencjach pora napisać o "The Final Frontier". Już pierwszy singiel z płyty - "El Dorado" - zwiastował powrót do chudszych lat Maiden. Zespół dogonił, a nawet minął "Wildest Dreams" z LP "Dance Of Death", który dotąd "cieszył się" wśród fanów niechlubnem mianem najgorszego singla w karjerze grupy. Również megakiczowata okładka przebiła fatalny cover wspomnianego już powyżej "Tańca ze śmiercią". Wrażenia nie poprawił również drugi utwor ujawniony przed premierą CD, tytułowy The Final Frontier. Niestety, koloratura w głosie Bruce'a gdzieś się zagubiła a płaska produkcja utwierdzała mnie w przekonaniu, że Kevin Shirley jest najbardziej przereklamowanym dźwiękowcem w przemyśle rockowym.

Nie jest łatwo przesłuchać całego Frontiera za jednym zamachem. Na płycie jest niemało dłużyzn. Długość utworów nie ma nic wspólnego z rockiem progresywnym, muzyką opartą o wielokrotne zmiany melodyj. Progresywność Maiden polega na graniu przez 5 minut tych samych dźwięków. No i na długich intrach. Dickinson ma do wyśpiewania mnóstwo tekstów, z których jednak nie zawsze coś wynika. Może 'Arry chce sprawdzić jego pamięć na koncertach ...

Wracając do naszych baranów ... Po kuriozalnem intro ("Satelite 15") oceniamy, że zmarnowaliśmy już ze 3-4 minuty. Niestety, po nich mamy dwa kolejne, omówione już numery. Który słuchacz to przetrwa, ten dostaje w nagrodę "Mother Of Mercy" i "Coming Home". Relatywnie krótkie piosenki (poniżej 6 minut każda) okraszone chwytliwemi refrenami to niestety rzadkość na tej płycie. Po tym pierwszym szczycie czeka na nas "The Alchemist", utwór niby szybki, niby ciężki. Niby dobry, można by rzec. Nie porywa bowiem niczym. W dawnych dobrych czasach nie byłby nawet B-sidem. Nie powstałby.

Druga część płyty to 5 kawałków swoiście progresywnych. Trwają łącznie 45 minut, co daje imponującą średnią 9 minut na sztukę. Po pierwszem - drugiem przesłuchaniu dochodzi się do wrażenia, że stanowią gorszą kontynuację "A Matter of Life And Death", bowiem niewiele różnią się od swoich poprzedników. Dopiero bliższe wsłuchanie się umożliwia ich odróżnienie i ocenę. Moim bezapelacyjnym faworytem jest kończący płytę "When The Wild Wind Blows", piękny epicki utwór obdarzony wieloma ciekawemi melodjami. Ma również i inne zalety - linję wokalną odmienną od braci oraz inteligentny tekst Harrisa, nawiązujący do filmu o tym samym tytule. Lubię również "The Man Who Would Be King" - kawałek nawiązujący do czasów Wirtualnej jedenastki. Coś w sobie ma też "Starblind", w którym riffy gitarowe brzmią jak w starym Black Sabbath. Niestety, w tej piosence najbardziej irytuje śpiew Dickinsona - niepotrzebnie nazbyt wysoki, nieadekwatny do jego niskiej formy wokalnej. Pozostałe dwie piosenki "Isle of Avalon" i "The Talisman" jakoś mnie do siebie nie przekonały. Byłyby dobrymi zapychaczami singli, które kupowałbym wówczas chętniej.

Podsummowując: płyta jest gorszą wersją AMOLAD, a jej najsłabszemi stronami są wokal Bruce'a Dickinsona i reżyserja dźwięku Kevina Shirleya. Zaś zalety to "When The Wild Wind Blows", "Coming Home" oraz "Mother Of Mercy". Z ogółu recenzji należy napisać smutną prawdę: The Final Frontier to najsłabsza płyta, jaką wspólnie nagrali panowie Steve Harris, Bruce Dickinson i Adrian Smith. To być może najsłabsza jak dotąd płyta Iron Maiden.
\m/ TRASA 2018: 12.01 Hellhaim, 21.01 AccepT, 3-4.02 Nocny Kochanek, 18.02 Heartrockowanie, 24.02 White Highway, 3.03 Saxon, Diamond Head, 6.03 Rhapsody, 11.03 T. Zwijsen & co., 19.03 G3, 21.03 Ray Wilson, 23.03 Kult, 25.03 Sunnata, 8.04 Magnum, 9.04 Helloween, 14.04 Bracia, 20.04 Rainbow, 25.04 Neuronspoiler, 28.04 Metallica, 4.05 Turbo, 5.05 Bryan Adams, 17.05 Dio - King Rock N Roll, 18.05 Manilla Road, 26.05 Iron Maiden, 8.06 Pokolgep \m/

Awatar użytkownika
Rockit
-#prodigal son
-#prodigal son
Posty: 35
Rejestracja: sob cze 12, 2010 11:52 am

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: Rockit » pt sie 20, 2010 5:46 pm

Trzeba przyznać, że płyta jest beznadziejna....

Awatar użytkownika
Zilian
-#long distance runner
-#long distance runner
Posty: 800
Rejestracja: wt cze 08, 2010 12:39 pm
Skąd: Głogów

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: Zilian » pt sie 20, 2010 10:47 pm

Wreszcie po wielu nieprzespanych nocach na półce w Media Markcie odnalazłem swoja "Finałową Granicę". Kupiłem zwykła wersje za 56,99 zł. Po zapłaceniu od razu otworzyłem pudełko. Poligrafia moim zdaniem bardzo ładna. Okładka dużo zyskuje gdy patrzy się na nią w rzeczywistości a nie przez ekran monitora. Logo ciekawie zrobione (prześwitujące logo wygląda super xD) Książeczka ładna, ładne grafiki jednak brakuje trochę zdjęć zespołu Nadruk na płycie troszkę inny niż zwykle i trochę nie w stylu IM. Jednak Mimo tego poligrafia jest bardzo ładna moim zdaniem i w skali od 1 do 6 dałbym jej spokojnie 4. Zyskuje też w moich oczach gdyż dominuje kolor niebieski jeden z moich ulubionych

No to wkładamy płytę do odtwarzacza
1a.Satellite 15... - "Intro" ciekawe kojarzy mi się z początkiem jakiegoś filmu sf Jest ciekawie nawet bardzo ciekawie. Słuchając ma sie wrażenie że zaczyna się coś niesamowitego. Obyśmy się nie rozczarowali. Głos Bruca brzmi moim zdaniem dobrze jednak jakoś tak hmm trochę inaczej

1b. The Final Frontier - jeśli ktoś mówi że mp3 nieróżni się niczym od oryginału jest porostu głuchy, dźwięk mnie wgniótł w krzesło od razu utwór w moich uszach zyskuje bardzo fajnie się go słucha. Przyjemny, ciekawy, moim zdaniem fajne solówki (wybredny nie jestem), głos Bruca wszystko to składa sie w bardzo miłą dla ucha całość. Utwór w skali od 1 do 6 dostaje 4+

2. El Dorado - wstęp i zakończenie bym tego utworu bym wywalił i nikt by za tym nie płakał w ogóle jakaś taka nie spójną całość z tego wychodzi. I znów dźwięk oryginału robi swoje utwór na płycie brzmi lepiej niż to co mieliśmy okazje słuchać w internecie. Jako ze słyszałem go już wcześniej nie robi na mnie takiego wrażenia. Przekonałem się do tego utworu dużo wcześniej i z czystym sumieniem mogę dać mu 3

3. Mother Of Mercy - pierwsze skojarzenie BNW. Miła dla ucha melodia. Poczatek wydaje się być opowieścią obrana w muzykę. Trochę wkurza mnie to "spowalnianie" rozkręcenia się utworu ale czepiam się Słychać w pewnych momentach że Bruce ma problem z nadarzeniem z tekstem ale w sumie fajnie to wyszło widać że się starają chłopaki Utwór ni to szybki ni wolny. Jednak podoba mi się, jest właśnie taki jaki chciałem żeby był Iron Maiden w czystej postaci Nie powiem troszkę mnie zaskoczył ten utwór ale pozytywnie. Otrzymuje 4

4. Coming Home - początek bez polotu, jednak gdy zaczyna się wokal utwór odrazu staje się ciekawszy Nie mogę powiedzieć że jest to zły utwór ale słuchając go wydaje mi się że to taki wypełniacz. jakoś nie porwał mnie zbytnio chociaż, zaśpiewany jest bardzo ładnie a słowa "Coming home far away" w ustach Dickinsona brzmią czarodziejsko Utworowi dał bym 3. Podobnie do El Dorado bo podejrzewam że podobnie jak z El Dorado trzeba się z nim oswoić.

