Od IM do Senjutsu
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
Re: Od IM do Senjutsu
Do przesłuchania zostało Senjutsu, a potem kilka koncertówek poleci.
Brave New World - mój pierwszy koncert to Metal 2000 tour, czyli promocja właśnie tego albumu. Nie znałem niemal żadnego kawałka, jakie wtedy słyszałem, przypominam że tylko Aces High, Trooper, Man On The Edge i Be Quick były dodane do Carmy. Z tych czterech na trasie grali tylko Troopera, całą resztę setlisty pierwszy raz słyszałem na koncercie. Pamiętam, że poszczególne utwory mi się podobały, ale to nie były jeszcze wtedy emocje, które miałem na DoD tour. Liczyłem na Aces, bo to był mój ulubiony kawałek w tamtym czasie, ale jak wszyscy wiemy, nie mieli go w setliście. Po jakimś czasie zapoznałem się z albumem i pamiętam, że uważałem go za udaną produkcję, ale wolałem 7th sona, FOTD, czy Powerslave. Po ostatnim odsłuchu uważam, że jest bardzo dobry. Wyborne kompozycje, zwłaszcza pierwsza połowa płyty jest wyśmienita. Potem jakość nieco spada, ale nie drastycznie jak na POM. Nomad, Out Of i Thin Line w przeszłości raczej już nie słuchałem, szczególnie Nomad był męczący przez te arabskie rytmy. Teraz z oczywistych względów przesłuchałem płytę od A do Z, no i Nomad okazał się znośny, Out Of też jakoś nawet wszedł. Jedynie Thin Line zmęczył jak zwykle. Fallen Angel przyjemnie skopał tyłek, Dream Of Mirrors nieco znudził, choć kiedyś uważałem odwrotnie, to Dream kopał tyłek a Fallen nudził. Produkcja mi pasuje, gitary fajnie grają, mocno atakują. Bardzo przyjemnie spędzony czas, dlatego daję 8/10. Świetny powrót zespołu do starego składu, słychać, że były pomysły, słychać, że wspólne granie znowu sprawiało im dużo frajdy.
Dance Of Death - pierwszy LP, na który czekałem. W związku z premierą zarejestrowałem się też na Sanktuarium, żeby dzielić się przeżyciami, chłonąć oceny innych. Pamiętam, że kuzyn pojechał do Częstochowy do Media Markt i nabył dwa krążki, jeden dla siebie, jeden dla mnie. Premiera była 8 września, to był poniedziałek, jak sprawdziłem w kalendarzu, ale wydaje mi się, że Media Markt płyty wystawił już w sobotę, żeby były na weekend. Tak mi się kojarzy, że właśnie dzwoniliśmy do Media, czy już jest do kupienia, bo czytałem właśnie tu na forum wpisy, że w niektórych sklepach album pojawił się już przed 8 września. Pamiętam, że Journeymana tłukłem przez całą niedzielę, a niedziela była 7 września, więc prawdopodobnie tak właśnie było. Oczywiście jak tylko kuzyn wrócił z Czewy, to od razu zaczęliśmy wspólny odsłuch. Pamiętam też, że był problem z odtwarzaniem albumu na kompie, można było tylko przez wewnętrznego playera, bo były zabezpieczenia przed piraceniem. Wildest Dreams pamiętam, że znałem wcześniej, bo puszczali teledysk w TV i mi się podobał. Pamiętam, że od razu zakochałem się w Journeyman, w okresie okołopremierowym poleciał chyba z 30-40 razy. Potem kolejne utwory wpadały w ucho - Paschendale, Rainmaker, DoD, ale chyba w tamtym czasie najbardziej mi podchodził Face In The Sand. Jak sobie odpaliłem album w ramach mojego małego projektu, to Wildest Dreams mi się podobał, Rainmaker też fajny był, choć kiedyś bardziej mi podchodził. No More Lies było OK, trochę za długie i za monotonne, Montsegur całkiem dobre, Dance Of Dead musiałem zaśpiewać razem z kapelą, no nie da się powstrzymać. Gates Of Tomorrow i New Frontier zaskakująco były przyjemne, wcześniej regularnie pomijałem, a jak dałem szanse znów po wielu latach, to nawet weszło. Paschendale to absolutny killer, Face In The Sand wciąż rewelacyjny, nawet Age Of Innocence poszło, choć bez zachwytów, no i Journeyman przyjemnie zakończył album. Jak przy BNW znów są utwory rewelacyjne, bardzo dobre i kilka dobrych. Podobnie oceniam album, to jest 8/10. Uważam, że to bardzo udany album i przesłuchanie po dość długim czasie (myślę, że ok. 3 - 4 lata) było bardzo odświeżającym doświadczeniem, takim przyjemnym powrotem do liceum.
Dalej będzie AMOLAD, chyba największe rozczarowanie dla mnie. Po tym jak już okrzepłem z zespołem, jak już poznałem całą twórczość, zaliczyłem kilka koncertów, to na AMOLAD czekałem z wypiekami na twarzy. Chłonąłem wszystko, a tu przyszło poważne rozczarowanie, ale o tym następny wpis.
