Temat może być ciekawy także dla ludzi, którzy mają ich muzykę w dupie, bo to po prostu dość dziwna historia. Nie w każdym zespole między płytami następuje zamiana ról perkusisty z wokalistą, jeden z liderów kończy w niemalże moherowym berecie, kultowej płyty łatwo nie kupicie, bo zawiera materiał podpieprzony z gry komputerowej, a najbardziej kojarzony przez niewtajemniczonych z zespołem głos był tylko epizodem w bogatej dyskografii.
Jedziemy!
Dimmu Borgir, czyli w poetyckiej wersji polskiego tłumaczenia Dumny, lub też Dymny Burger, w zależności od tego, czy autor słów bardziej gardzi pospolitym schabem wsadzonym między bułki w amerykańskim stylu, czy też pompatycznością wizerunku grupy.
Prawda jest jednak zdecydowanie ciekawsza. Dimmuborgir to formacja wulkaniczna w regionie Myvatn na Islandii i oznacza po prostu mroczne miasto lub zamek.

Muszę przyznać, że podoba mi się zarówno skojarzenie mieszkańców Islandii (u nas byłyby to pewnie groty im. Jana Pawła II, gdyby nawet tylko przelatywał helikopterem w pobliżu raptem 400 kilometrów) jak i nazwa dla zespołu.
Dimmu Borgir powstał w czasach rozkwitu tzw. drugiej fali black metalu i nie piszę tego po to, żeby ludzie się naparzali w postach, czy była w ogóle pierwsza fala. 1993 rok, to właśnie wtedy niejaki Sven Kopperud, podpisujący się Erkekjetter Silenoz (Arcyheretyk Silenoz) od kiedy oblał kartkówkę z pacierza na religii, postanowił w ramach buntu założyć grupę wraz kolesiem o ksywie Tjodalv (samo Licho wie, co to znaczy). Koleś dzisiaj kojarzony jest głównie z byciem bębniarzem jakich wielu, ale wtedy grał na gitarze. Panowie szybko skumali się z innymi ziomkami lubiącymi dziwne ksywki. Konkretnie dołączył Brynjard Tristan (to ksywa) i Stian Tomt Thoresen (to nie ksywa), który bardzo chciał mieć zajebisty pseudonim, ale nie miał pomysłu, więc zajumał go od Tolkiena i został ogrem Shagrathem. Całe szczęście muzycznie będzie bardziej kreatywny.
W odróżnieniu od blackowej świty panowie byli nudni, bo interesowała ich głównie muzyka. Nie ma ich w kronikach kryminalnych, nikogo nie zabili, a zamiast jarać kościoły palili co najwyżej Camele (gdy nikt nie patrzył). Oczywiście są częścią nurtu, bo wiadomo, gdy Euronymous formował zastępy piekła i udawał, że zarabia hajsy w sklepie Helvete, w którym kręcili się panowie z Emperor, Enslaved, Satyricon, Gorgoroth itd., na antresoli leżał pijany Fenriz z DarkThrone, a Bumbum jarał się kolejnymi wycieczkami z pirotechniką, to oni też tam byli. Dwie przecznice dalej naparzali na automatach i pili Pepsi.
Nie będę tu pisał książki, więc dalej skoncentruję się tylko na głównych wydawnictwach.
Pierwszy album grupy nosi skromną nazwę For All Tid, czyli na zawsze, na wszystkie czasy. Wyszedł w 1995. Za twórczość grupy odpowiadają głównie Shagrath i Silenoz i tak już zostanie.

Płyta jest jedną z tych, która dzieli zbieraczy płyt w opinii wariatów na prawdziwych pasjonatów i pieprzonych pozerów – pasjonaci mają wydanie No Colours z biało czarnym obrazem przedstawiającym Camelot, a pozerzy zadowalają się kolorowanką z Nuclear Blast. Ja mam obie, plus winyle, więc jestem po prostu pojebany.