5. The Alchemist - poczatek szalony myślałem że będzie to coś z mega wykopem jednak troszkę się pomyliłem. Utwór jak utwór. Nie mam się do czego przyczepić jednak w porównaniu do np: Mother Of Mercy wypada trochę blado, na razie najsłabszy utwór na płycie dostaje, no właśnie 2 trochę mało 3 w porównaniu do Coming Home za wiele wiec dostanie 2,5 Jeśli "Coming Home" to miał być wypełniacz jak napisałem powyżej to ten utwór to drożdże żeby było wszystkiego więcej xD

6. Isle Of Aualon - zaczyna się super delikatnie, niepewnie tak jak lubię Rozkręca się powoli i to bardzo powoli ale gdy osiąga maksymalna prędkość jest jak uderzenie lokomotywy Przejście z powolnej kompozycji do szybszych rytmów jest bardzo ładne Utwór nie kojarzy mi się tak naprawdę z niczym co wcześniej skomponowali Maideni. Jest świeży i to jest jego ogromny +. Intro i wolniejsze wstawki kojarzą mi się z Królem Arturem xD Utwór zróżnicowany szybciej - wolniej. wszystko to składa się na bardzo ładna całość i spokojnie temu utworowi można dać 5

7. Starblind - pierwsze skojarzenie znowu BNW. Utwór wydaje mi się trochę taki nie poukładany i hmm no nie podoba mi się, jednak refren jest fajny i tu pojawia się zbieżność xD Na dzień dzisiejszy nie zanosi się żebym wracał do niego z sentymentem. Szkoda bo ma prawie 8 min i dla mnie jest to 8 min niczego ciekawego. Moim zdaniem słabszy od The Alchemist i dostaje ode mnie 2.

8. The Talisman - AMOLAD. Wydaje się ż eten utwór nie wszedł na poprzednia płytę i został wsadzony tutaj. Wejście wydaje się taki trochę psychodeliczny xD Kojarzy mi się z stara babcią siedząca na okrągłym stole i kręcącą się w kulko (lubię wymyślać takie scenki i przypisywać je utworom [jestem normalny]). Poczatek morze trochę rozczarowywać jednak gdy się rozkręci naprawdę ciekawa nuta leci z głośników i podobieństwa do AMOLAD rozmywają się jednak nie znikają. Jednak utwór nie jest nudny, może nie tyle co nudny ale niema tej sennej otoczki którą moim zdaniem posiada wiele kompozycji z AMOLAD. Na początku bałem się że będzie to kolejny wypełniacz jednak podoba mi się ten utwór i daje mu 4

9. The Man Who Would Be King - ten utwór kojarzy mi się z poprzednimi kompozycjami Im jednak nie mogę podać dokładnie z jaka Utwór nie porywa mnie wsłuchuje się w niego i wsłuchuje i nic. Brakuje mu jakiegoś takiego czaru. Nie jest zły podejrzewam że jak z większością gdy się z nim osłucham będzie zupełnie inaczej jednak liczy się pierwsze wrażenie bo jest najbardziej obiektywne Tak od siebie dałbym temu utworowi 3 i myślę że bym go ani nie skrzywdził ani nie kokietował .

10. When The Wild Blows - Najdłuższy utwór na płycie i największe oczekiwania czy będzie nowymi "Rymami" zobaczymy. Intro delikatne i przyjemne dla ucha ładnie komponuje się z odgłosami wiatru i głosem Bruca. Przejście w szybszy rytm bezbłędne gęsia skórka na rekach oczekiwania rosną Melodia jak na razie super ucieleśnienie IM Solówki jakoś za bardzo mnie nie porywają ale jako całokształt prezentują się bardzo ładnie, melodyjnie.
Utwór morze być uczta dla kogoś kto lubi słuchać głosu wokalisty jak i dla kogoś kto lubi długie instrumentalne kompozycje bo tutaj zamknięte sa oba te gatunki utworów Głos Bruca brzmi jakby opowiadał nam jakaś historię. Utwór jest nie tyle śpiewany co właśnie opowiadany i to jest jego +.
Utwór klasa co chwila patrzyłem na wyświetlacz bo chciałem sie upewnić że dużo do końca zostało. Najmocniejszy utwór na płycie daje mu bez niczego 6. Nie nudził mnie byłem ciekawy co będzie dalej jakie dźwięki popłyną z głośników. Ucieleśnienie IM.

Tak wiec płyta moim zdaniem dobra. Dostaje w mojej skali 4 Miło mi się jej słuchało nie znudziła mnie. Cieszę się że nie słuchałem pirata wcześniej. Moim zdaniem chłopaki stanęli na wysokości zadania i chwała im za to. To moja pierwsza recenzja czegokolwiek tak wiec proszę mnie nie besztać jak coś hehe xD Chciałem się z wami podzielić moimi odczuciami ma temat nowej płyty. Pozdrawiam wszystkich. UP THE IRON'S
Slayer 05.06.2007 Katowice
Iron Maiden 07.08.2008 Warszawa
Iron Maiden, Motorhead 10.06.2011 Warszawa

Awatar użytkownika
RALF
-#Fallen Angel
-#Fallen Angel
Posty: 10097
Rejestracja: czw maja 24, 2007 11:16 pm
Skąd: Pabianice

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: RALF » pn sie 23, 2010 10:16 pm

RECENZJA”The Final Frontier”(2010).

Po czterech latach oczekiwań na światowym rynku wydawniczym, ukazał się 15 album studyjny, legendarnej i niezwykle zasłużonej formacji dla cięższych odłamów rocka, – Iron Maiden. Rok 2010, to czas kilku jubileuszy w dziejach grupy, kierowanej przez niezmordowanego Steve’a Harris’a.

W kwietniu obchodziliśmy 30 – lecie premiery ich debiutanckiego albumu „Iron Maiden” (1980), zaś letnia trasa koncertowa, uwieńczona jak zawsze wielkim sukcesem, w dużej mierze związana była z obchodami 35 – lecia istnienia formacji.

Jeszcze wiosną świat obiegła wieść o zawartości zbliżającego się krążka studyjnego, – „The Final Frontier” (2010). Jego produkcją, tradycyjnie już - zajął się Kelvin Shirley (Aerosmith, Led Zeppelin, Joe Bonnamassa, Dream Theater, Slayer, od 1999 – Ironi). W przeciwieństwie do poprzedniego albumu „A Matter Of Life And Death” (2006), cały okres rejestracji materiału objęto ścisłą tajemnicą.

Wiadomo było, iż panowie zamknęli się w słynnym „Compass Point Studios”, - to tutaj powstawały jedne z najsłynniejszych płyt („Back In Black” AC/DC), w końcu przed 25 – laty sami Iron Maiden pracowali w tym przybytku, nad swoimi najznamienitszymi albumami: ”Piece Of Mind” (1983), „Powerslave” (1984) i najpopularniejszym w USA: „Somewhere In Time” (1986).

I tym razem muzycy rejestrowali poszczególne ślady, przebywając w jednym pomieszczeniu, wszystko celem zachowania jak najbardziej naturalnej atmosfery całości, w zamyśle, – odzwierciedlającej sceniczny „live – sound” Iron Maiden.

Kiedy 16 VIII 2010 na sklepowych półkach zagościł „The Final Frontier” – miliony fanów zespołu, miało okazję zakosztować ich muzycznego delikatesu. Już w przedpremierowych wywiadach, muzycy deklarowali, iż tym razem „przedefiniowali samych siebie, eksplorując nieodkryte dotąd terytoria i eksponując progresywne inklinacje, na skalę o wiele szerszą niż kiedykolwiek wcześniej”.

Wiele mówiła sama zawartość albumu – 10 kompozycji, bo trudno nazwać propozycje Brytyjczyków „piosenkami”, zamykających się w 76:36 minutach czasu bieżącego. Średnia może imponować – bagatela: 7:40 na ścieżkę. W kontekście skłonności kompozytorskich Harris’a i co. do form epickich – jest to swoisty rekord.

Przyznam szczerze. Premierowe przesłuchanie nowej propozycji Maiden, zaowocowało istnym szokiem. Tak ten zespół jeszcze nie grał i nie jest to bynajmniej kryptoreklama. Otwierająca całość kompozycja „Satellite 15… The Final Frontier”, trwa dobrze ponad 8 minut i składa się z dwóch części, przewidzianych do samoistnego zaistnienia, - jako intro + hard rockowe dopełnieni: „The Final Frontier”.

Pierwsze dźwięki zadziwiają, zmodulowana elektronicznie partia basu, ciężki, niezwykle mroczny riff, plemienne bębny. Mało tego, – sporo efektów elektronicznych na tle transowego podkładu. Czy to na pewno ten „znany i lubiany Iron Maiden” !? Ten zespół w ten sposób nigdy nie grał, czyżbym przez pomyłkę załadował CD NIN (…)

W końcu Dickinson melorecytuje pierwsze strofy kompozycji:

Próbuję nawiązać kontakt z ziemskim punktem dowodzenia
Desperacja w moim głosie
Zbaczam z wyznaczonej trasy
Nie mając większego wyboru

Samotność nie do zniesienia
Próbuję stłumić mój strach
Mając nadzieję, że
złapię kontakt

Rozpaczliwe próby...
Sygnał zwrotny z Satelity
Gdy całe moje życie
przebiega mi przed oczyma

Jednak „industrialny” podkład wcale nie milknie, mało tego – wbrew wszelkim oczekiwaniom, przybiera na intensywności. Nasze uszy atakuje beat automatycznego samplera. Cóż, mieli panowie najwyraźniej potrzebę odświeżenia własnego stylu i dokonali tego, poprzez eksperymenty dźwiękowo-aranżerskie.

