HM #1:
King Diamond – Abigail (1987)
Królu złoty. Kim Petersen i towarzyszący mu przez lata muzycy są, począwszy od drugiej połowy lat 80, odpowiedzialni za najdłuższą serię albumów heavy metalowych, które robiły wszystko niemalże idealnie. Ciężko o drugą tak długo trwającą passę w całym gatunku. Od Fatal Portrait, aż po House of God, no niebywała jazda. Tego nie osiągnęło w tak dużym przedziale czasowym ani JP, ani IM, ani Accept, ani Saxon, ani nikt inny z świata heavy metalu. Jakby moja topka była stricte o cięższym graniu, to o takim The Eye, Them, The Graveyard czy… no kurna, o każdej płycie KD z wtedy, można pisać za pomocą samych zachwytów i pochwał. Bo to pozycje fizycznie nie do zdarcia, nie da się tam doszukać wyraźnych zarzutów co do kompozycji, warstwy lirycznej czy wykonawczej. Natomiast patentów bijących niejednokrotnie konkurencję po kolanach jest w bród. Słowem, buja ta dyskografia jak nieliczne.
Mimo tej ekscytacji z poprzedniego akapitu, takowej u mnie przeważnie ostatnimi czasy nie ma na myśl o dyskografii KD. Tak samo zabrakło jej trochę na Mysticu rok temu. Ja ją znam, to jest świetny zasób muzyczny, to był też całkiem udany koncert, ale obecnie ta muzyka jedzie gdzieś na bocznicy kolejowej w moich preferencjach. Może to kwestia tego, że chłop leci z nowym materiałem w wujka i nie jest z tym po latach wcale do śmiechu

Natomiast, byłoby niegodnym, gdybym w ogóle nie wspomniał o niczym z katalogu solowego KD. Na całe szczęście nie muszę mieć wcale nastroju, by Abigail kojarzyło mi się wyśmienicie dobrze. A zatem, mamy tu kolejny album z woźnicą na okładce
Koncepcyjny heavy metalowy album, które namieszał niegdyś co niemiara w gatunku. Album na tyle chwytliwy w swojej warstwie fabularnej, że aż dorobił się swojego sequela w 2002 roku. Dla mnie to chyba najbardziej wysokojakościowy płyt od solowego KD, zrobiony z prekursorskim sznytem progowym, który był wówczas czymś niezbyt stosowanym dodatkiem kompozycyjnym do wydawnictw metalowych. Absolutny dojazd na Black Horsemen nie pozostawia śladu po człowieku. No poezja. Sowite, świetne granie, jedno z najlepszych w całym gatunku. Andy La Roque, żyj wiecznie.
Kate Bush – Hounds of Love (1985)
Katarzynę i jej dyskografię pokochałem kilka lat temu. W sumie to śmieszne, że po drodze Stranger Things ją tak wyniosło do mainstreamu. W ogóle to problem mówić w jej przypadku o mainstreamowości, bo dekady temu jej muzyka zdecydowanie wyrywała się ówczesnym standardom. Pomimo faktu, że od końca lat 70 tworzyła ona muzykę, którą można kwalifikować jako pop, tak jednak warsztat Kate był od zawsze osobliwy i rozwijał się w oryginalny sposób – inspirowała się nią silnie np. Tori Amos.
The Kick Inside, bardzo solidny debiut. The Dreaming, płyta trudna, ciężka do ugryzienia, ale jakże niesamowita jak na tamte czasy. Natomiast to właśnie Hounds of Love jest płytą, z którą zżyłem się jakoś bardziej.
Uwielbiam pop lat 80, a tym bardziej taki, w którym muzycy nie szli na skróty i było to robione absolutnie z przytupem godnym tej epoki. Kate wypuściła w połowie tamtej dekady płytę zwieńczającą jej główny okres twórczy, dając światu absolutnie piękny materiał. Hounds of Love miało już wtedy napisany przepis na sukces, a widać wtórny rozgłos tej płyty 40 lat później tylko to potwierdza. Album, który jednocześnie żyje swoją epoką wedle szablonu, a zarazem jest w stanie rozdać twórcze karty w zaskakująco niszowy sposób.
Trafiły się tutaj naprawdę piękne kawałki. Na start mamy główny hit, czyli Running Up That Hill. I bez serialu nawet był uznawany za kawałek świetny – to zresztą mój najbardziej utwór słuchany w 2021, rok przed premierą S4 Stranger Things. Nie było to tez pierwsze użycie utworu z tej płyty w serialu. W Miami Vice, w jednym z najlepszych odcinków, Bushido, leci mocarne Hello Earth – a w samym utworze jest sample z ścieżki dźwiękowej do Nosferatu Herzoga, autorstwa Popol Vuh. Jest tutaj też mój ulubieniec z dyskografii Katarzyny, czyli Cloudbusting. Wzruszający kawałek i dowód na to, jak umiejętnie potrafiła ona zawrzeć w swym utworach silne ładunki emocjonalne.
Nie przyszło mi ostatecznie zawrzeć Hounds na tej liście, ale musiałem o niej jakoś wspomnieć, bo jednak zawsze sobie cenię kolejne parędziesiąt minut z tym albumem. Nie jest to płyta nie wiadomo jak wzniosła, ale wracając do niej od czasu do czasu, zawsze robi na mnie duże wrażenie. To po prostu pierwszoligowy pop
Iron Maiden – Somewhere in Time (1986)
No dobrze, dobrze, znajdzie się tu też miejsce dla Maiden.
IM znam już na dobrą sprawę ponad dekadę. Tak się jednak życie toczy, że przeskoczyłem ich dyskografię konkretniej dopiero jakoś pięć lat temu. Poza zachwycaniem się X-Factorem pod wpływem promili (nie pamiętam tej płyty, jest wspaniała) zdecydowanie największe wrażenie, i to na trzeźwo

, zrobiło na mnie bezdyskusyjnie Somewhere in Time. Razem z Seventh Sonem, oba te albumy tworzą bezdyskusyjnie mocny duet, który muzycznie wycisnął to co najlepsze w rocku i heavy lat 80. A wspominam tu następcę SiT nieprzypadkowo, jako że Syn jest dla mnie prawie równie solidny jak album z 1986 roku. No nie jest żadną rewelacją, że obie są zdecydowanie wśród topowych płyt heavy metalowych.
Puchar jednak należy się z mojej strony centralnie dla SiT. To najbardziej zgodny w swojej konstrukcji, angażujący i doszlifowany album Maiden spośród wszystkich, które wydali. Nosi ta płyta od pierwszych chwil z Caught, aż po donioślejszy finał w postaci Aleksandra.
A do tego wszystkiego SiT, tak samo jak i Syn, pachną niejednokrotnie brzmieniem Rush z lat 80. Czasem nawet nie pachną, w takim Sea of Madness „inspiracja” jest wręcz zbyt bezpośrednia i od razu przywodzi na myśl kanadyjski zespół

Na dobrą sprawę takie momenty są też w Strangerze, Aleksandrze, Can I Play With Madness czy tytułowym Synu.
Zobaczyć i usłyszeć set oparty w części o SiT w 2023, było sporą przyjemnością, więc wspominam swoje przygody z tą płytą wyjątkowo dobrze.