Muzycznie? Klimatyczny black, w którym nie zawsze są charakterystyczne skrzeki. Za wokal odpowiada tu Silenoz. Album jest – moim zdaniem – bardzo dobry, jest to wartościowa pozycja także dla osób, które gardzą późniejszym wcieleniem grupy, a cenią surową "prawdziwość". Zresztą łapcie to – uwielbiam! Ponad blady horyzont ku Dniu Sądu! Piękna płyta. Teksty są po norwesku, w czasach, w których słowo Internet kojarzyłbym z wymysłem Skynetu, kupiłem sobie słownik norweskiego i tłumaczyłem.
https://youtu.be/G3RqT2RG-oY?si=1W7CBk8E7fvSwYpG
(utwór z płyty)
Drugi album wyszedł rok później nakładem wytwórni Cacophonus, z której tonącego okrętu właśnie uciekali Cradle Of Filth. Stormblast, bo o nim mowa, znów jest po norwesku, ale znacząco rozwija pomysły z debiutu i robi to dobrze. Majestatyczne riffy, hipnotyzujące melodie, lepszy wokal… właśnie. Nastąpiła tu zaskakująca zmiana, bo perkusista z debiutu stanął przy mikrofonie, a gitarzysta zabrał się za perkusję.
https://youtu.be/YWYzuZfneFU?si=qqB1FgjuAL5IwmhV
(utwór z płyty)
Płyta jest iście rewelacyjna, to wielkie dzieło i jak ktoś wzgardzi, to nie nie wiem, czy zostaniemy muzycznymi kolegami i będziemy wymieniać się kasetami. No dobra, ale dlaczego nie kupicie jej w Empiku? Bo to szatański undergroung hłe, hłe! No… nie. Bo panowie Silenoz i Shagrath przyjęli do grupy klawiszowca. Niejaki Stian Aarstad (to nie ksywa) napisał instrumentale, a w zasadzie tak twierdził, bo podjebał je z gry komputerowej.
Ponieważ ze względu na prawa autorskie wznowienia nie są możliwe, grupa nagrała album jeszcze raz. W 2005 wyszedł Stormblast MMV. Inne czasy, inny klimat, inne brzmienie i inni ludzie, m.in. znakomity Hellhammer na perkusji. To fajna wersja ale bez podjazdu do oryginału.
Złośliwi powiedzą, że to nie jedyne co podjebało Dimmu Borgir w tym czasie. Będąc w Cacophonos, kumplując się z Cradle Of Filth, stwierdzili, że nigdzie nie dojadą grając klimatyczne smuty z norweskim tekstem i mając logo nieczytelne jak kleks przedszkolaka. Postanowili zostać wampirami. Język zmienili na angielski, zaczęli napierdalać i stworzyli płytę, która popłynęła na fali przynosząc im niemałą sławę w metalowym świecie. Sławę całkowicie zasłużoną, bo chociaż to zupełnie inne muzyka, to jest to dobre granie. Otwierający album „Mourning Palace” to jeden z najbardziej kojarzonych z nimi (i nie tylko, bo i z całym gatunkiem) utworów. Oczywiście w 90s promocja odbywała się poprzez szok, więc ktoś w Nuclear Blast wpadł na pomysł, że tekst Tormentor of Christian Souls jest tak skandaliczny i bluźnierczy, że poligrafie odmawiały drukowania go. Heh. „Nie znajduję przyjemności w twoim fizycznym bólu. Chcę zniszczyć twoją chrześcijańską duszę!”.
Stylistyczna wolta przyniosła rozgłos, ale panowie też nie próżnowali. Dimmu promowało płytę np. otwierając razem Dissection koncerty Cradle Of Filth podczas trasy po Niemczech. To dobry moment, znając zresztą moje ultrasowe podejście do ekipy Daniego, żeby powiedzieć o relacji tych dwóch zespołów. Wojna? Konflikt? Nie, kolejne medialne gówno.
Dani wspominając stare dzieje w niemieckim Legacy twierdził, że to był pomysł wytwórni Dimmu żeby zrobić medialny dym, a oni wysyłali sobie dla śmiechu wiadomości znajdując kolejne newsy o rzekomej wojence. Silenoz rozmawiając z Noise Magazine rok temu w zasadzie to potwierdził mówiąc - jeśli chodzi o Cradle Of Filth zawsze łączyła nas specyficzna relacja przyjacielskich „podśmiechujek”. Oni mają to swoje brytysjkie poczucie humoru, które my od nich przejęliśmy i w pewnym momencie dla hecy obrzucaliśmy siebie błotem w prasie.
Także cóż, nie będzie inby
Będzie jednak o kolejnej płycie, bo w 1999 wychodzi Spiritual Black Dimensions, która jest o tyle ważna, że rozwija wątki symfoniczne, pojawiają się Mustis (to ksywa) na klawiszach i gościnnie ICS Vortex na wokalu.