Oczywiście, nie mogło zabraknąć czystej krwi hard rocka, druga część kompozycji (właściwe „The Final Frontier”) – to najbardziej klasyczny ciężki rock, jaki ten zespół kiedykolwiek wykonywał. Miło słucha się Dickinson’a śpiewającego bez zbytniego zadęcia, na ogromnym luzie. Kolejny numer, znany z darmowego singla MP3 „El Dorado”, - to próba odtworzenia heavy metalowego stylu Maiden, z lekkim wpływem progresji i dość osobliwym, stłumionym wokalem Dickinson’a. Nie powala na kolana, ale do wstydu też daleko… Jak dla mnie zdecydowanie najmniej interesujący fragment albumu.

Na uwagę zasługuje wspaniale wykonany, rozpisany i opatrzony pacyfistycznym komentarzem w stylu Maiden, - „Mother Of Mercy”. Znośny patos, podniosły refren i zapadający w pamięć tekst:

Siedzę, czekając na najczarniejszą godzinę,
która przyjdzie
Nie mogę myśleć o czynach,
których dokonuję
Nie trzeba być głupcem, by zobaczyć
Że wierzę
Akceptuję konsekwencje
Żałuję za wszystko, co robię

Mówisz mi, co jest oczywiste
Ale ja powiem ci, co jest prawdziwe
Mówisz mi, czym jest uczciwość
Gdy dookoła tylko śmierć
i okrucieństwo

Mężczyzną czyni ogień …
Na pewno nie uleganie własnym pragnieniom
Prawda, która kłamie
Jedyna rzecz…
Matka Miłosierdzia
Anioł pragnienia śmierci
Matka Miłosierdzia
Zabiera mój ostatni wdech ognia

Jak zawsze, Maiden stanęli na wysokości zadania. Ten właśnie utwór może na dłużej zagościć w koncertowym repertuarze zespołu i nie zdziwi mnie, jeśli zaskarbi sobie sympatię rzesz ludzi, wypełniających stadiony. Progres – progresem, ale ci którzy pokochali zespół przed laty, znajdą na „The Final Frontier”(2010) coś dla siebie.

„Coming Home” to z kolei ballada w najlepszym, ironowym stylu. Jest tu liryzm, żar w głosie i sercu Bruce’a no i ten refren, – nic tylko wtórować frontmanowi. Polecam liryczną, nieco bluesującą solówkę w środku utworu, – klasa.

Przeczytałem na jakimś forum tematycznym, iż na recenzowanym albumie brakuje „prawdziwego ciosu”, być może. Dla spragnionych obłędnego „headbangingu” polecam „The Alchemist”, nawiązujący do rytmiki i dynamiki takich kompozycji jak „Be Quick Or Be Dead” czy prawdziwego przeboju z „ery Blaze’a”: „Man On The Edge”. Zaznaczam, iż panowie pokombinowali tutaj aranżacyjnie, dlatego wspomniany „killer”, może okazać się dużo mniej przewidywalnym, niż poprzednie standardy.

Po pięciu kompozycjach i 31 minutach czasu, kończy się pierwsza część albumu (oczywiście to podział umowny, nieformalny), mimo wszystko – najbardziej konwencjonalny, w zakresie odniesień do klasycznego oblicza Maiden.

Kolejne pięć kompozycji trwa bowiem sumarycznie… 46 minut i jest w nich tyle pomysłów, co w całej dyskografii licznych epigonów Słynnych Brytyjczyków, pod wodzą Harris’a. Właśnie, powszechnie znaną jest skłonność basisty i naczelnego kompozytora Ironów do ”dużej, epickiej formy kompozytorskiej”. Wszyscy też wiemy, że jest w „te klocki” dobry nawet bardzo.

Na „The Final Frontier”(2010) firmuje swym nazwiskiem wszystkie kompozycje, oczywiście nie bez współpracy z pozostałymi kolegami. Pierwszy „kolos” z serii, - to baśniowy „The Isle Of Avalon”. Spokojny początek, narracja Dickinson’a, szum wiatru i ptasi skrzek. Cóż, już wielokrotnie w przeszłości Maideni eksponowali patent z „lirycznym wstępem”, można zadać pytanie, kiedy im się to znudzi…!?? Trzeba jednak przyznać, iż są w tym dobrzy a pan wokalista po raz kolejny eksponuje swe teatralno – aktorskie umiejętności.

Kiedy Bruce deklaruje: „Mother Earth, - I can feel You…” – dreszcz przebiega po plecach. Atmosferę egzaltacji tworzą wręcz artystycznie, oczywiście mamy tutaj paletę wszelkich barw i emocji, przyspieszenia, kontrolowany jam i zabawy rytmiką, w stylu Rush czy nawet King Crimson.

Podobne patenty, z różnym natężeniem muzycy wykorzystywać będą już do końca krążka. Powtarzalność, autoplagiat – czy może, konsekwencja aranżacyjna? Chyba raczej to drugie, bo wszystko wydaje się być doskonale kontrolowane, ściśle podporządkowane progresywnej dyrektywie albumu, no i zdecydowanie mniej przewidywalne, „oczywiste” niż przed laty. Na mnie nieco mniejsze wrażenie robi „Starblind”, – najkrótszy z całej piątki kompozycji (7:48), oparty na wibrującym, nieco psychodelicznym riffie, z emocjonalnym śpiewem Bruce’a.

Na uwagę zasługuje tajemniczy „The Talisman”, - z początku aż nazbyt kojarzący się z „The Legacy” z poprzedniego dzieła Maidenów – „A Matter Of Life And Death” (2006). Maideni nie byliby sobą, gdyby nie zaserwowali nam podniosłego, klasycyzującego wstępu na „pudłach”, ewidentnie nawiązującego do aranży Yes, z najlepszych lat. Oczywiście, to ciągle ciężki rock i nieco stonowana atmosfera introdukcji kompozycji, została złamana mocną, hard-rockową jazdą.

Mocny fragment, znów niestandardowo połamany rytmicznie, nie pozbawiony odrobiny innowacyjności.

Nie inaczej jest w kolejnym opusie Maiden 2010 – „The Man Who Would Be King”. Niby wszystko, co słyszymy, już kiedyś było, – ale ten głos, ta podniosłość i plamy klawiszy w tle, robią swoje. Standardem płyt Iron Maiden, od zawsze były zaśpiewy chóralne w stylu „oooo-ooo-oo”.

Polecam wsłuchanie się w codę utworu, w tle wmiksowano elektronicznie przetworzone „ooo – wanie” Bruce’a i brzmi to znośniej, niż powtarzanie tegoż patentu w standardowej (wyeksploatowanej) formie. Cóż, po zaledwie czterech utworach dochodzących łącznie do 35 minut (!!!), możemy poczuć przesyt formy epickiej. Dla tych wszystkich, którzy podołali wyzwaniu, Ironi przygotowali swóje „grande finale” piętnastego albumu studyjnego.

11 minutowy kolos „When The Wild Winds Blow” zaczyna się złowieszczym szumem wichru, tym razem długi wstęp urozmaicono gitarową miniaturką, w stylu tej z początku klasyka „Fear Of The Dark”. Kiedy Bruce uzupełnia linię melodyczną melorecytacją:

Słyszałeś, co powiedzieli w dzisiejszych wiadomościach?
Słyszałeś, czego wszyscy doświadczymy?
Świat, jakim go znamy, zbliża się ku końcowi
Czy słyszałeś, słyszałeś?

Widzi ich w oddali, gdzie toczą się ciemne chmury
Czuje napięcie w atmosferze
Gdyby spojrzał w lustro, ujrzałby starego już mężczyznę
Czy to ważne, że w jakiś sposób przetrwali?


…skóra cierpnie na całym ciele. Nic dziwnego, w warstwie lirycznej to peryfraza słynnej książki katastroficznej Raymond’a Briggs’a o tym samym tytule. Rzecz kultowa, - posłużyła swego czasu za kanwę filmu i słuchowiska radiowego, zrealizowanego dla BBC.

