Oki, wyspałem się, będzie moja relacja
W sumie ten Budapeszt był na totalnym spontanie, za co muszę podziękować żonie, bo bez problemu powiedziała żebym jechał mając na głowie 9 miesięczną córkę i 4 letniego syna. W pon zobaczyłem, że jeszcze są pojedyncze tixy na trybuny na drugi Budapeszt i tak na fali entuzjazmu i oczekiwania na pierwszy koncert na trasie zdecydowałem - jadę

Kupiłem bilety na samolot na 8 rano i powrót o 6 następnego dnia.
W Budapeszcie najpierw poszedłem pod halę kupić mech. Po otwarciu bram czekałem tak z 40 min w kolejce, by dowiedzieć się, że nie ma już koszulek eventowych z moim rozmiarem (M). No, ale jakąś sobie wybrałem

Potem było zwiedzanie Budapesztu po mojemu - czyli odwiedzenie kilku antykwariatów muzycznych. Szczególnie zajebisty był Wave music, gdzie długo pogadałem ze sprzedawcą i polecił mi fajny, węgierski contemporary jazz do posłuchania. Kupiłem też jedną Omegę, bo okazuje się, że oni innego proga niż Omega to nie mają.
Do wieczora jakoś zleciało i czas na koncert. Tak jak pisałem, miałem trybunę po stronie Janicka, z dobrym widokiem na telebim. Na mojej trybunie na szczęście wszyscy stali i skakali, wyżej ludzie siedzieli z popcornem.
Teraz tak - setlista. Śledziłem tu z Wami na forum pierwszy koncert i jak na początku była ekscytacja, tak w okolicach encore spory zawód. Tak samo było na koncercie. Pierwsza część setu kapitalna. Phantom to dla mnie utwór pomnik. Killersi z tym solo Dave to mistrzostwo świata.
Druga część seta to już tak słodko gorzko. Hillsy, 2MTM, Trooper to dla mnie nuda niesamowita, ale publiczność obok mnie najbardziej się na nie cieszyła. Powerslave zawsze chętnie posłucham

Rime kapitalne. Wgniótł mnie w ziemię, nie spodziewałem się. Studyjnie zawsze jest dla mnie poprawny, ale na żywo to się cieszyłem jak małe dziecko. Dla mnie highlight tego koncertu.
Następny epik - Seventh son - dla mnie osobiście zwyczajnie od czapy. Nie pasuje mi tu do seta, zwłaszcza, że jest wyciągnięty z koncept albumu i stanowi jego kluczowy moment. Tu miałem wrażenie, że dwa, trzy rockery w jego miejsce lepiej by się sprawdziły. Serio dać Prowlera i np Bring i już by było lepiej. Reszta utworów spoko, słyszało się wiele razy. Encore niestety niestrawny - Bruce zarzyna zwrotki w Aces High. Refren śpiewa dużo niżej - miałem wrażenie, że jestem na koncercie Dream Theater gdzie Labrie błądzi z tonacją. WY nawet dobrze brzmiało, a ludzie super się bawili.
Tyle odnośnie seta - a teraz realizacja.
Simon Dawson - znowu - odczucie słodko/gorzkie. W niektórych momentach bębni kapitalnie, w niektórych tak jakby brakuje mu feelingu Nicko. Mam wrażenie, że miejscami gdzie McBrain grałby na talerzach to on napieprza przejścia na tomach i psuje to odbiór pewnych partii. Np w Powerslave po solówce Adriana, gdzie gitarzyści grają melodie on napieprzał w tomy. Albo w intro do Seventh sona jakoś dziwnie zagrane i skopane. Mam też wrażenie, że tomy są mocno nagłośnione. Albo tak mocno napieprza. W każdym razie - zupełnie inny styl niż Nicko i to bardzo słychać.
Na duży plus - trzyma rytm, przez co gitarzyści i Steve czasami lecą do przodu. Niesamowicie się rozjechali w Rime po tej wolniejszej partii. Już pomijam, że Steve nie trafił w tonację na początku - Bruce zaczął za szybko lecieć, a tam jego melodia musi się zgrać z melodią na basie, więc Steve też zaczął za szybko lecieć

Pewnie wszyscy się zgrają prędzej, czy później i w Warszawie będzie lepiej.
O animacjach pisać nie będę, szkoda tylko, że zespół łyknął hype na AI i to wszystko wygląda jak wygląda. Animacja do Rime to wisienka na torcie - ale Maiden zawsze było trochę "kiczowate".
Podsumowując - do połowy seta było bardzo dobrze, a po Seventh Son to już się czułem jak na Legacy Of The Beast part 3. Na pewno ludzie dobrze się bawili na kotletach, zespół wie co robi. Ja osobiście bardzo żałuję, że Harris nie pamięta co nagrał w 1990 roku.
Jestem bardzo zadowolony z wycieczki, bo jeszcze w poniedziałek rano nawet nie myślałem, że na niej będę. Pozdrawiam ekipę z Sanktuarium, którą spotkałem na lotnisku - Remi, Pz, Barsiarz i inni.