Brave New World - mój pierwszy koncert to Metal 2000 tour, czyli promocja właśnie tego albumu. Nie znałem niemal żadnego kawałka, jakie wtedy słyszałem, przypominam że tylko Aces High, Trooper, Man On The Edge i Be Quick były dodane do Carmy. Z tych czterech na trasie grali tylko Troopera, całą resztę setlisty pierwszy raz słyszałem na koncercie. Pamiętam, że poszczególne utwory mi się podobały, ale to nie były jeszcze wtedy emocje, które miałem na DoD tour. Liczyłem na Aces, bo to był mój ulubiony kawałek w tamtym czasie, ale jak wszyscy wiemy, nie mieli go w setliście. Po jakimś czasie zapoznałem się z albumem i pamiętam, że uważałem go za udaną produkcję, ale wolałem 7th sona, FOTD, czy Powerslave. Po ostatnim odsłuchu uważam, że jest bardzo dobry. Wyborne kompozycje, zwłaszcza pierwsza połowa płyty jest wyśmienita. Potem jakość nieco spada, ale nie drastycznie jak na POM. Nomad, Out Of i Thin Line w przeszłości raczej już nie słuchałem, szczególnie Nomad był męczący przez te arabskie rytmy. Teraz z oczywistych względów przesłuchałem płytę od A do Z, no i Nomad okazał się znośny, Out Of też jakoś nawet wszedł. Jedynie Thin Line zmęczył jak zwykle. Fallen Angel przyjemnie skopał tyłek, Dream Of Mirrors nieco znudził, choć kiedyś uważałem odwrotnie, to Dream kopał tyłek a Fallen nudził. Produkcja mi pasuje, gitary fajnie grają, mocno atakują. Bardzo przyjemnie spędzony czas, dlatego daję 8/10. Świetny powrót zespołu do starego składu, słychać, że były pomysły, słychać, że wspólne granie znowu sprawiało im dużo frajdy.
Dance Of Death - pierwszy LP, na który czekałem. W związku z premierą zarejestrowałem się też na Sanktuarium, żeby dzielić się przeżyciami, chłonąć oceny innych. Pamiętam, że kuzyn pojechał do Częstochowy do Media Markt i nabył dwa krążki, jeden dla siebie, jeden dla mnie. Premiera była 8 września, to był poniedziałek, jak sprawdziłem w kalendarzu, ale wydaje mi się, że Media Markt płyty wystawił już w sobotę, żeby były na weekend. Tak mi się kojarzy, że właśnie dzwoniliśmy do Media, czy już jest do kupienia, bo czytałem właśnie tu na forum wpisy, że w niektórych sklepach album pojawił się już przed 8 września. Pamiętam, że Journeymana tłukłem przez całą niedzielę, a niedziela była 7 września, więc prawdopodobnie tak właśnie było. Oczywiście jak tylko kuzyn wrócił z Czewy, to od razu zaczęliśmy wspólny odsłuch. Pamiętam też, że był problem z odtwarzaniem albumu na kompie, można było tylko przez wewnętrznego playera, bo były zabezpieczenia przed piraceniem. Wildest Dreams pamiętam, że znałem wcześniej, bo puszczali teledysk w TV i mi się podobał. Pamiętam, że od razu zakochałem się w Journeyman, w okresie okołopremierowym poleciał chyba z 30-40 razy. Potem kolejne utwory wpadały w ucho - Paschendale, Rainmaker, DoD, ale chyba w tamtym czasie najbardziej mi podchodził Face In The Sand. Jak sobie odpaliłem album w ramach mojego małego projektu, to Wildest Dreams mi się podobał, Rainmaker też fajny był, choć kiedyś bardziej mi podchodził. No More Lies było OK, trochę za długie i za monotonne, Montsegur całkiem dobre, Dance Of Dead musiałem zaśpiewać razem z kapelą, no nie da się powstrzymać. Gates Of Tomorrow i New Frontier zaskakująco były przyjemne, wcześniej regularnie pomijałem, a jak dałem szanse znów po wielu latach, to nawet weszło. Paschendale to absolutny killer, Face In The Sand wciąż rewelacyjny, nawet Age Of Innocence poszło, choć bez zachwytów, no i Journeyman przyjemnie zakończył album. Jak przy BNW znów są utwory rewelacyjne, bardzo dobre i kilka dobrych. Podobnie oceniam album, to jest 8/10. Uważam, że to bardzo udany album i przesłuchanie po dość długim czasie (myślę, że ok. 3 - 4 lata) było bardzo odświeżającym doświadczeniem, takim przyjemnym powrotem do liceum.
Dalej będzie AMOLAD, chyba największe rozczarowanie dla mnie. Po tym jak już okrzepłem z zespołem, jak już poznałem całą twórczość, zaliczyłem kilka koncertów, to na AMOLAD czekałem z wypiekami na twarzy. Chłonąłem wszystko, a tu przyszło poważne rozczarowanie, ale o tym następny wpis.
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Re: Od IM do Senjutsu
Ja bym dał Killers 6 lub 7 na 10
Fajnie, że nie stawiasz wysoko Somewhere in Time, bo wiekszosc fanów tutaj bardzo wysoko go ceni i u wielu jest to nr 1 (u mnie przez 2 lata też kiedyś był, ale dobra)
Fajnie, że nie stawiasz wysoko Somewhere in Time, bo wiekszosc fanów tutaj bardzo wysoko go ceni i u wielu jest to nr 1 (u mnie przez 2 lata też kiedyś był, ale dobra)
I don't belong here, we gotta move on, dear
Escape from this afterlife
'Cause this time I'm right to move on and on
Far away from here
Zajzajer on the Road 2026:
Metallica - Chorzów - 50%
Kings of Leon - Łódź
Testament - Krk
Escape from this afterlife
'Cause this time I'm right to move on and on
Far away from here
Zajzajer on the Road 2026:
Metallica - Chorzów - 50%
Kings of Leon - Łódź
Testament - Krk
Re: Od IM do Senjutsu
Oceniam płyty tak, jak je teraz czuje. Niestety przy Killers nic nie zaintrygowało.