Maideni od 30 lat, w stopniu mniej czy bardziej wyrafinowanym, korzystali z dzieł kultury wysokiej (film, batalistyka, powieści i wydarzenia historyczne) czy zaangażowanej pacyfistycznie wypowiedzi literackiej. Nie dość przeczytać tytuły wielu, dziś już klasycznych kompozycji. Przyznam, że ja nigdy nie postrzegałem Ironów jako „typowy, metalowy band” – bowiem na tle pozostałych wymiataczy, często bez opamiętania gwałcących swe biedne instrumentarium, - Maideni byli artystycznie daleko, daleko przed innymi. Truizmem byłoby przytaczanie oczywistych faktów, z przebogatej skarbnicy osiągnięć i zasług grupy, dla kreowania wizerunku najcięższego odłamu rock’a.

Kontynuując chwalebną tradycję i tym razem Harris zaserwował nam nietuzinkową kompozycję. Radzę zapoznać się z tekstem, - tym razem szef Maiden świetnie przetransponował wątki z powieści, na warstwę strukturalną utworu.

„When The Wild Winds Blow” wciąga i przyznam, że z całego albumu, bardzo udanego, robi chyba najwspanialsze wrażenie. Po serii licznych zmianach klimatu, tempa, dramatycznych solach gitarowych, - powraca wyciszenie znane z intra – w końcu otula nasze uszy złowrogi szum szalonych wichrów, dociera do świadomości słuchacza okrutny dramatyzm kompozycji. W rzeczy samej: niezwykłej, nietuzinkowej, pięknej.

Prawie 77 minut minęło. „The Final Frontier” (2010) nie jest albumem łatwym, Iron Maiden już od dawna nie jest też „typowo metalowym” zespołem. Cóż, tym razem zaproponowali jeden z najtrudniejszych, najciekawszych, najbardziej złożonych materiałów w swojej karierze. Pod względem aranżacyjnym, strukturalnym jest tu wiele nawiązań do patentów znanych z kontrowersyjnego, dziś jednak docenionego albumu „The X – Factor” (1995). Niemniej, w porównaniu z tamtym krążkiem, ambicje instrumentalistów poszły zdecydowanie dalej.

Osobiście cenię sobie artystowskie dokonania progresywnych grup lat ’70-tych XX-ego wieku, z Pink Floyd, Genesis, King Crimson, Rush i Jethro Tull, na czele. Spodziewałem się, iż w pewnym momencie, pierwiastek progresywny będzie odgrywać znacznie większą rolę w kompozycjach Ironów, – niż oklepany heavy metal, w temacie którego, panowie wielokrotnie powiedzieli swe ostatnie słowo.

Nie za bardzo mogę pogodzić się z opiniami „metalowców”, rozczarowanych takim obrotem sprawy. Oczekiwali z pewnością 40 – minutowej płyty z dziesięcioma wariacjami na temat „Run ToThe Hills”. Cóż, tego typu utworów Brytyjczycy serwowali światu bez liku. Zawsze można odtworzyć sobie, któryś z ich wczesnych albumów, względnie - udać się na koncerty z cyklu „tras historycznych”.

Maideni otworzyli się na szerszą grupę odbiorców, album można z czystym sercem polecić miłośnikom form progresywnych, fanom hard rocka, ambitnie zaaranżowanego heavy i … dobrego rocka. To wspaniałe, iż po tylu sukcesach, 35 – latach istnienia, wybitnej pozycji w historii gatunku, Iron Maiden zaproponowali piętnasty album studyjny, budzący ożywione dyskusje, skłaniający do przedefiniowania opinii o zespole, zaprzęgniętym w kierat monolitycznego stylu.

Jestem ciekaw, jak też te utwory zabrzmią w przyszłym roku na wielkich estradach!? Już wiemy, że ta trudna w odbiorze płyta odnosi wielkie sukcesy na ogólno-światowych rankingach bestsellerów. Zdecydowanie będzie to najwyżej notowany album w karierze Maiden, z uwzględnieniem wielu ogromnych jak i tych „egzotycznych” rynków. Sentyment, pokłosie czteroletnich oczekiwań, czy też efekt w trudzie kreowanego statusu zespołu ?!

Jeszcze przed premierą dużo się mówiło o szacie graficznej płyty. Poligrafia bookletu CD robi sympatyczne wrażenie, ciekawe grafiki, pomysłowe szkice Melvin’a Grant’a, - w końcu cover paint. Cóż, koncept EDDIE’go-kosmity, w opuszczonym wraku bazy międzyplanetarnej aż kłuje kiczem w oczy, niemniej samo wykonanie autorskie, – nie zawodzi.

Kolejna kwestia sporna, to brzmienie albumu. Kevin Shirley przyjął na swą długowłosą głowę, całe hektolitry pomyj, wylanych przez piewców Birch’a. Może to i racja, że facet nie dorównuje legendarnemu „magowi konsolety”, aczkolwiek w przypadku „TFF” – pewna nonszalancja i organiczność audialna, mogą wydawać się zaletą. Dlaczego (??) – odpowiedź wydaje się niezwykle oczywista. Otóż, 95% obecnie proponowanych płyt, w warstwie brzmieniowej, - to istne „mutanty cyfrowe”. Cóż z tego, iż wszystko wydaje się niemal doskonałe, skoro jest dziełem niezliczonych overdubli i ingerencji pro - tools

Kwestia gustu. Ja osobiście nie przepadam za płytami, które brzmią jakby nagrała je maszyna („Turbo” Judas Priest…). Reasumując, nie wiem czy „The Final Frontier” (2010) jest jednym z tych najlepszych dzieł Iron Maiden. Pewnie nie, bo magii lat ’80 nie sposób przywołać, w ćwierć wieku później.

Jest natomiast dowodem na elastyczność stylistyczną i elokwencję kompozytorską leciwych rockmanów. Mam tylko nadzieję, iż wbrew tytułowi – nie jest to literalnie „Ostatnia Granica” przed emeryturą estradowych tytanów i za 3 – 4 lata napiszę recenzję ich kolejnej, nie mniej udanej płyty.

RAFAŁ „Ralf” DŁUŻYŃSKI 23 VIII 2010 Ocena: 8/10
Witness Beast On The Road:
1995 X 23 Polska, Warszawa, Torwar Arena
2000 VI 20 Polska, Katowice, Spodek Arena
2005 V 29 Polska, Chorzów, Stadion Ślaski
2007 VI 06 Czechy, Ostrava, Bazaly Stadion
2008 VIII 07 Polska, Warszawa, Stadion Gwardii
2008 VII 31 Niemcy, Wacken u. Hamburg, Wacken Open Air 2008
2010 VIII 05 Niemcy, Wacken u. Hamburg, Wacken Open Air 2011
2011 VI 10 Polska, Warszawa, Lotnisko Bemowo
2013 VII 03 Polska, Łódź, Atlas Arena
2016 VII 03 Polska, Wrocław, Stadion Wrocław
2016 VII 05 Czechy, Praga, Stadion Eden
2018 VII 20 Czechy, Praga, Letnany Airport
2018 VII 27 Polska, Kraków, Tauron Arena
2018 VII 28 Polska, Kraków, Tauron Arena

Awatar użytkownika
Rafaello
-#invader
-#invader
Posty: 224
Rejestracja: śr wrz 06, 2006 3:28 pm
Skąd: Opole

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: Rafaello » śr sie 25, 2010 12:42 am

RECENZJA”The Final Frontier”(2010).
Nie za bardzo mogę pogodzić się z opiniami „metalowców”, rozczarowanych takim obrotem sprawy. Oczekiwali z pewnością 40 – minutowej płyty z dziesięcioma wariacjami na temat „Run ToThe Hills”. Cóż, tego typu utworów Brytyjczycy serwowali światu bez liku. Zawsze można odtworzyć sobie, któryś z ich wczesnych albumów, względnie - udać się na koncerty z cyklu „tras historycznych”.
Sam bym lepiej nie ujął. :pijak:
Kwestia gustu. Ja osobiście nie przepadam za płytami, które brzmią jakby nagrała je maszyna („Turbo” Judas Priest…).
No ale Turbo Lover, cokolwiek Rob miał na myśli :mryellow: jednak kopie.

PanAntoni
-#wrathchild
-#wrathchild
Posty: 98
Rejestracja: pt sie 13, 2010 2:06 pm

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: PanAntoni » czw sie 26, 2010 4:28 pm

Turbo Lover rządzi, ale tutaj chyba chodziło o płytę Turbo a nie o ten kawałek :) zgadzam się z tą recenzją, to bardzo dobry album, na początku odpowiadały mi jedynie solówki teraz już niemal wszystki.

Awatar użytkownika
ttomasz
-#assassin
-#assassin
Posty: 2086
Rejestracja: śr mar 24, 2010 5:04 am

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: ttomasz » pn lis 08, 2010 10:52 am

Po niezliczonej ilości przesłuchań, prawie trzy miesiące od wydania pora chyba coś napisać na temat na temat najnowszego dzieła Dziewicy. Jako, że zacząłem swoją przygodę z Maiden w październiku 2008 roku jest to pierwsza płyta, której nagrywanie, promocję i ostateczne wydanie od początku nieustannie śledziłem, czemu w kilku momentach towarzyszyły dość mieszane uczucia, jednak dość szybko po zakupie zdałem sobie sprawę, że mamy doczynienia z kolejną świetną płytą zespołu, godną swoich poprzedniczek.