Nie będę pisał, że to u Vortexa, naprawdę Simena Hestnesa, to ksywa, bo żart pewnie już zbyt często powtarzany, żeby był śmieszny, ale jak ktoś to czyta, to zostanie nagrodzony genezą tego dziwacznego pseudonimu, o której sam Simen będąc nieźle wstawionym opowiadał fanom po koncercie w Polsce. Kristoffer Rygg (np. Ulver, Arcturus, Borknagar) miał ksywę Fiery G. Maelstrom, czyli Ognisty G.(ram) Wir, panów trochę artystycznie łączyło, co już zostawiam zainteresowanym do odkrycia. Simen postanowił zrobić sobie jaja konstruując ksywkę podobną, ale kontrastującą: Lodowy S. Wir, czyli Icy S. Vortex. Ksywka ewoluowała i zostało ICS Vortex.

Po drugiej płycie o tytule złożonym z 3 słów zespół postanowił podążać tą drogą i w 2001 wypuszczają Puritanical Euphoric Misanthropia, płytę, która dla wielu, w tym autora tych słów, jest ucieleśnieniem zajebistości tego „nowego” Dimmu Borgir. Co ciekawe, na perkusji gra tu Nick Barker, który zwiał z Cradle Of Filth. Nic to, że jeszcze w 1997 mówił, że „nie rozumie tego całego norweskiego gówna wokół muzyki, w które wrzucane jest także Cradle, on nie będzie się bawił w ich black metal, on jest Brytyjczykiem i ma swoją historię metalu”. Życie bywa przewrotne. Płyta jest klimatyczna, zawiera cudne, wybitne orkiestracje, godne pamiętania riffy i melodie. Wokal Shagratha wsparty wstawkami Vortexa nadaje muzyce z jednej strony patos, ale z drugiej strony dziwnie eskapistyczny wymiar.
https://www.youtube.com/watch?v=lTJg4P1 ... rt_radio=1
(cały album album PEM)
Zupełnie nie rozumiem, że komuś brzmienie tej płyty się nie podobało do tego stopnia, że podobnie jak w przypadku „Grand Declaration of War” MayheM, parę lat temu wyszła wersja poprawiona. Obie lepsze w oryginale! Co ciekawe, Barker twierdzi, że swoje partie perkusji inspirował właśnie nagraniami Hellhammera na GDoW.
Warto odnotować, że na gitarze gra tutaj Grusom, teraz znany jako Galder, z Old Man’s Child. Dlaczego o nim wspominam? Bo koleś zagrzeje w zespole miejsce niespotykanie długo. Ogólnie Dimmu Borgir jest jak tramwaj, staje ktoś wsiada i wysiada, poza liderami. Galder pojechał najdalej.
Chcąc kuć żelazo póki gorące w 2003 wychodzi Death Cult Armageddon, przygotowane w tym samym składzie co poprzednik. Płyta jest naprawdę dobra, część kawałków brzmi jak soundtrack do Batmana Burtona. Jak ktoś mówi, że to jest „totalna komercha” i muzyka dla koła gospodyń, to coś mu wypadło z przestrzeni między uszami i nie ma ratunku. Oczywiście widać tu kurs na ekspansję popularności, powstaje chociażbyt profesjonalny, wieśniacki, teledysk do „Progenies of the Great Apocalypse”, który regularnie pojawia się w muzycznych TV. Zespół staje się na tyle znany, że jedzie na OzzFest.
https://youtu.be/NiNTrKsQ8TU?si=rs-K9PQ3F406qt54
(bekowy teledysk)
Skoro pojawia się wątek komercji, to można zapytać, co o tym zespole sądzi np. legendarny Quorthon z Bathory, którego, nawiasem mówiąc, cover "Satan My Master" trafił na edycję specjalną. W wywiadzie w 2003 przy tej okazji mówił tak: Pamiętam, jak dzisiejsi członkowie Dimmu Borgir pisali do mnie listy, kiedy byli jeszcze dzieciakami i dzięki płytom Bathory odkrywali ekstremalny metal. Potem dostałem paczkę, w której przysłali mi swój pierwszy album, bardzo dumni z siebie, a dzisiaj... dzisiaj są wielcy, sprzedają mnóstwo płyt i sami już osiągnęli status legendy. Takie zespoły, jak Dimmu Borgir, uważam za dzieci Bathory i nie zamierzam się ich wyrzekać. Kiedy w telewizji i radiu 24 godziny na dobę goszczą Britney Spears, 'N Sync i Backstreet Boys, kiedy wciska się nam wciąż to samo gó**o w nowym opakowaniu, metalowcy powinni trzymać się razem. Z dumą patrzę na nową generację, jeszcze bardziej ekstremalną niż my w ich wieku i cieszę się, że ta muzyka ma przyszłość.