AMOLAD - ło matulu... Trochę historii. W 2000 roku dostałem (przepraszam za wyrażenie) pierdolca na punkcie IM. Lata 2000 - 2003 Maiden zdecydowanie zdominowało mój discman, ale nie było tak, że całkowicie zamknąłem się na świat metalu, byłem otwarty na inne kapele. Poznawałem Fear Factory, Children Of Bodom, Annihilator, Kreator itd., Maiden to był absolutny faworyt, ale nie samym Maiden człowiek żył. Kumpel dał mi do posłuchania albumu Change Of Seasons, to mógł być gdzieś 2002 - 2003 rok. Płyta zachwyciła, choć to był zlepek coverów + tytułowa suita. Poprosiłem ziomeczka o jakiś inny album, pożyczył mi Metropolis Pt. 2. To mógł być gdzieś czas okolicy premiery DoD. Wiadomo, DoD zdominował odtwarzacz na pierwsze 2 - 3 miesiące, ale ileż można. Dlatego w 2004 roku częściej leciało Metropilis Pt 2 Dream Theater niż Iron Maiden. W listopadzie 2003 roku Dream Theater wydało Train Of Thought. Pamiętam była kiedyś rockowa lista przebojów w radiu 1, prowadził Romuald Jakubowski. Zaczynało się to koło 23:00 w piątki i trwało do ok. 2-3 nad ranem. Bardzo lubiłem tę audycję, bo zawsze były puszczane jakieś nowości, plus były głosowania w Internecie, więc się mocno udzielałem, żeby IM było jak najwyżej. Romuald w okolicach premiery Train Of Thought puszczał na antenie kolejne utwory z płyty. Ponieważ były długie, to było to podzielone na chyba 2 weekendy. Jako że DT nie było mi obce, to nowy album mnie zainteresował. Kiedy usłyszałem, że będą nowe kawałki Dreamów puszczane, to przygotowałem sobie magnetofon, żeby nagrać nowe utwory, by móc potem w spokoju sobie przesłuchiwać. Nie zachwyciło mnie to może tak bardzo jak Metropolis, ale kolejne kompozycje bardzo mi się podobały. Dlatego 2004 rok stał się rokiem Dream Theater, kupiłem/dostałem w prezencie Awake, Images, Six Degrees, miejsce Iron Maiden zajęło Dream Theater, a Maiden spadło na 2 -3 miejsce obok Children Of Bodom. W tamtym czasie to progmetal rozpalał moją wyobraźnię, trwało to kolejnych kilka lat, myślę, że tak do 2007-2008, kiedy zachwyciło mnie Megadeth, Death, Dillinger Escape Plan i wiele innych. Dream Theater było oczywiście nadal bardzo ważne, ale już słuchałem znacznie mniej. Niemniej jednak kiedy wychodziło AMOLAD, czyli 2006 rok, to był okres kiedy DT było moim absolutnym top 1, progmetal był moim absolutnym top 1.
W takim okresie mojego muzycznego życia Iron Maiden postanowiło wydać "progresywną" płytę. Słuchałem AMOLAD i od razu porównywałem do DT i zgrzytało mi to bardzo. Harris chciał wydać płytę progresywną, wtedy wszyscy grali progresywnie chyba, Harris chyba też chciał, tylko że to nie było to, nie ta jakość. Iron Maiden miało grać heavy metal, a nie progresywne rozbudowane suity. Słuchałem AMOLAD i wszystko było nie tak, utwory rozbudowane ponad miarę, riffy pozlepiane na chybił trafił, wszystkie utwory miały obowiązkowy wstęp na akustyku i takież zakończenie. Słuchałem Dreamów, którzy świetnie radzili sobie w progmetalu i tam to grało, a tu nie grało nic. Jeden wielki bałagan. Na forum napisałem tyle postów, że zebrałoby się przynajmniej na solidne opowiadanie na temat tego, jak bardzo AMOLAD jest zły, jak bardzo ta płyta jest rozczarowująca. Dawałem jej kilkadziesiąt szans, słuchałem pojedynczych utworów, całej płyty, od początku, od końca, przed snem, na spacerze, w aucie, w pociągu, po prostu mnie męczyła. Jedno wielkie rozczarowanie. Dawałem jej kilka szans jeszcze w następnych latach i nie grało mi to w duszy, nie potrafiło pobudzić serca. Maideni wydali potem Final Frontier, zdecydowanie lepiej mi podszedł tamten album niż AMOLAD. Zaniechałem dalszych prób, po prostu AMOLAD skreśliłem, z wyjątkiem Benjamina, to był moim zdaniem jedyny utwór warty uwagi.