Satelite 15... The Final Frontier
Już od pierwszego przesłuchania wydanego przed premierą teledysku utwór wpadł mi w ucho! Co prawda samo intro zdołałem zaakceptować, a z czasem polubić dopiero po trzecim odsłuchaniu,teraz uważam, że razem z drugą częścią świetnie definiują całkoształt płyty.

El Dorado
Podobnie jak dla większości fanów utwór ten wydaje się być najsłabszym ze wszystkich, a pomysł na wydanie go jako singla promocyjnego okazał się lekko mówiąc nietrafiony, jednak z czasem dało się go polubić. El Dorado szczególnie zyskało podczas chronologicznego odsłuchania utworów, znikają wtedy główne wady utworów, który bardzo dobrze komponuje się w całość płyty.

Mother of Mercy
...to kolejny dobry utwórna na płycie, chociaż podobnie jak przy El Dorado trochę odbiega od pozostałych. Mimo to Mother of Mercy bardzo szybko wpada w ucho i może poza refrenem nie można mu niczego zarzucić.

Coming Home
Od tej świetnej ballady zaczyna się prawdziwa uczta dla melomana. Wielu zarzuca Maiden zasadę pisania wolnych utworów jako błąd, jednak zarówno przy Out of the Shadows, jak i teraz muszę się sprzeciwić. Utwór już od pierwszej nuty szybko wpada w ucho i od początku do końca raczy nas przyjemną i delikatną melodią. Najlepszy kandydat na pierwszy singiel.

The Alchemist
To pierwszy utwór Janick'a, który od dawna przezwyczaił mnie do pisania jednych z najlepszych utworów na płytach (co przy tak silnej konkurencji jak Steve, Adrian, czy Dave jest nielada wyczynem). Początkowo trochę się na nim zawiodłem, jednak po szybkiej refleksji przesłuchałem utwór ponownie z o wiele lepszymi wrażeniami. Mimo, że utwór najlepszy na płycie nie jest trzyma bardzo wysoki poziom, a szybka melodia od razu wpada w ucho!

Isle of Avalon
Isle of Avalon to jeden z najbardziej klimatycznych utworów na płycie. Już początkowe intro wprowadza nas w mocno baśniowy klimat, by z czasem wybuchnąć i swoją szybką melodią opowiedzieć nam celtycką legendę. Co ciekawe utwór nie ma słabych stron, nie sposób go nie pokochać od pierwszego odsłuchania! Kolejnym plusem jest jego bogactwo, od wolnego klimatycznego intra przechodzimy do szybkiej, wpadającej w ucho melodii by w środku raczyć się przepięknymi solówkami Trzech Amigos. Naprawdę świetny utwór!

Starblind
to kolejny bardzo dobry utwór na płycie, a według wielu najlepszy. W porównaniu do poprzednich kojarzy mi się z połączeniem klimatu Isle of Avalon z energią The Alchemist. Również zaczyna się od intra, które dość szybko przenosi nas do sedna utworu. Kolorytu dodaje mu świetna zmiana tempa w czasie refrenu, iście mistrzowska robota!

The Talisman
Na koniec Ironi zostawili nam trzy najlepsze utwory, które otwiera The Talisman Janick'a. Utwór zaczyna się przepięknym akustycznym intrem w którym Bruce opowiada nam o dramacie ludzi uciekającyzh z ojczyzny w poszukiwaniu lepszegoświata swoich snów. podróż nie okazuje się łatwa, o czym dowiadujemy się tuż po intro, gdy eksplozja trzech gitar przenosi nas w sam środek sztormu w którym znalazły się statki naszych bohaterów, którzy mimo siejącego zniszczenie żywiołu próbują płynąć dalej co pod sam konicec ostatecznie im się udaje. Utwór jest prawdziwym arcydziełem, a Janickowi w świetny sposóbudało się przedstawić dramat ludzi walczących z żywiołem, a świetne słowa Stevea dopełniły dzieła.

The Man Who Would Be King
Dave już drugi raz z rzędu bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Należy się już chyba przezywczaić do tego, że w Jego przypadku mała ilość utworów przekłada się na ich wysoką jakość. Piękny utwór, ze świetnym refrenem, wspaniałą melodią iświetnymi solówkami!

When the Wild Wind Blows
Na sam deser dostajemy dzieło bezdyskusyjnie najlepszego kompozytora spośród wszystkich Ironów - Steve'a. Już na początku utwór daje się poznać jako łagodny i szybko wpadający w ucho kawałek (choć tak kolokwialne określenie mało pasuje do tego iści królewskiego utworu). Przyjemny lekki głos Bruce'a wprowadz nasw głównytemat utworu jakim jest "dziki wiatr". Podobnie jak wiele wcześniejszych utworów utwór jestbardzourozmaicony iskłada się z kilku śiwetnie ze sobą współgrających części, każdy znajdzie tu coś dola siebie, każdy bez wątpienia zakocha się w jego melodii. Tak wielka jest magia tego utworu świetnie zamykającego całą płytę! Sam się złapałem na tym, ze po jego zakończeniu z wrażenia całkowicie zabrakło mi tchu i kilka kolejnych minut spędziłem namozolnyej próbie odtworzenia sobie w pamięci Jego magii, która (o zgrozo) całkowicie przyćmiła pozostałe utwory, aż wstyd się przyznać, ale po pierwszym przesłuchaniu w pamięci pozostał mi tylko Wild Wind!

Podsumowywując Ironi poraz kolejni udowodnili swoją wielkość i kunszt swojej muzyki. Bez wątpienia utwierdzi nas swoich fanów w wierze, że Oni nie mogą nas zawieść, a wielu młodych dzięki tej płycie może zacząć swoją wielką muzyczną przygodę z tym niewątpliwie bezkonkurencyjnym liderem wśród dzisiejszych zespoów muzycznych

ankan
-#prodigal son
-#prodigal son
Posty: 40
Rejestracja: wt gru 14, 2010 3:52 pm

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: ankan » pn gru 20, 2010 1:53 am

Moja recenzja będzie bardzo krótka. Przesłuchałam tą płytę kilka razy i znalazłam tylko dwa punkty zaczepienia, a są nimi "Starblind" oraz "When the Wild Wind Blows ". I nie jest to kwestia tego, że może za jakiś czas dojrzeję do niej i spodobają mi się inne kawałki. Po prostu, nie ma w tej płycie tego co kocham w tym Maiden, choć do tej pory każdy ich album był dla mnie czymś ciekawym. Uwielbiam zarówno The Number Of The Beast, Somewhere In Time, Fear Of The Dark jak i Iron Maiden lub Killers o The X Factor i Dance Of Death nie zapominając. Lecz niestety nie tym razem...kiedy usłyszałam singiel El Dorado to ręce mi opadły... Mam nadzieję, że nie jest to ich ostatnia płyta, bo nie chciałabym żegnać się z nimi mając w pamięci tak marny materiał :(

Awatar użytkownika
Dziku
-#clairvoyant
-#clairvoyant
Posty: 1104
Rejestracja: pn wrz 27, 2004 7:24 pm
Skąd: Żyrardów

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: Dziku » czw kwie 07, 2011 8:05 pm

Płyta jest ok i tylko ok... Moim zdaniem najmniej udany album z tych wydanych po reunion. Oczywiście jest kilka perełek np. Isle Of Avalon, Starblind, When The Wild Wind Blows... jednak utwory te nie są tak dobre jak najlepsze (załóżmy top 10) z 3 poprzednich. Na uwagę zasługuje jeszcze forma Bruce'a. Moim zdaniem jest nieco lepiej niż na dwóch poprzednich albumach, troche słabiej niż na Tyranny of Souls. Nie uważam tej płyty za najsłabszą w dyskografii, mimo to wypada nieco słabiej niż inne albumy z udziałem Dickinsona i Smitha.