Tak!
No, ale życie płynie dalej i a propos tego trzymania się razem… Nick Barker nie byłby sobą gdyby nie wkurwiał ludzi wokół siebie, więc zaraz po nagraniu płyty go wypieprzyli i zaprosili do wspólnego grania legendarnego Hellhammera. Z nim w składzie powstaje wspomniane już, ponownie nagrane Stormblast, tym razem bez plagiatów z gierek komputerowych, a także album In Sorte Diaboli, który wyszedł w 2007. Jest to podobno opowieść koncepcyjna, która rozgrywa się w średniowieczu. To historia duchownego, który porzuca wiarę i staje się antychrystem, czy coś. No nie wiem. Dla mnie to faktycznie jest opowieść koncepcyjna - to historia o przeroście formy nad treścią.
Wiecie, co było dodane do edycji specjalnej? Cholerne lusterko. Po co? Żeby czytać teksty, które zostały tu konspiracyjnie napisane odwrotnie. Dla mnie od ISD coś się zaczęło psuć. Płyta jest „sucha”, jakby wymuszona. Nie czuję tego. Ma momenty, ale to tyle.
W zespole podobno klimat był spieprzony, co zaowocowało odejściem Vortexa (który pił tyle, że zawalał koncerty) i Mustisa. To moment, który zmienia zespół, ale zmiana jest wymuszona - ci dwaj stanowili duży wkład artystyczny. Silenoz i Shagrath współpracują dalej tylko z Galderem, a reszta to muzycy sesyjni, w tym znany skądinąd Snowy Shaw, a innym nasz rodak Dariusz „Daray” Brzozowski, który trzyma się u nich do teraz. W takim składzie powstaje "Abrahadabra". Album nagrany z orkiestrą, ładniejszy, w pewnym sensie epicki (głupie słowo). Odmienne są też teksty - zamiast otwarcie piać o Szatanie, liryki są bardziej introwertyczne, inspirowane filozofią, okultyzmem. Oczywiście wciąż jest to In Nomine dei Nostri Satanas Luciferi (co nawet znalazło się na płycie, wspak).
Z perspektywy czasu u mnie zyskuje, chociaż obok najlepszych płyt Dimmu żal go stawiać. Dla zespołu jest to jednak olbrzymi sukces, bo grają go live z orkiestrą symfoniczną i chórem. Okazało się to marketingowym strzałem w dychę. Mogę tej płyty nie doceniać, ale hej, zastąpienie Vertexa… chórem?! Wow.
https://youtu.be/amZZrrzj3HQ?si=oVVBIVqqryiQhAZo
(koncert z orkiestrą i chórem z Wacken)
Zespół zamiast iść za ciosem, nie płynie na fali, na kolejny album trzeba czekać do 2018, gdy wychodzi Eonian. Znów dużo na nim orkiestry, ale już nie robi to takiego wrażenia. Album znów ma momenty i to tyle. Grupa nie prowadzi standardowej działalności koncertowej, ruszając dupy w trasę tylko okazjonalnie, kiedy trzeba zapłacić rachunki. W dodatku wygląda to dość wieśniacko, bo partie Vortexa odtwarzane są teraz w postaci chóru z... taśmy. Czujecie to? To nie są wstawki w tle, te partie są czasami dość długie. I podczas nich zespół razem z fanami słuchają taśmy xD
Zmiany w składzie postępują dalej. Silenoz do końca łysieje, a że dwóch skinów w zespole to za dużo, Galder został usunięty w cień. Obecnie reaktywował Old Man's Child. Nowy album Dimmu Borgir wychodzi natomiast w maju. Czego się spodziewać? Osobiście typuję „Eonian 2” z mniejsza liczbą orkiestracji. Nawet okładka coś takiego sugeruje. A foto grupy? Kurde, widzicie ten moherowy beret Silenoza?!