Tym samym w ramach projektu podchodziłem do tej płyty, jak pies do jeża, nie słyszałem jej spokojnie z 10 lat, ale byłem pełen obaw, jak dam radę, bo ostatnio to była katorga. Po przesłuchaniu stwierdzam, że jest po prostu nudna. Nie wzbudziła jakiś negatywnych emocji, nie zgrzytało jak kiedyś, ale też nie zaciekawiło. Utwory sobie leciały, były momenty, które przykuwały uwagę, ale właśnie owe zmiany kolejnych riffów zupełnie z czapy, które nie był tak dobre jak poprzednie, powodowało, że nawet jak moją uwagę zwrócił jakiś moment kawałka, tak chwilę później traciłem zainteresowanie, bo zaczynał się zupełnie inny riff, który nie był już ciekawy. To było doświadczenie zupełnie obojętne, po prostu płyta przeleciała, a ja nie czułem nic. Podobny efekt do Killers, nie jestem w stanie odtworzyć większości utworów, zupełnie nie pamiętam co tam grało, to była ściana dźwięków, jakiś zalążków pomysłów, które zostały pozlepiane na chybił trafił. Benjamin się broni, jest dobry, Different World, spoko otwieracz, jeszcze FTGGOG jestem w stanie sobie przypomnieć, ale reszta to po prostu hałas. Płyta brzmi okej, jest niby ciężko, jest niby "progresywnie", ale jest po prostu nijako, nie ma pazura jak Number czy Power, nie ma chwytliwych melodii jak na DoD, czy BNW. Po prostu jest słabo, odbębniona robota, płyta wydana, można odcinać kupony i zarabiać hajs na koncertach. Upływ czasu, doświadczenie nie zmieniły mojej oceny tego albumu, jest najsłabszy ze wszystkich, przynajmniej z tych, które opisałem do tej pory. Skoro Killers dostał 4, to AMOLAD dostaje 3/10. Benjamin, DW i FTGGOG powodują, że płyta nie nadaje się tylko do wyrzucenia. Być może wrócę do niej i znów dam jej szansę, ale pewnie upłynie kolejnych kilka lat.
AMOLAD - ło matulu... Trochę historii. W 2000 roku dostałem (przepraszam za wyrażenie) pierdolca na punkcie IM. Lata 2000 - 2003 Maiden zdecydowanie zdominowało mój discman, ale nie było tak, że całkowicie zamknąłem się na świat metalu, byłem otwarty na inne kapele. Poznawałem Fear Factory, Children Of Bodom, Annihilator, Kreator itd., Maiden to był absolutny faworyt, ale nie samym Maiden człowiek żył. Kumpel dał mi do posłuchania albumu Change Of Seasons, to mógł być gdzieś 2002 - 2003 rok. Płyta zachwyciła, choć to był zlepek coverów + tytułowa suita. Poprosiłem ziomeczka o jakiś inny album, pożyczył mi Metropolis Pt. 2. To mógł być gdzieś czas okolicy premiery DoD. Wiadomo, DoD zdominował odtwarzacz na pierwsze 2 - 3 miesiące, ale ileż można. Dlatego w 2004 roku częściej leciało Metropilis Pt 2 Dream Theater niż Iron Maiden. W listopadzie 2003 roku Dream Theater wydało Train Of Thought. Pamiętam była kiedyś rockowa lista przebojów w radiu 1, prowadził Romuald Jakubowski. Zaczynało się to koło 23:00 w piątki i trwało do ok. 2-3 nad ranem. Bardzo lubiłem tę audycję, bo zawsze były puszczane jakieś nowości, plus były głosowania w Internecie, więc się mocno udzielałem, żeby IM było jak najwyżej. Romuald w okolicach premiery Train Of Thought puszczał na antenie kolejne utwory z płyty. Ponieważ były długie, to było to podzielone na chyba 2 weekendy. Jako że DT nie było mi obce, to nowy album mnie zainteresował. Kiedy usłyszałem, że będą nowe kawałki Dreamów puszczane, to przygotowałem sobie magnetofon, żeby nagrać nowe utwory, by móc potem w spokoju sobie przesłuchiwać. Nie zachwyciło mnie to może tak bardzo jak Metropolis, ale kolejne kompozycje bardzo mi się podobały. Dlatego 2004 rok stał się rokiem Dream Theater, kupiłem/dostałem w prezencie Awake, Images, Six Degrees, miejsce Iron Maiden zajęło Dream Theater, a Maiden spadło na 2 -3 miejsce obok Children Of Bodom. W tamtym czasie to progmetal rozpalał moją wyobraźnię, trwało to kolejnych kilka lat, myślę, że tak do 2007-2008, kiedy zachwyciło mnie Megadeth, Death, Dillinger Escape Plan i wiele innych. Dream Theater było oczywiście nadal bardzo ważne, ale już słuchałem znacznie mniej. Niemniej jednak kiedy wychodziło AMOLAD, czyli 2006 rok, to był okres kiedy DT było moim absolutnym top 1, progmetal był moim absolutnym top 1.
W takim okresie mojego muzycznego życia Iron Maiden postanowiło wydać "progresywną" płytę. Słuchałem AMOLAD i od razu porównywałem do DT i zgrzytało mi to bardzo. Harris chciał wydać płytę progresywną, wtedy wszyscy grali progresywnie chyba, Harris chyba też chciał, tylko że to nie było to, nie ta jakość. Iron Maiden miało grać heavy metal, a nie progresywne rozbudowane suity. Słuchałem AMOLAD i wszystko było nie tak, utwory rozbudowane ponad miarę, riffy pozlepiane na chybił trafił, wszystkie utwory miały obowiązkowy wstęp na akustyku i takież zakończenie. Słuchałem Dreamów, którzy świetnie radzili sobie w progmetalu i tam to grało, a tu nie grało nic. Jeden wielki bałagan. Na forum napisałem tyle postów, że zebrałoby się przynajmniej na solidne opowiadanie na temat tego, jak bardzo AMOLAD jest zły, jak bardzo ta płyta jest rozczarowująca. Dawałem jej kilkadziesiąt szans, słuchałem pojedynczych utworów, całej płyty, od początku, od końca, przed snem, na spacerze, w aucie, w pociągu, po prostu mnie męczyła. Jedno wielkie rozczarowanie. Dawałem jej kilka szans jeszcze w następnych latach i nie grało mi to w duszy, nie potrafiło pobudzić serca. Maideni wydali potem Final Frontier, zdecydowanie lepiej mi podszedł tamten album niż AMOLAD. Zaniechałem dalszych prób, po prostu AMOLAD skreśliłem, z wyjątkiem Benjamina, to był moim zdaniem jedyny utwór warty uwagi.
Tym samym w ramach projektu podchodziłem do tej płyty, jak pies do jeża, nie słyszałem jej spokojnie z 10 lat, ale byłem pełen obaw, jak dam radę, bo ostatnio to była katorga. Po przesłuchaniu stwierdzam, że jest po prostu nudna. Nie wzbudziła jakiś negatywnych emocji, nie zgrzytało jak kiedyś, ale też nie zaciekawiło. Utwory sobie leciały, były momenty, które przykuwały uwagę, ale właśnie owe zmiany kolejnych riffów zupełnie z czapy, które nie był tak dobre jak poprzednie, powodowało, że nawet jak moją uwagę zwrócił jakiś moment kawałka, tak chwilę później traciłem zainteresowanie, bo zaczynał się zupełnie inny riff, który nie był już ciekawy. To było doświadczenie zupełnie obojętne, po prostu płyta przeleciała, a ja nie czułem nic. Podobny efekt do Killers, nie jestem w stanie odtworzyć większości utworów, zupełnie nie pamiętam co tam grało, to była ściana dźwięków, jakiś zalążków pomysłów, które zostały pozlepiane na chybił trafił. Benjamin się broni, jest dobry, Different World, spoko otwieracz, jeszcze FTGGOG jestem w stanie sobie przypomnieć, ale reszta to po prostu hałas. Płyta brzmi okej, jest niby ciężko, jest niby "progresywnie", ale jest po prostu nijako, nie ma pazura jak Number czy Power, nie ma chwytliwych melodii jak na DoD, czy BNW. Po prostu jest słabo, odbębniona robota, płyta wydana, można odcinać kupony i zarabiać hajs na koncertach. Upływ czasu, doświadczenie nie zmieniły mojej oceny tego albumu, jest najsłabszy ze wszystkich, przynajmniej z tych, które opisałem do tej pory. Skoro Killers dostał 4, to AMOLAD dostaje 3/10. Benjamin, DW i FTGGOG powodują, że płyta nie nadaje się tylko do wyrzucenia. Być może wrócę do niej i znów dam jej szansę, ale pewnie upłynie kolejnych kilka lat.
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Re: Od IM do Senjutsu
Tak wiem, że oceniasz tak jak czujesz 
a ja Synka coraz gorzej czuję niestety, Moonchild i Infinie to takie 5/10, can i play już mi zbrzydł ze 3,5. Evil najlepiej się broni, dobre solo Adriana a z 6,5 bym dał, tytułowy - pierwsza część, nudy i to oooo ooo to nie moja bajka, wolna -część nudy, trzecia część solówki - kosmos, ale to za mało, dla mnie jest to najsłabsza ich kompozycja z lat 80tych w ogóle, daję ze 3,5/10, prophecy i only podobnie, clairvoyant troche lepszy. Strasznie mi się przestały podobać klawisze na tym albumie
a ja Synka coraz gorzej czuję niestety, Moonchild i Infinie to takie 5/10, can i play już mi zbrzydł ze 3,5. Evil najlepiej się broni, dobre solo Adriana a z 6,5 bym dał, tytułowy - pierwsza część, nudy i to oooo ooo to nie moja bajka, wolna -część nudy, trzecia część solówki - kosmos, ale to za mało, dla mnie jest to najsłabsza ich kompozycja z lat 80tych w ogóle, daję ze 3,5/10, prophecy i only podobnie, clairvoyant troche lepszy. Strasznie mi się przestały podobać klawisze na tym albumie
I don't belong here, we gotta move on, dear
Escape from this afterlife
'Cause this time I'm right to move on and on
Far away from here
Zajzajer on the Road 2026:
Metallica - Chorzów - 50%
Kings of Leon - Łódź
Testament - Krk
Escape from this afterlife
'Cause this time I'm right to move on and on
Far away from here
Zajzajer on the Road 2026:
Metallica - Chorzów - 50%
Kings of Leon - Łódź
Testament - Krk
Re: Od IM do Senjutsu
W sensie chodzi mi o to, że oceniam to tak, jak teraz to czuje, staram się podchodzić z zupełnie otwartą głową, bez żadnych naleciałości z przeszłości, bez żadnych uprzedzeń.
Final Frontier - kiedy wyszedł ten album, to dość mi podszedł. Zdecydowanie lepiej go odbierałem niż AMOLAD, bardziej to było strawne, mniej "progresywne", oczywiście nie był to już czysty heavy metal, jak na Powerslave, ale na powrót do tamtej formy nawet nie liczyłem. Po latach odebrałem ten LP przyzwoicie. Jest sporo wypełniaczy, ale są też dwie perełki i dwa znośne utwory. Perełki to oczywiście WTWWB i Avalon. Isle of Avalon jest na dobrą sprawę najbardziej progresywnym utworem ze wszystkich napisanych przez Harrisa. Tam faktycznie dzieje się coś więcej niż tylko E moll i 4/4. WTWWB jest wyborny, nawet po skończeniu Senjutsu wróciłem sobie do tego kawałka 2-3 razy już. Mimo, że nie jest tak "odkrywczy" jak Avalon, jest tam sporo sprawdzonych patentów, to słucha się to dobrze, bardzo lubię warstwę liryczną tego utworu, świetnie pasuje do muzyki. Wstęp do płyty, czyli Satelite i potem FInal Frontier mi się podobają, wstępniak dość nietypowy, przykuwa uwagę, a potem przechodzimy do przyjemnego prostego heavy metalu. No i El Dorado, może mało odkrywcze, może schematyczne, może oklepane, ale naprawdę słucha się przyjemnie, takie bez kombinowania, proste, gitary dają czadu, bębny tłuką, Bruce się wydziera, jest moc, jest energia, jest chwytliwy refren. Reszta płyty po prostu nudzi, nie wyróżnia się, nie daje się zapamiętać. Na dziś, w porównaniu przy tym do całej twórczości, którą ostatnio przesłuchałem, to prezentuje się ten album znośnie, jest odbiciem od marazmu AMOLAD, ale też to nie ten poziom, co na DoD, czy BNW. Daję 5/10.
Book Of Souls - album, który przesłuchałem kilkunastokrotnie, jak wyszedł i potem przez kolejne lata nie wracałem w ogóle do niego z wyjątkiem Red And Black i Empire. Po ostatnim przesłuchaniu wrażenia mam podobne jak do Final Frontier. Jest poprawnie, ponownie są dwie perełki i reszta wypełniacze, tylko że te wypełniacze jeszcze mniej zapadają w pamięć niż na Final Frontier, ale Red And Black robi kapitalną robotę. Uważam, że to najlepszy utwór od czasu Paschendale. Do 4:57 utwór prezentuje się bardzo dobrze, ale to co się zaczyna od tego momentu, to jest po prostu rozpierdol. Gdyby skrócić ten nieco przydługi wstęp, a jeszcze pociągnąć motywy od 4:57, to uważam, że kawałek miał potencjał na moje top 3, a tak jest w top 10. Empire również jest bardzo dobry, zapada w pamięć, znów doskonale pasuje do warstwy lirycznej, ciekawa historia opowiedziana zarówno słowami, jak i muzyką. Dlatego uważam, że mimo że jest tu jeszcze więcej wypełniaczy niż FF i album momentami się wlecze niemiłosiernie, to przez wzgląd na RED AND BLACK również daję 5/10. W zasadzie ten kawałek robi taką robotę, że gdyby wywalić z POM utwory 5-8, a dać R&B to byłby album 10/10. Gdyby z SiT wywalić pół płyty i dać RED AND BLACK to byłby album co najmniej 9/10. Gdyby trafił na Fear Of The Dark, to byłby album 10/10. Jest po prostu fenomenalny. Nawet teraz jak piszę tego posta, to sobie go słucham i jest ogień.
Senjutsu - jak wyszedł, to z kronikarskiego obowiązku posłuchałem. Nie zachwycił wtedy zupełnie. I teraz też nie zaciekawił. Ponownie, jak na FF, BoS, tak i tu dwa dobre utwory i reszta nudne wypełniacze. The Parchment i Hell On Earth przykuwają uwagę, reszta do zapomnienia. Niestety, ale poziom porównywalny do AMOLAD, nuda, wszechobecna nuda. Ze względu na te dwie udane kompozycje daję 4/10. Niewiele więcej jest tu do napisania.
Podsumowując ostatnie trzy albumy, to materiału było w sumie na jeden. Gdyby powyciągać te perełki - WTWWB i Avalon, RED AND BLACK, Empire, The Parchment i Hell On Earth i zrobić z tego jeden kopiący dupę LP, to powstałby album tak na przynajmniej 9/10, a może i oceniłbym na 10/10 przez wzgląd na Red And Black. Niestety zamiast takiego absolutnego hiciora na koniec, dostaliśmy trzy, wyjątkowo długie płyty, gdzie dobrych pomysłów było zaledwie na połowę tego. Gdyby skrócić te albumy, wywalić kilka utworów, skrócić kilka, z tych wywalonych wyciągnąć co ciekawsze fragmenty, dokleić do pozostałych, zrobić taką płytę jak w latach 80, czyli 7-8 utworów, 50 minut muzyki, ale takiej jakościowej, to byłoby to z korzyścią dla wszystkich i dla muzyków i dla słuchaczy. A tak dostaliśmy albumy nudne, pełne wypełniaczy, które nie mają jakości. FF trwa prawie 80 minut, BoS ponad 90, Senjutsu ponad 80. Tymczasem wartościowej muzyki na każdym albumie jest około 20-30 minut. Więc nawet jeśli są perełki, to one giną w tym całym marazmie dookoła.
Teraz odpalę sobie parę koncertówek.
Final Frontier - kiedy wyszedł ten album, to dość mi podszedł. Zdecydowanie lepiej go odbierałem niż AMOLAD, bardziej to było strawne, mniej "progresywne", oczywiście nie był to już czysty heavy metal, jak na Powerslave, ale na powrót do tamtej formy nawet nie liczyłem. Po latach odebrałem ten LP przyzwoicie. Jest sporo wypełniaczy, ale są też dwie perełki i dwa znośne utwory. Perełki to oczywiście WTWWB i Avalon. Isle of Avalon jest na dobrą sprawę najbardziej progresywnym utworem ze wszystkich napisanych przez Harrisa. Tam faktycznie dzieje się coś więcej niż tylko E moll i 4/4. WTWWB jest wyborny, nawet po skończeniu Senjutsu wróciłem sobie do tego kawałka 2-3 razy już. Mimo, że nie jest tak "odkrywczy" jak Avalon, jest tam sporo sprawdzonych patentów, to słucha się to dobrze, bardzo lubię warstwę liryczną tego utworu, świetnie pasuje do muzyki. Wstęp do płyty, czyli Satelite i potem FInal Frontier mi się podobają, wstępniak dość nietypowy, przykuwa uwagę, a potem przechodzimy do przyjemnego prostego heavy metalu. No i El Dorado, może mało odkrywcze, może schematyczne, może oklepane, ale naprawdę słucha się przyjemnie, takie bez kombinowania, proste, gitary dają czadu, bębny tłuką, Bruce się wydziera, jest moc, jest energia, jest chwytliwy refren. Reszta płyty po prostu nudzi, nie wyróżnia się, nie daje się zapamiętać. Na dziś, w porównaniu przy tym do całej twórczości, którą ostatnio przesłuchałem, to prezentuje się ten album znośnie, jest odbiciem od marazmu AMOLAD, ale też to nie ten poziom, co na DoD, czy BNW. Daję 5/10.
Book Of Souls - album, który przesłuchałem kilkunastokrotnie, jak wyszedł i potem przez kolejne lata nie wracałem w ogóle do niego z wyjątkiem Red And Black i Empire. Po ostatnim przesłuchaniu wrażenia mam podobne jak do Final Frontier. Jest poprawnie, ponownie są dwie perełki i reszta wypełniacze, tylko że te wypełniacze jeszcze mniej zapadają w pamięć niż na Final Frontier, ale Red And Black robi kapitalną robotę. Uważam, że to najlepszy utwór od czasu Paschendale. Do 4:57 utwór prezentuje się bardzo dobrze, ale to co się zaczyna od tego momentu, to jest po prostu rozpierdol. Gdyby skrócić ten nieco przydługi wstęp, a jeszcze pociągnąć motywy od 4:57, to uważam, że kawałek miał potencjał na moje top 3, a tak jest w top 10. Empire również jest bardzo dobry, zapada w pamięć, znów doskonale pasuje do warstwy lirycznej, ciekawa historia opowiedziana zarówno słowami, jak i muzyką. Dlatego uważam, że mimo że jest tu jeszcze więcej wypełniaczy niż FF i album momentami się wlecze niemiłosiernie, to przez wzgląd na RED AND BLACK również daję 5/10. W zasadzie ten kawałek robi taką robotę, że gdyby wywalić z POM utwory 5-8, a dać R&B to byłby album 10/10. Gdyby z SiT wywalić pół płyty i dać RED AND BLACK to byłby album co najmniej 9/10. Gdyby trafił na Fear Of The Dark, to byłby album 10/10. Jest po prostu fenomenalny. Nawet teraz jak piszę tego posta, to sobie go słucham i jest ogień.
Senjutsu - jak wyszedł, to z kronikarskiego obowiązku posłuchałem. Nie zachwycił wtedy zupełnie. I teraz też nie zaciekawił. Ponownie, jak na FF, BoS, tak i tu dwa dobre utwory i reszta nudne wypełniacze. The Parchment i Hell On Earth przykuwają uwagę, reszta do zapomnienia. Niestety, ale poziom porównywalny do AMOLAD, nuda, wszechobecna nuda. Ze względu na te dwie udane kompozycje daję 4/10. Niewiele więcej jest tu do napisania.
Podsumowując ostatnie trzy albumy, to materiału było w sumie na jeden. Gdyby powyciągać te perełki - WTWWB i Avalon, RED AND BLACK, Empire, The Parchment i Hell On Earth i zrobić z tego jeden kopiący dupę LP, to powstałby album tak na przynajmniej 9/10, a może i oceniłbym na 10/10 przez wzgląd na Red And Black. Niestety zamiast takiego absolutnego hiciora na koniec, dostaliśmy trzy, wyjątkowo długie płyty, gdzie dobrych pomysłów było zaledwie na połowę tego. Gdyby skrócić te albumy, wywalić kilka utworów, skrócić kilka, z tych wywalonych wyciągnąć co ciekawsze fragmenty, dokleić do pozostałych, zrobić taką płytę jak w latach 80, czyli 7-8 utworów, 50 minut muzyki, ale takiej jakościowej, to byłoby to z korzyścią dla wszystkich i dla muzyków i dla słuchaczy. A tak dostaliśmy albumy nudne, pełne wypełniaczy, które nie mają jakości. FF trwa prawie 80 minut, BoS ponad 90, Senjutsu ponad 80. Tymczasem wartościowej muzyki na każdym albumie jest około 20-30 minut. Więc nawet jeśli są perełki, to one giną w tym całym marazmie dookoła.
Teraz odpalę sobie parę koncertówek.
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Re: Od IM do Senjutsu
Zgadzam się, że z ostatnich płyt można by wykroić świetny album. No ale jest jak jest 
www.MetalSide.pl
Re: Od IM do Senjutsu
Właśnie nie rozumiem tego parcia Harrisa na te barokowe wręcz suity. Jak zaczynali, to utwory 3-5 minut były kanonem. Było z 5 utworów właśnie po 3-5 minut, ze dwa takie na 6 minut i jeden na 9-10 minut i to wypełniało około 40-45 minut płyty i każdy z tych LP mniej lub bardziej kopał tyłek. Pod koniec kariery Harris, choć już nie ma tylu pomysłów, mino tego produkuje barokowe albumy ciągnące się niemiłosiernie. No przecież te ponad 90 minut Book Of Souls to już zwyczajnie przesada. W swoim peaku połowy lat '80 chłop nie był w stanie wymyśleć materiału więcej, jak na niecałe 50 minut, a u schyłku kariery nagrywa muzyki na 90 minut. No to już na chłopski rozum wiadomo, że połowa z tego kiedyś lądowała jako tzw. B-side, to jest dodatek do singla, albo na jakieś wydanie premium, a tu wszystko idzie na album, nie ma żadnej selekcji. No i na Book of Souls tylko jeden utwór nie przekracza 5 minut, Tears of a Clown trwa 4:58, reszta 6, 8, 7, 13 itd. Clairvoyant trwa 4 i pół minuty i dzieje się tam więcej niż na połowie całego albumu Book Of Souls.
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Re: Od IM do Senjutsu
To akurat prawda. 
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Re: Od IM do Senjutsu
Temat rzeka... zapędy harrisowe, brak wcześniejszego komponowania i klejenie z tego co w studio pograli, brak autonomicznego producenta... itp. itd. No i mamy taką ciut
rozwleczoną końcówkę dyskografii.
www.MetalSide.pl
Re: Od IM do Senjutsu
Pamiętam uśmiech, kiedy zobaczyłem czasówkę BoS 
I tak jest do dziś -
I tak jest do dziś -
Re: Od IM do Senjutsu
Live After Death - doskonała koncertówka. Dobór utworów, wykonanie, energia, uwielbiam ten album. Wszyscy prezentują absolutnie fenomenalną formę. Niemal wszystkie utwory prezentują się lepiej niż w wersjach studyjnych, mają więcej energii, są żywsze, brzmią potężniej. To jest taki best of pierwszych czterech płyt. Jak zwykle mnie zachwyciła. Jedynie Running Free mnie zmęczył, takie zabawy z publicznością są spoko na koncercie, ale na płycie są nużące. Tutaj akurat wersja studyjna jest kilka poziomów wyżej. Całość oceniam 10/10, zawsze chętnie wracam do tego wydawnictwa i za każdym razem dostarcza dużo frajdy.
https://www.youtube.com/watch?v=p9EaPRkYRqk
Miałem ten post w głowie, kiedy słuchałem wersji live. Utwór jest bardzo dobry, ale też bym nie przesadzał, że to jakiś fenomen. Alexi Laiho nagrał Something Wild w wieku 18 lat. Wacław Kiełtyka założył Decapitated w wieku 15 lat razem z bratem Witoldem, który miał wówczas lat 12. W kwietniu 1999 roku zaczęli nagrywać Winds Of Creations, czyli Wacław miał wtedy 18 lat a Witold 15. Takie cudo nagrali:
https://www.youtube.com/watch?v=p9EaPRkYRqk
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Re: Od IM do Senjutsu
Może wsadzę kij w mrowisk, ale obok Upiora, czy w ogóle obok kompozycji IM, to nawet nie stało
Re: Od IM do Senjutsu
Porównywanie death metalu z patatajami IM to jednak ogólnie nie jest najlepszy pomysł
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: Od IM do Senjutsu
Przynajmniej Wacek dostał dodatkowe punkty uznania, na które bez wątpienia zasługuje 
Re: Od IM do Senjutsu
No ja tu raczej w jego obronie staję
Ani Decapitated by nie napisało Phantoma, ani Harris by nie napisał czegokolwiek, co wyszło od Decapów. Zupełnie inne bajki, wymagające innych umiejętności i innego zmysłu kompozytorskiego.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: Od IM do Senjutsu
Wacek to Nasz Złoty Chłopiec z Gitarą, pamiętajcie, żaden tam Marcin Patrzałek 
Re: Od IM do Senjutsu
Raczej chodzi o to, że wiek nie jest wyznacznikiem wyjątkowości. To, że Harris tworząc Phantom miał 22, czy tam 23 lata nie jest niczym zjawiskowym, bo rzeczy bardziej skomplikowane tworzyli znacznie młodsi muzycy.
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Re: Od IM do Senjutsu
Panowie z Emperora mieli 17-18 lat podczas nagrywania debiutu, a byli jeszcze młodsi podczas pisania tych kompozycji. Przy odpowiednich warunkach, talent muzyczny jest w stanie objawić się bardzo wcześnie. Te odpowiednie warunki to oczywiście możność posiadania instrumentów i obcowania z muzyką, żeby mieć jakieś wzorce. Tutaj akurat pokolenie Harrisa było na szczęście w dobrej sytuacji.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: Od IM do Senjutsu
To faktycznie jest kij w mrowisko.Michał123 pisze: ↑sob kwie 11, 2026 11:54 amMoże wsadzę kij w mrowisk, ale obok Upiora, czy w ogóle obok kompozycji IM, to nawet nie stałoJa tam chłopakom z Decapitated niczego nie ujmuję (zwłaszcza, że w momencie stworzenia tego utworu mieli po naście lat, mega szacun), ale to inna kategoria wagowa.
https://www.youtube.com/watch?v=HFz4eVhtkkk
A Vogg to jest moim zdaniem jeden z najlepszych gitarników na świecie. Prawdziwy polski towar eksportowy.
https://youtube.com/shorts/HqS75uGH7BI? ... M5d2FCPGF1
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.