1. "Satellite 15... The Final Frontier" - dobry otwieracz, intro troche nie pasuje na albumie, ale mysle ze bedzie sie nadawalo na koncert. Utwor wypada troche lepiej niz dwa poprzednie rozpoczynajace plyty.
2. "El Dorado" - dla mnie nieporozumienie. Utwór jest nijaki, jeden ze słabszych jaki znalazł sie na singlu. Może na żywo zyska choc troche...
3. "Mother of Mercy" - na taki utwór czekałem. Bardzo dobry, krótki i klimatyczny, nie jest kopią utworów z lat 80, czy Brave New World i Dance Of Death. Klimatem i tekstem nawiązuje troche do A Matter Of Life And Death. Zdecydowanie na plus.
4. "Coming Home" - dobra ballada, przyjemnie się jej słucha. Idealny śpiew, fajne sola gitarowe, klimat solowych płyt Bruce'a. Szkoda, że słabszy od Journeymana, czy chociaż Blood Brothers.
5. "The Alchemist" - dobry, szybki utwór nawiązujący do klasycznych płyt. Jednak moim zdaniem jest słabszy niż Fallen Angel, Montsegur, The Pilgrim, czy nawet Mercenary.
6. "Isle of Avalon" - od tego utworu na płycie zaczyna się dziać coś ciekawego. Epicki utwór nawiązujący do starego progresywnego rocka. Jeden z moich dwóch faworytów z albumu.
7. "Starblind" - drugi faworyt. Klimatyczne intro w stylu No More Lies, riff przypomniał mi trochę o Lord Of Light, ale utwór to coś nowego w twórczości Iron Maiden. Bardzo fajne zwolnienie i zagrywki gitarowe.
8. "The Talisman" - bardzo dobry utwór, na pewno sprawdzi się na koncertach. Intro jest troche za długie a całość za mało pokombinowana, ale słucha się znakomicie. Dickinson bardzo dobrze radzi sobie z najwyższymi dzwiękami i nadaje refrenowi wielką moc.
9. "The Man Who Would Be King" - dla mnie nasłabszy utwór na płycie. Jest bardzo niedopracowany, powinni spedzic nad nim troche wiecej czasu, bo ma pare pomysłów. Brzmi jak odrzut z Virtual XI.
10. "When the Wild Wind Blows" - świetny utwór, ścisła czołówka albumu. Samodzielne kompozycje Harrisa (które straciły troche od The X Factor i Virtual XI) robią się z płyty na płytę coraz lepsze. Tak jak kiedyś pisałem o For The Greater Good Of God, tak teraz twierdzę, że When The Wild Wind Blows to najbardziej udany utwór Steve'a od czasów The Clansman. Sporo w nim nawiązań do dobrych utwórów z czasów Blaze'a. Potrzebowałem trochę czasu, żeby go w pełni docenić.

Całość albumu oceniam na 7,5/10

Dla porównania zestawie ja z pozostałymi płytami studyjnymi po reunion:

Brave New World 9/10
Dance Of Death 8/10
A Matter Of Life And Death 9/10.
"There's a time to live and a time to die
When it's time to meet the maker
There's a time to live but isn't it strange
That as soon as you're born you're dying."

ZłapanyWCzasie
-#clairvoyant
-#clairvoyant
Posty: 1419
Rejestracja: wt lis 09, 2010 10:39 am

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: ZłapanyWCzasie » pt kwie 08, 2011 11:57 am

5. "The Alchemist" - dobry, szybki utwór nawiązujący do klasycznych płyt. Jednak moim zdaniem jest słabszy niż Fallen Angel, Montsegur, The Pilgrim, czy nawet Mercenary.
Jak dla mnie to The Mercenary czy Fallen Angel zmiatają te 3 pozostałe z powierzchni ziemi,w takich utworach cholernie ważny jest wokal,a ten Bruce miał na BNW o niebo lepszy,niż na pozostałych płytach.Myślę,że Bruce na BNW maxymalnie się postarał,czego o kolejnych płytach powiedzieć nie można.To wręcz przykre gdy porównać jego wokal z Tyranny of Souls do płyt IM z tego okresu.
Jedynie Rainmaker to naprawdę dobry kawałek tego typu,ale bardziej ze względu na rewelacyjne harmonie gitarowe.

Tailgunner
-#prowler
-#prowler
Posty: 3
Rejestracja: wt mar 06, 2012 9:38 am

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: Tailgunner » pt kwie 20, 2012 10:12 am

(prośba o usunięcie posta)
Ostatnio zmieniony pt kwie 20, 2012 10:39 am przez Tailgunner, łącznie zmieniany 1 raz.

Tailgunner
-#prowler
-#prowler
Posty: 3
Rejestracja: wt mar 06, 2012 9:38 am

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: Tailgunner » pt kwie 20, 2012 10:13 am

Płyta ma to do siebie, że nie "wchodzi" po pierwszym przesłuchaniu. Po drugim i każdym następnym okazuje się, że jest to dzieło jeśli nie rewelacyjne, to na pewno bardzo dobre. Jeśli ktokolwiek mówi o tym albumie, że jest słaby, nie ma racji, albo jest głuchy na jedno oko.

Satelite 15... The Final Frontier
Długi, ale klimatyczny wstęp. Potem właściwy utwór ze świetnym riffem staccato i dobrym refrenem. Ocena: 8/10

El Dorado
Mega riff. Naprawdę mocno kopiący, ciężki utwór. Bas jak u Lemmy'ego z Motorhead. Ocena: 9/10

Mother of Mercy
Klasyczny IM. Melodyjny wstęp i rewelacyjny wokal Bruce'a. Ktoś wspominał o jego słabej formie wokalnej? Bzdura. Ocena: 8/10

Coming Home
Przyjemna rockowa ballada, utrzymana w nieco cięższym tonie. Fajne solówki i refren. Ocena: 8/10

The Alchemist
Melodyjne intro, a następnie normalna rockowa "łupanka" w dobrym stylu. Wpadający w ucho refren. Ocena: 7/10

Isle of Avalon
Chyba najbardziej klimatyczny utwór na płycie. Świetny melodyjny wstęp przechodzący w ostre granie. Wokal Bruce'a jak za najlepszych lat.

Starblind
Tradycyjnie. Spokojnie i melodyjnie na początku. Dalej moment zawieszenia i soczysty rockowy riff. Energetyczny refren. Zmiany tempa i dynamiki na plus. Ten utwór powinien stać się klasykiem zespołu. Ocena: 8/10

The Talisman
Delikatne intro, bardzo ładnie zagrane na gitarze akustycznej. Później jest już ostro, a Bruce i zespół dają z siebie wszystko. Ocena: 8/10

The Man Who Would Be King
Trochę frajerski i delikatny temat, zagrany bardzo płasko, jednak pasujący do wokalu, który nadchodzi na tę samą nutę, co dźwięki gitary. Dalsza część utworu to ciężki rock z elementami progresywnymi. Melodyjny refren na zakończenie. Ocena: 7/10

When the Wild Wind Blows
Znowu ładny i delikatny początek z ciekawą linią wokalu. Styl utworu przywołuje klimat z płyty "Brave New World". Utwór bardzo ciekawy pod względem melodii: Ocena: 9/10

Reasumując: Album bardzo równy i wcale nie taki słaby, jakby się mogło wydawać po tylko jednym przesłuchaniu. Im więcej się tej płyty słucha, tym lepiej wypada ona w porównaniu do innych pozycji grupy. Uśredniona ocena całego albumu: 8/10

Awatar użytkownika
krieg
-#invader
-#invader
Posty: 225
Rejestracja: wt lip 30, 2013 12:16 pm
Skąd: 3miasto

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: krieg » pt gru 13, 2013 1:15 pm

Szybko w telegraficznym skrócie, to nie recenzja.
Przyznaję bez bicia, iż nie lubiłem tej płyty po jej premierze. Próbowałem się do niej przekonać kilkukrotnie ale zawsze gdzieś w połowie albumu łapałem się na tym, że zwyczajnie się nudziłem i nie chciało mi się dotrwać do jej końca. Za długie, za mdłe, bez wyrazu i wyjący Bruce. Płyta leżała sobie na półce i zapewne tak by zostało gdyby nie fakt częstego oglądania / słuchania „En Vivo”, które ostatnimi czasy mnie dopadło, bez konkretnego powodu. Miłe zaskoczenie, kawałki z Finala bronią się w wersji live całkiem dobrze i nawet wokal Bruca jakoś specjalnie mnie nie raził. Efekt, ostatnio na zmianę katuję albo sam koncert albo Finala. Ostatnia granica okazuje się zaskakująco dobrym albumem, który zwyczajnie wymaga sporej ilości wolnego czasu i co ważne, spokoju. Nie da się docenić płyty jeśli puszcza się ją do sprzątania czy lepienia pierogów, nie wpadnie w ucho, nie ma szans. Podsumowując, dobry solidny album w sam raz na nadchodzące zimowe wieczory.

Awatar użytkownika
brezdi
-#ancient mariner
-#ancient mariner
Posty: 538
Rejestracja: sob lut 23, 2013 4:33 pm

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: brezdi » ndz cze 21, 2015 12:35 am

Witam! To i ja się podzielę moimi przemyśleniami :) Pisane 5 lat temu - od tamtej pory zmieniło się moje postrzeganie "The Final Frontier" - w kierunku bardziej krytycznym, tutaj właściwie same zachwyty. Pozdrawiam!

Ogłoszenie tytułu longplaya czyli „The Final Frontier” sprawiło, że serca wyznawców zespołu na całym świecie przepełnił mrok i gęsta, zimna mgła. Dlaczego „The Final..? Czyżby koniec Maiden? Przelało się morze łez i alkoholu co szeryf „Żelaznej Dziewicy skwitował krótkim: „To tylko pieprzony tytuł”. Głęboki oddech i ulga, bo obawa o zakończenie działalności przez zespół było jak najbardziej uzasadnione. W końcu sam „Kapitan” na początku działalności zapewniał, że panowie nagrają 15 albumów i oddadzą się urokom życia na zasłużonej emeryturze („The Final Frontier” to o zgrozo 15 studyjne wydawnictwo „Dziewicy”. Później ten sam „Kapitan” wielokrotnie zapewniał o ciągłej niezatapialności swojego okrętu. Z jednej strony zamknięcie interesu w szczytowym momencie popytu wydawałoby się strzałem w stopę, z drugiej fenomenem, że Harris zrealizował swoją misję i odszedł dokładnie w momencie, który zaplanował jeszcze jako młody chłopak. Całe szczęście, że od decyzji lidera skutecznie odwoływali się fani na przestrzeni lat masowo wypełniając największe stadiony świata. Dodatkowo „Iron Maiden” z pewnością nie jest obecnie zespołem, który przechodzi kryzys twórczy czego najlepszą wizytówką jest jego najnowsze dzieło. Ale wszystko po kolei. Wydanie El Dorado” jako singla zadziałało na spore grono fanów jak święcona woda na Nergala. Eddie czyli maskotka zespołu w roli kosmity musiał z kolei czuć się jak karp na wigilijnym stole (jęki i stęki krytyków odbijały się jednak echem od list sprzedaży). Następnie premiera materiału – na jednym biegunie zachwyt i rekordowa sprzedaż na przeciwległym tsunami krytyki. Fani przesadzali i są w błędzie czy przesadzali i mieli rację? Dla koneserów progresywnego „Maiden” obecne wcielenie Eddiego pasowałoby bardziej do łososia po norwesku- dla tych, którzy czekali na powrót do korzeni ciężkostrawny śledź po staropolsku. Od czasów, gdy legenda heavy metalu starła konkurencję na popiół i diament albumem „Brave New World” klepsydra odmierzyła 10 lat. Co się zmieniło? Zmieniło się brzmienie. Panowie z zespołu o nazwie średniowiecznego narzędzia tortur dopieszczali je zaszywając się na kilka miesięcy w studiu na Bahamach– tym samym w którym powstawały kultowe dziś: „Piece Of Mind” , „Powerslave” i „Somewhere In Time”. Odpalając najnowszą produkcję „dziewicy” trudno było oczekiwać, by ta płaszczyzna zawiodła („Powerslave” charakteryzowało genialne, wysuszone brzmienie - „Somewhere In Time” stawia przed wodospadem dźwięku, który przyprawia mnie o palpitacje serca przy każdym przesłuchaniu). Z brzmieniem musiało być dobrze. I jest dobrze. Kruszy ono mury Jerozolimy będąc czystym i głębokim – jakby zawieszonym gdzieś między 1986 a 1988 rokiem. Dodatkowo, jak przed czterema laty, nawigator nadzorujący wyklucie albumu- Kevin Shirley zrezygnował z masteringu (!) co daje odczucie nagrania go na żywo (tak rzecz jasna nie było). Drastycznej zmianie, jak wspomniałem uległ Eddie, ale po zestawieniu go w jednym szeregu z pokracznym gremlinem, który grał na konsoli przy okazji okładki „Virtual XI” czy strachem na wróble z „Dance Of Death” dochodzi się do konkluzji, że jego transformację można strawić. Po dokładnym i wielokrotnym zagłębieniu się w treść mam mieszane uczucia co do 2-óch elementów tej układanki. Pierwszym z nich jest Janick Gers - showman i gitarzysta, którego charyzmy nie można nie docenić (chociaż czysto technicznie najsłabszy spośród trójki muszkieterów). Przez blisko dekadę (lata 1991-2000) był postacią grającą pierwsze skrzypce ( tzn. pierwsze gitary ;) ) w zespole, a swoje 3 grosze dorzucił też przy okazji premiery „Dance Of Death”. Nie mogę oprzeć się smutnemu wrażeniu, że obecnie stanowi jedynie tło dla kolegów. Stał się bierny. Nie tworzy porywających kompozycji, nie wyznacza trendu w solówkach, nie wiosłuje jak za najlepszych lat. Może skrzydła podcięły mu trasy „The Early Days” ,a następnie „Somewhere Back In Time World Tour” podczas których zespół sięgał do najodleglejszych zakamarków swojej kariery w okresie których Gers nie był jeszcze w zespole i podczas których nie miał wokół wystarczającej ilości tlenu na scenie? Na „The Final Frontier” wirtuoz o polskich korzeniach zameldował się przy pozycjach numer 5 i 8, ale wydaje się być zagubiony („The Alchemist” jest dla mnie najsłabszym ogniwem, a partia napisana do „The Talisman” zdaje się być lustrzanym odbiciem tej z ‘The Legacy’) Drugim puzzlem, który nie do końca się wpasował jest Bruce Dickinson, ale o nim za chwilę. Uderzając w sedno:

1. „Satellite 15... The Final Frontier”
Utwór, który powinien raz na zawsze zamknąć buzie krakaczom zarzucającym „Iron Maiden” powtarzalność ksera i odgrzewanie starych kotletów. Wizjonerzy prorokujący sześciu wspaniałym bujane fotele, pluszowe kapcie i świeżo zaparzony czaj przeżyją szok przy pierwszym wydobytym z głośników dźwięku. Przez połowę utworu czułem jakbym włączył przypadkowo zakupiony longplay, a nie wyczekiwane dziecko zespołu przed którym zawsze leżałem plackiem. Mocno dający o sobie znać, będący na pierwszym planie Nicko, którego zestaw brzmi trochę jak automat perkusyjny i bardzo progresywnie zaaranżowane partie gitar od razu serwują słuchaczowi najdziwniejszą rzecz jaką gang Harrisa stworzył w ciągu całej kariery (do teraz myślałem tak o „Mother Russia”). Do chwili, gdy niczym dżin z butelki ulatnia się Dickinson niemożliwym jest w „Satellite 15... The Final Frontier” znalezienie rzeczy, która nawiązuje do czegoś co panowie już kiedyś zarejestrowali. W połowie utworu następuje przełamanie i zaczyna się bardzo zaraźliwy kawał mięsistego, riffowego hard rocka z wymianą genialnych solówek między Smithem a Murrayem (ze wskazaniem na tego pierwszego). Jedyny zarzut dotyczy słabo brzmiącego Dickinsona co pozostaje dla mnie zagadką. Przez cały album nie powala siłą głosu z której słynie, ale w kolejnych utworach wypada o niebo lepiej. Z pewnością martwiłby mnie taki obrót spraw, gdybym nie usłyszał go na żywo podczas ostatniej edycji Sziget w Budapeszcie. Frontman był w lepszej formie niż podczas wizyty „ajronów” w Polsce z 2008 roku (momentami wydawało się, że drgania jego strun powybijają szyby w oknach pobliskich domów publicznych). Tym większe było moje zaskoczenie, bo to co zarejestrował nie jest z pewnością winą wyczerpujących się baterii i wciąż góruje on techniką, barwą i skalą nad większością wokalistów trzeciej planety od Słońca.

2. „El Dorado”
Singiel nieco odbiegający od typowej konwencji, ale namaszczony genomem „Dziewicy”. Chaotyczny początek w którym pojawiają się dźwięki od razu przywołujące na myśl „Paschendale” przechodzi po chwili w motoryczny bas. Melduje się Smith do którego dołącza reszta stawki i mamy soczysty maidenowy galop. Unikalne jak dla Dickinsona wokalizy muszą się podobać (zwrotki z pazurem i refren w którym sięga Pirenejów).W środkowej części utworu popisują się rzemiosłem kolejno: Smith. Murray i Gers. “El Dorado” live to prawdziwy huragan Katrina przed okresem.

3. „Mother Of Mercy”
Jeden z najjaśniejszych punktów na “The Final Frontier”. Zbalansowany początek z czystymi, nieprzesterowanymi akordami gitar i linia wokalna genialnego interpretatora przenoszą nas do serca wojny .Kulminacyjny moment i wyjeżdża na nas walec dźwięku, który stanowi tylko przystawkę do sutego refrenu. Jakby mięsa było mało kopniakiem traktuje nas Smith, który wyrasta na wodzireja tej imprezy przy okazji podróży w kierunku „Ostatniej granicy”.

4.„Coming Home”
Ballada, której fundamenty wylane zostały na „Out Of The Shadows” i “Wasting Love”. Połamane intro przewija się kilkukrotnie. Wędrówka od spokojnego prologu, przez riff prowadzący nas do patetycznego refrenu. „Coming Home” mogłoby się poczuć swobodnie w roli singla. Pierwsze solo i szok- Murray zaprzyjaźnił się z Gibsonem (i chwała). Kolejna porcja solówek i na myśl same nasuwają się czasy „The X-Factor”, gdzie nie szczyciły się ilością nut, ale dokładnością-wykreślone jak przy użyciu cyrkla i linijki.

5. “The Alchemist”
Czarna owca w stadzie białych baranów. Po kilku przesłuchaniach może da się przyzwyczaić do tego utworu. Może jego koncepcja fajnie uzupełnia całość, ale pozostawia po sobie niedosyt. Czekając, aż „Alchemik” odpali doczekamy się końca. Zupełnie jakby podczas nagrań panowie zapomnieli podpiąć do wzmacniaczy 2 gitary. Niby wszystko szybko, niby do przodu, ale jakby na zaciągniętym hamulcu ręcznym. Numer, który ma ogromny potencjał, ale który nie został skonsumowany. Zagęszczenie partii McBraina i gwałcące nas solówki to swoiste koła ratunkowe dla topielca, który nieco zaniża poziom całości.

6. „Isle Of Avalon”
Jedni słyszą tu środkową partię „Rime Of The Ancient Mariner”, a inni „Seventh Son Of A Seventh Son” i po prawdzie jest trochę tego i trochę tego. Mimo odczucia, że to wszystko gdzieś już słyszeliśmy „Isle Of Avalon” pozostawia pozytywne wrażenie. McBrain udowadnia, że potrafi pieścić hi-hat jak niewielu ludzi na świecie, a Steve Harris uzupełnia go frapującym basem. Jeżeli dołożymy do tego linie Dickinsona, który kumuluje w sobie całe zło tego świata to otrzymaną hybrydę możemy przyrównać tylko do odbezpieczonego granatu. Mnogość niekonwencjonalnych zagrywek powoduje, że mimo 9 minut trwania utworu nie nudzimy się ani przez moment.

7. „Starblind”
Przez wielu uważany za najlepszy na płycie autorstwa trójki Dickinson- Smith – Harris oślepia nas kwintesencją tego co reprezentuje firma spod szyldu „Iron Maiden”. Potężne riffy na czele karkołomnej sekcji rytmicznej (genialny Nicko McBrain wybijający blasty używając swojej niezniszczalnej prawej stopy), a do tego psychodeliczny nastrój i bluesowy feeling. Bruce brzmi jakby rozgrzał się na dobre, a wśród „wioseł” pojawia się dużo wajchy (i tak zostanie już do końca albumu). Ciekawą sprawą są teksty, którymi we wspaniałym stylu Harris zawsze sypał z rękawa na lewo i prawo(samego siebie przeszedł podczas sesji do „A Matter Of Life And Death”) . Na „The Final Frontier” doszło do sprzężenia zwrotnego i rzeczy, które wyszły spod jego pióra uległy uproszczeniom. Jako wyjątek potwierdzający regułę „Starblind” zawiera jeden z najlepszych liryków jakie lider Maiden kiedykolwiek spisał na kartce.


8. „The Talisman”
Spokojny początek nie pozostawia wątpliwości czyjego jest autorstwa (dla niewtajemniczonych -Janick Gers) Około drugiej minuty i dwudziestej sekundy następuje zwrot o 180 stopni, którego przegapienie byłoby chyba największym cudem od czasu zmartwychwstania Łazarza. Wystrzelony niczym pocisk Dickinson wrzuca kolejny bieg (chwilę wcześniej wspomniałem jakoby rozgrzał się na dobre- tutaj wyciska ze swoich płuc 150%). „The Talisman” to nic innego jak kolejna porcja rasowego „progressive rocka” serwowanego nam przez „Żelazną Dziewicę” w ciągu ostatnich kilku lat w opór. Wrażenie może robić też podwójna stopa Nicko w refrenie, który zresztą należy do najlepszych na longplayu.

9. „The Man Who Would Be King”
Dave Murray już tak ma, że czegokolwiek nie dotknie to zamienia się w złoto, a Fender Stratocaster stanowi przedłużenie jego ciała. Stopniowo rozpędzający się utwór w swojej środkowej części (gitarzyści nawzajem dublują swoje akordy) wydaje się być nie do zatrzymania, a Dave wydobywa ze strun rzeczy, których nigdy wcześniej nie proponował. Ostatnie 60 sekund utworu to najbardziej subtelny fragment tej zróżnicowanej jak oblicza Kaczora płyty.
“Far, far away. The man who would be king” .Palce lizać.

10. “When The Wild Wind Blows”
Steve Harris komponując samotnie wielokrotnie dowodził swojej wielkości. Nie inaczej jest i tym razem. Gdy ogłoszono tytuły utworów i obok zamykającego całość widniało nazwisko autora – Harris, oraz czas trwania – 11 minut- wszyscy spodziewali się hymnu. Maestro nie zawiódł, bo w rzeczy samej powstał jeden z najlepszych utworów „Iron Maiden” w ostatnich latach Wielowątkowość pewnie wystarczyłaby na obdzielenie całej płyty. Fantastyczne części instrumentalne spina klamra, którą stanowi wiatr zamykając tym samym piętnastą studyjną produkcję legendy.


„Iron Maiden” elektryzuje muzyczne sceny na całym świecie już ponad 30 lat wywołując skrajne emocje i nagrywając płyty, które można opisywać recenzjami dłuższymi niż Stary Testament. Na stawiane znaki zapytania każdy otrzyma odpowiedź podążając za mapą. Zawiera ona 10 przystanków i przy każdym z nich należy chwilę postać i pomyśleć zanim przejdzie się dalej, bo „The Final Frontier” to nie jest płyta, która zahipnotyzuje od razu. O sukcesie świadczyło prężące się dumnie logo zespołu, które widniało na szczytach list sprzedaży w 28 krajach świata ( także w Polsce i Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej gdzie rynek dla heavy metalu jest wyjątkowo nieuprzejmy) „Dziewica” po raz kolejny pokazała plecy reszcie stawki i wygodnie rozsiadła się na tronie. Panie i panowie- czapki z głów.Amen.

Awatar użytkownika
sekcjazwlok
-#lord of the flies
-#lord of the flies
Posty: 2644
Rejestracja: wt kwie 19, 2005 4:13 pm
Skąd: Szczecin

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: sekcjazwlok » ndz cze 21, 2015 11:01 am

@brezdi

Naprawde fajna recka :) piszesz w jakiejś gazecie ? :D
There are time when I feel I'm afraid for the world, there are times I'm ashamed of us all. When you're floating on all the emotion you feel and reflecting the good and the bad.

Awatar użytkownika
brezdi
-#ancient mariner
-#ancient mariner
Posty: 538
Rejestracja: sob lut 23, 2013 4:33 pm

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: brezdi » ndz cze 21, 2015 6:51 pm

Cieszę się, że się spodobała :) W gazecie nie piszę, ale staram się czytać bardzo dużo recenzji, relacji z koncertów itp. Po premierze TFF katowałem go codziennie przez 3 miesiące i któregoś razu późnym wieczorem słuchałem na słuchawkach i złapała mnie wena (wspominałem już w jednym z postów, że to było po kilku głębszych ;).

Awatar użytkownika
RALF
-#Fallen Angel
-#Fallen Angel
Posty: 10097
Rejestracja: czw maja 24, 2007 11:16 pm
Skąd: Pabianice

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: RALF » pn cze 22, 2015 8:43 pm

Bardzo dobra rzecz. Gratuluję!
Witness Beast On The Road:
1995 X 23 Polska, Warszawa, Torwar Arena
2000 VI 20 Polska, Katowice, Spodek Arena
2005 V 29 Polska, Chorzów, Stadion Ślaski
2007 VI 06 Czechy, Ostrava, Bazaly Stadion
2008 VIII 07 Polska, Warszawa, Stadion Gwardii
2008 VII 31 Niemcy, Wacken u. Hamburg, Wacken Open Air 2008
2010 VIII 05 Niemcy, Wacken u. Hamburg, Wacken Open Air 2011
2011 VI 10 Polska, Warszawa, Lotnisko Bemowo
2013 VII 03 Polska, Łódź, Atlas Arena
2016 VII 03 Polska, Wrocław, Stadion Wrocław
2016 VII 05 Czechy, Praga, Stadion Eden
2018 VII 20 Czechy, Praga, Letnany Airport
2018 VII 27 Polska, Kraków, Tauron Arena
2018 VII 28 Polska, Kraków, Tauron Arena

Awatar użytkownika
brezdi
-#ancient mariner
-#ancient mariner
Posty: 538
Rejestracja: sob lut 23, 2013 4:33 pm

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: brezdi » pn cze 22, 2015 11:07 pm

Dzięki Ralf :)

Awatar użytkownika
gumbyy
-#lord of the flies
-#lord of the flies
Posty: 3889
Rejestracja: śr cze 01, 2005 1:49 am
Skąd: Wrocław

Re: IRON MAIDEN "The Final Frontier" (2010)

Postautor: gumbyy » wt cze 23, 2015 12:01 am

A tu moje kilka słów (tuż po premierze) o tej płycie: http://www.metalside.pl/recenzje/recenzja.php?id=654


Wróć do „Iron Maiden 1980-2015”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron