The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Wszystko na temat nowego tournee

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Cwirek
-#Charlotte
-#Charlotte
Posty: 15
Rejestracja: pn cze 07, 2010 11:01 am
Skąd: Longford/Ireland

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: Cwirek »

To może wróćmy jeszcze na moment do Dublina :razz:

Koncert z 30 lipca moimi oczyma, zapraszam -----> KLIK!
Awatar użytkownika
rob69
-#Wrathchild
-#Wrathchild
Posty: 86
Rejestracja: wt maja 31, 2005 6:26 pm
Skąd: Lodz

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: rob69 »

Super relacja !!! Czekamy na wiecej z kolejnych gigow. Zapowiada sie przyjemne lato z czytaniem naszych relacji :) We are Maidens Blood Brothers !!!!!!!!
Cwirek
-#Charlotte
-#Charlotte
Posty: 15
Rejestracja: pn cze 07, 2010 11:01 am
Skąd: Longford/Ireland

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: Cwirek »

Heh, ja bym chciał przyjemne lato nie z powodu relacji a kolejnych koncertów (dostałem palec i chciałbym już całą rękę) :mryellow: Żartuje, świetnie się czyta to jak inni odbierają te wizyty na Maidenowskich Gigach. Nie dość, że ciekawe to jeszcze nakręcające tę spiralę.

Rob a gdzie Steve leciał z tego lotniska? Jakaś rodzinna przerwa? Myślałem ,że zespół podczas tournee lata wspólnie Ed Force Onem do kolejnych przystanków?
Szymon
-#Weekend Warrior
-#Weekend Warrior
Posty: 2593
Rejestracja: pn mar 31, 2003 7:33 pm
Skąd: Lunteren, NL

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: Szymon »

tak dla scislosci to plachta z NML nie jest dokladnie ta z 2003. Tzn widac roznice w rysunku. Zreszta tak samo jak czesto bywa z innymi plachtami - nie sa to wierne kopie oryginalnych okadek.

W temacie placht jeszcze to w Dublinie na TCDR nie bylo plachty tego kawalka (ala trooper) tylko plachta z okladka AMOLAD
Awatar użytkownika
WICKER MAN
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6609
Rejestracja: pn mar 31, 2003 3:35 pm
Skąd: Warszawa

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: WICKER MAN »

Cwirek pisze:Rob a gdzie Steve leciał z tego lotniska? Jakaś rodzinna przerwa? Myślałem ,że zespół podczas tournee lata wspólnie Ed Force Onem do kolejnych przystanków?
Ed Force One jest używany przez zespół jedynie podczas tras dookoła świata. ;) Steve prawdopodobnie poleciał na 3 dni do Portugalii gdzie ma dom. Od kilku lat stara się jak najmniej przebywać w Wielkiej Brytanii, żeby nie płacić tam podatków. :razz:
Szymon pisze:tak dla scislosci to plachta z NML nie jest dokladnie ta z 2003. Tzn widac roznice w rysunku. Zreszta tak samo jak czesto bywa z innymi plachtami - nie sa to wierne kopie oryginalnych okadek.
Poważnie? Byłem pewien, że to ta sama płachta co w 2003 roku... Nie wiem po jaką cholerę mieliby robić druga... :???: Na pewno okładka BNW jest z 2000 roku, bo nawet widać dziury w oczach Eddie'go. ;)
Szymon pisze:W temacie placht jeszcze to w Dublinie na TCDR nie bylo plachty tego kawalka (ala trooper) tylko plachta z okladka AMOLAD
Pewnie bali się reakcji publiki na brytyjską flagę. ;) Ale to dziwne, bo w 2006 roku w Dublinie chyba była okładka TCDR...
Awatar użytkownika
rob69
-#Wrathchild
-#Wrathchild
Posty: 86
Rejestracja: wt maja 31, 2005 6:26 pm
Skąd: Lodz

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: rob69 »

Juz spiesze troszke rozwiac watpliwosci dotyczace plachyt do No More Lies. Opisalem ja i na koncu stwierdzilem, ze Eddie czai sie za jednym z filarow. Ale nie napisalem najwazniejszego .... to jest NOWY EDDIE wiec na 100 % plachta jest nowa i nie byla uzywana w 2003 roku. Moze byla podobna ale na pewno to nie ta. Jesli dobrze pamietam(bo coraz wiecej mi sie przypomina po tym jak opadaja juz emocje) to na tej plachcie jest takze drugi Eddie za innym filarem. Ma to sprawiac jakby wrazenie otaczania tej kobiety przez rozjuszonych Predatorow :) Tak to sobie tlumacze :) Jak pojedziecie na Wegry to zwroccie na nia uwage, moze ktos zrobi dobre zdjecie i problem bedziemy miec rozwiazany. Zreszta jutro zaczyna sie Wacken jesli dobrze pamietam wiec moze ktos bedacy tam szybciej rozwiaze tajemnice wyglady plachty do NML.

Gdzie Steve lecial to nie mam pojecia. Nie mam w zwyczaju pytac o prywatne sprawy takie gwiazdy. Byz z zona (chyba bo jej nie znam) i z trojka dzieci (mala dziewczynka, troche starszy chlopiec i malolatka tak w okolicach 12 lat) Nie wiem czy to jego dzieci bo nigdy wczesniej ich nie widzialem poza Lauren oczywiscie, ktorej tam nie bylo :)
Awatar użytkownika
ttomasz
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2066
Rejestracja: śr mar 24, 2010 5:04 am

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: ttomasz »

Na flight 666 widać jego dzieci, trzy dziewczyny (najstarsza Lauren i dwie młodsze chyba o 4 i 6 lat....) i syn James bodajże.
Nie musze pisać jak Ci zazdroszczę :-o
Świetna relacja z koncertu, mam nadzieję, że ten uśmiech oznaczał tak :cool:
Skubany ma fote ze Stevem zazdroszczę ci chłopie ^^
ale ja bym wolał z Adrianem i Brucem ^^
Ekhm..Steve jest sercem i mózgiem zespołu, zamieniłbyś go na głos/twarz i ręce? :???:
Słabo wyszło porównanie, ale dla mnie Steve przebija wszystkich.
Awatar użytkownika
rob69
-#Wrathchild
-#Wrathchild
Posty: 86
Rejestracja: wt maja 31, 2005 6:26 pm
Skąd: Lodz

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: rob69 »

Zgadzam sie ttomasz. Kazdy z nas ma w kazdej kapeli swojego ulubionego muzyka. Zawsze kochamy ich z jakiegos malego powodu. A, ze fajne wlosy, a ze fajna gitara i inne takie duperelki lub po prostu za to, ze ow muzyk ma po prostu w sobie cos takiego co nas do niego przyciaga. Mnie zawsze cos fascynowalo w Harrisie a to, ze akurat on byl na tym lotnisku to ju po prostu cud. Ciesze sie bardzo z tego spotkania, fotki i w ogole ale ktokolwiek by tam nie byl z Maidena to cieszyl bym sie tak samo a nie usiadl w rogu i wyl, ze np. cholerka, zdjecie z Adrianem mam ale wolalbym z Brucem :)
Musze przejrzec jeszcze raz Flight666 gdyz nie pamietam tej sceny z dzieciakami ale mam urlop wiec wiele zaleglosci nadrobie :)
Awatar użytkownika
ttomasz
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2066
Rejestracja: śr mar 24, 2010 5:04 am

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: ttomasz »

Byz z zona (chyba bo jej nie znam)
To ma nową?
Nigdy się na jego prywatnym życiu nie koncentrowałem :razz:
Na wnuki z pierwszego małżeństwa to za stare te dzieci :???:
Ma ktoś dokładne informacje na ten temat, bo na wiki nie znalazłem.
iesze sie bardzo z tego spotkania, fotki i w ogole ale ktokolwiek by tam nie byl z Maidena to cieszyl bym sie tak samo a nie usiadl w rogu i wyl, ze np. cholerka, zdjecie z Adrianem mam ale wolalbym z Brucem
Wiadomo ;-)
Nawet jakby Roda zobaczył to bez zdjęcia bym go nie puścił :cool: Każdy z nich jest dla nas wyjątkowy.
RALF
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 10198
Rejestracja: czw maja 24, 2007 11:16 pm
Skąd: Pabianice

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: RALF »

W Hamburgu masa ludzi w koszulkach Maiden ! Słychać różne narzecza... Zwrócę uwagę na te płachty, też mi się wydaje, że jest trochę inna, pozdrawiam. ;-)
Awatar użytkownika
Kuba
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1865
Rejestracja: pn mar 21, 2005 9:08 pm
Skąd: Kraków

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: Kuba »

ttomasz pisze:
Byz z zona (chyba bo jej nie znam)
To ma nową?
"He is the father of six children. He has three daughters (Lauren, Kerry and Faye) and one son (George) with former wife Lorraine and another son (Stanley) and another daughter (Maisie) with current partner Emma."

Bogato :D
RALF
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 10198
Rejestracja: czw maja 24, 2007 11:16 pm
Skąd: Pabianice

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: RALF »

Więc jestem. Jeszcze nie wydobrzałem a jutro mam w rodzinie weselisko! Koncert Maiden ZABIŁ. FULL LUDA, doskonały dźwięk i ta interakcja z widownią. Nowsze kawałki przyjmowano nawet ciepło, zaś przed "El Dorado" zaczął się młyn. Były standardowe gadki Bruce'a - był chór na "Fearze", w końcu amok na "Iron Maiden". Znalazłem kilka relacji z niemieckiej prasy w necie - euforia. Jeszcze nie otrząsnąłem się z wrażenia. Na straty musiałem spisać komórkę - zagubiłem ją :sad:

Kupiłem sporo pamiątek. Wspaniale wspominam Motley (czad) i legendarnego Cooper'a!

Za kilka dni napiszę relację jak trzeba, idę spać a jutro będę się bawił. Wspaniałe przeżycie - forma zwyżkowa Ironów trwa. Rozmawiałem z fanami z Niemiec i Belgii, strasznie wyśrubowane oczekiwania maja względem "TFF", przyznam że ja też. POZDRAWIAM WAS ;-)
Awatar użytkownika
Budziol
-#Administrator
-#Administrator
Posty: 9765
Rejestracja: pt lip 30, 2004 9:19 am
Skąd: Łódź

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: Budziol »

hehe

UP THE IRONS! ;)
Awatar użytkownika
rob69
-#Wrathchild
-#Wrathchild
Posty: 86
Rejestracja: wt maja 31, 2005 6:26 pm
Skąd: Lodz

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: rob69 »

Relacja na goraco ... z oczkami na zapalki ... zajebiste:) Czekamy na wiecej po przespaniu sie RALF :)
Napisz czy byl jakis Event shirt na Wacken bo na oficjalnej na razie nic na ten temat nie ma. Widze, ze od Dublina przez kolejne koncerty nie zmienia sie setlista. Czyzby tak bardzo chcieli doszlifowac utwory na wymiennosc przed wiosennym tournee ????
RALF
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 10198
Rejestracja: czw maja 24, 2007 11:16 pm
Skąd: Pabianice

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: RALF »

Zgodnie z obietnicami, zamieszczam dłuższą recenzję:

IRON MAIDEN - WACKEN OPEN AIR 2010


05 sierpnia (czwartek), punktualnie o 11:05, znalazłem się na terenie „Wacken - The Holy Land - Village”. Ten, kto tam nie był, nigdy nie odczuje magii tego wyjątkowego miejsca. Nie dziwi więc fakt, iż ”Wacken” z lokalnego przeglądu metalowego undergroundu, urósł do mega – imprezy światowej rangi. Tegoroczna, dwudziesta – pierwsza odsłona festiwalu, obfitowała w takie atrakcje jak „Pokazy walk Wikingów” na „Wackinger Village”, prezentacje „Teatru Ognia”, największą na Ziemi giełdę „heavy rocka” czy seanse filmowe na otwartym powietrzu.
W oczekiwaniu na koncerty gwiazd wieczoru, na „Wacken Black Stage/The True Metal Stage”, udałem się na wspomnianą „Giełdę Muzyczną”. Z braku wystarczającej ilości gotówki, mogłem pozwolić sobie jedynie na zakup okolicznościowych pamiątek (naszywka, koszulka i dvd z 2009), tudzież kilku płytek CD, od dawna poszukiwanych – Diamond Head, The Atomic Rooster czy Grand Funk Railroad. To oczywiście rarytasy wydawnicze, których próżno szukać na półkach rodzimych marketów.
Czas mijał bardzo szybko, widzów ustawicznie przybywało, około godziny 16:20 znalazłem się w okolicach głównej sceny imprezy, nie byłem sam – towarzyszyło mi kilkadziesiąt tysięcy słuchaczy, ze wszystkich możliwych stron świata. Pomny swoich kuriozalnych doświadczeń sprzed lat dwóch, tym razem odpuściłem sobie „parcie ku barierce”, stojąc w odległości jakiś 50 metrów od słynnego „rogatego logo Wacken”.
Widok miałem przedni, w tej lokalizacji miałem panoramiczny wgląd w to, – co działo się na obu estradach, gigantycznej konstrukcji scenicznej. Póki co, na „Black Stage” produkował się projekt muzyczny Skyline, wspierany okolicznościowym udziałem dwóch legend teutońskiego metalu: Udo Dirkschneidera i Doro.
Właśnie ze względu na obecność tych zacnych gości, warto było poświęcić czas na ów performance, w programie którego znalazło się miejsce na odśpiewanie hymnu Wacken, oraz wielkie powitanie publiczności. Jednak prawdziwą gratką, okazało się rozdanie nagród w konkursie „Metal Hammer Award”. Wspaniały pomysł a przy tym niezwykle frapujący dla zgromadzonej rzeszy. Bez bicia przyznam się, iż w tym czasie uciąłem sobie konwersację z pewnym Belgiem i jego znajomym, oscylującą wokół „The Final Frontier” (2010), zbliżającego się albumu Maiden.
„Billion Dolar Babies” im Wacken….
Tymczasem na sąsiedniej„The True Metal Stage”, trwały w najlepsze przygotowania do występów z cyklu „A Night To Remember”. Na pierwszy ogień poszedł spektakl prawdziwej legendy rocka i teatru scenicznego, człowieka którego nigdy wcześniej nie miałem okazji ujrzeć „w pełnej krasie”, w realiach ogromnego festiwalu.
Niesławny Alice Cooper, grzech nie zobaczyć najsłynniejszego, rockowego „Teatru Grozy”. Facet jest obecny w tym biznesie od 1965 (45 lat) i dziś jego wizerunek, dorobek artystyczny i atmosfera, jaką kreuje - to prawdziwa „wyższa szkoła rocka”, na najwyższym poziomie. Nie zabrakło ogromnego back – dropu z podobieństwem make – up mistrza, znanym z płyty „The Eyes Of Alice Cooper”.
Vincent Furner (bo tak nazywa się „Alicja” – po cywilnemu) przywitał zgromadzonych widzów dźwiękami swego największego klasyka – „School’s Out”, które to miały powrócić w outro spektaklu. I tym razem nie zabrakło rekwizytów mistrza: niemieckiej flagi, kapeluszy, szpady, ogromnego wysięgnika, zmiany garderoby,- ale nade wszystko podobać mógł się wyśmienity repertuar koncertu. W ciągu 90 minut usłyszeliśmy wybór jego największych „evergreenów”, z „Poison”, „Feed My Frankenstein”, „Killer”, „Cold Ethyl” czy „Elected” – na czele. Wrażenie robiła niesłychana wprawa, z jaką ponad sześćdziesięciu- letni weteran rocka dyrygował ogromnym tłumem. Pozazdrościć formy. Trzeba obiektywnie przyznać, iż Cooper cieszył się wspaniałym odzewem ze strony widzów (również autora tej relacji). Słowa uznania należą się w tym miejscu akompaniującym mu instrumentalistom, już dawno nie słyszałem równie sprawnie zagranego rocka, z takim biglem i kopem. Brawo!
Kickstart My Heart…
Zbliżała się 20:00, wraz z nią koncert kapeli, która od lat wzbudzała we mnie mieszane uczucia. Amerykańscy glam – metalowcy z Motley Crue, od zawsze jawili mi się jako „ubodzy krewni KISS”. Zdania tegoż nie byłbym skłonny zweryfikować, aż do momentu „naocznego” doświadczenia ich scenicznej wartości. Cóż, 75 minut show Vince Neil’a i kolegów rozpoczął riff do „Kickstart My Heart”. Jakby nie patrzeć, „Motleysi” to przednia kapela koncertowa, nieco „wariacka” – jednak nie sposób nie zauważyć, iż scena jest ich żywiołem. Publiczność najwyraźniej „poczuła miętę” do ekipy z LA, albowiem kolejnym kawałkom towarzyszył chór blisko 70,000 gardeł. Piorunujące wrażenie zrobiła rewelacyjna petarda, w postaci „Stout At The Devil”, czy wieńczące set – listę „Dr Feelgood” i obowiązkowa „night-klubówka”, w postaci „Girls!Girls!Girls!”
Ze względu na niedawne wybryki wokalisty Crue (jazda pod wpływem alkoholu i dragi), trasa Amerykanów na Starym Kontynencie, stała pod wielkim znakiem zapytania. Niemniej, dobrze że dojechali i dali czadu. Warto było zobaczyć ten gig, choćby po to by znów polubić amerykański rock, który kiedyś królował w MTV. Klasyczne pozycje dyskografii grupy wpisałem na listę „most wanted” moich zakupów fonograficznych.
„Scream For Me … Wacken!!!”
Kiedy Amerykanie opuszczali „The Black Stage”, mamucich rozmiarów audytorium wydawało się gęstnieć, z minuty na minutę. Organizator doskonale wiedział, kto jest prawdziwym magnesem elektryzującym przybyłe rzesze. Rzut oka na rozpiskę pierwszego dnia imprezy a wszystko okazuje się jasne.
Wszystkie, co atrakcyjniejsze spektakle kończyły się w okolicach 21:00, trzydzieści minut później na „True Metal Stage” zaprezentować się miała mega – gwiazda heavy metalu: Iron Maiden! Już od pół godziny z trzewi prawie 80,000 ludzi, wypełniających plac „Holy Wacken Land”, dobiegał nieustannie ten sam okrzyk: „Maiden! Maiden!”. Z każdą chwilą ów huragan ludzkich głosów zdawał się przybierać na sile.
Przez skromność nawet nie wspomnę, iż podówczas niemal całkowicie straciłem głos a nawet poczucie rzeczywistości. Kiedy z ogromnych kolumn dobiegły nas dźwięki klasyka „Doctor! Doctor!”, – wiadomo było, iż oto nadchodzi TEN SPEKTAKL! Owszem, oglądałem niezliczone rejestracje amatorskie z koncertów Maiden na „YT”, jednak okazały się one, cokolwiek marnymi przystawkami przed degustacją dania głównego. Niech tylko wspomnę, iż na potrzeby koncertu Brytyjczyków, właśnie na scenie „True Metal”, zamontowano ich całą aparaturę i scenografię.
Imponowało oświetlenie, – nie dość że potężnych rozmiarów, to jeszcze niesłychanie pomysłowo zaprojektowane. Mnogość emiterów światła przyprawiała o zawrót głowy. To zdecydowanie jeden z najlepszych „light–shows”, jakie Maideni kiedykolwiek zaprezentowali. Pierwsze skojarzenia wędrowały w tym wypadku, do ogromnego krążownika Imperium z cyklu „Gwiezdnych Wojen”. W pewnym momencie, na trzech ogromnych tele-beamach ukazały się kadry filmu o podróży w przestrzeni kosmicznej. Z głośników docierało do nas intro tegorocznej trasy Maiden, - „Mars, the bringer of war”, w wersji kinowej.
Z kosmicznej podróży wyrwał zgromadzonych czarno – biały symbol Eddie’go, znanego z posterów reklamujących tegoroczne koncerty. Mieniąca się setkami purpurowych flashy scena, rozbłysła snopami jupiterów. Usłyszeliśmy pierwsze dźwięki „The Wicker Man”. Chyba nie było osoby, która by nie wtórowała dzielnemu Dickinsonowi.
Tak na marginesie, Bruce’owi należy się w tym miejscu wiele słów uznania. Ten facet dwa dni później skończył 52 lata. Przecież to aż niewiarygodne, aby niemłody już gość dosłownie zapanował na całej długości estrady! Fenomenalna kondycja frontmana chyba udzieliła się kolegom z zespołu, bowiem od Maidenów emanowała najszczersza w świecie radość grania. Wspaniale wypadł „Ghost Of Navigator” oraz „Wrathchild”, z wtórem kilkudziesięciu – tysięcy gardeł. Ogromne wrażenia robiły zmieniające się tła panoramiczne, ściśle związane z prezentowanymi tematami muzycznymi.
Podczas „Dance Of Death”, Dickinson udowodnił iż nie przypadkiem uznawany jest za jednego z największych frontmanów rocka. To progresywny, dość trudny temat – jednak Bruce „sprzedał go nam”, niczym chrupiące bułeczki. Wspaniale przyjęto, wyjątkowo przekonujące „na żywo” „Reincarnation Of Benjamin Breeg” czy „These Colours Don’t Run”. Oczywiście, po raz kolejny zmieniały się landszafty za estradą. Na mnie największe wrażenie zrobił ten do „No More Lies” – kolejnej kompozycji, która na estradzie zdecydowanie zyskiwała, w zestawieniu ze swym studyjnym pierwowzorem (…)
Miałem pewne wątpliwości, co do reakcji na te „nowsze” fragmenty twórczości Maiden. Podczas tegorocznej trasy po Stanach, fani narzekali na brak wielu klasyków w koncertowej set-liście i wyrażali swą obojętność względem repertuaru z ostatnich trzech albumów zespołu. Na szczęście to są Niemcy i takie „BloodBrothers”, - z kosmicznymi światłami i dedykacją dla RIP R.J. Dio – wszyscy przyjęli z nabożną czcią.
Tłum oszalał na dobre przy „Brave New World”, zaś poprzedzone okolicznościową kryptoreklamą Dickinsona – „El Dorado”, zostało odśpiewane przez wszystkich.
Muszę przyznać, iż właśnie ten fragment koncertu przyciągnął moją szczególną uwagę. Wysłuchawszy „El Dorado” z promującego nowy album singla MP3, miałem dość skromne oczekiwania. Dobry kawałek, niemniej raczej z tych „średniawych”. W wersji „live” – zabijał!!! Ironi grają go nieco szybciej, Bruce śpiewa, zamiast melo-deklamować a riff wiodący – powala, istny walec koncertowy.
Oczywiście, Dickinson co i rusz wzywał nas „do boju”, swymi „Scream for me, Wacken”, zaś panowie gitarzyści pokazali prawdziwą klasę. O ile Gersa można potraktować jako „gitarową maskotkę”, o tyle Smith/Murray to tandem najbardziej klasycznych wymiataczy, na całej scenie metalowej. 30 lat praktyki zrobiło swoje. Nie wyobrażam sobie, by któregokolwiek z tych panów zabrakło w Maiden! To już nigdy nie byłby ten sam zespół!
O Harrisie pisać nie będę, bo to tak jakby udowadniać, dlaczego ”Mickiewicz wielkim poetą był” – chodząca ikona, człowiek – instytucja, mistrz kompozycji metalowej… (dopiszcie sobie, co tam jeszcze chcecie) etc, etc.
Dla wielu zgromadzonych na błoniach, prawdziwe sacrum Wacken 2010 rozpoczęło się wraz z pierwszymi dźwiękami „Fear Of The Dark”. Jak wiemy Biff Byford (Saxon) ma zamiar zrobić wszystko, by „Heavy Metal” został oficjalnie uznany za jedną z religii. Jeśli jakikolwiek utwór reprezentujący ów gatunek, miałby stać się jej odpowiednikiem „Ojcze Nasz”, z pewnością w tej roli sprawdziłby się „Fear…” – właśnie!
Tak, sporo osób narzeka na nieustanną eksploatację tegoż klasyka. Cóż, kompozycja z 1992 – ego, to swego rodzaju mantra Iron Maiden, działająca niczym katharsis w metalowym dramacie scenicznym. Oj, nie ma w tym gatunku wiele aż tak charakterystycznych dzieł…
„Scream For Me …Wacken, Scream for me! – the Iron Maiden” – każde dziecko wie, że oto przyszła pora na “przebój firmowy” Maidenów. Scena mieni się setkami jupiterów, kolejne setki oświetlają rusztowania z ekranami, wieże akustyczne i logo festiwalu. Bruce wrzeszczy: „IRON MAIDEN”. W tle sceny „Eddie – Alien” z okładki nowego albumu, scenografia przywodząca na myśl „Star Truck” w pełnej okazałości, prawdę mówiąc – kicz wierutny, ale … taki „fajny”, komiksowo – filmowy.
Byłem niezmiernie ciekaw, jak też zaprezentuje się nowy EDDIE a’la „Predator”!? W połowie utworu wylazł na scenę. Na pobliskim telebeamie mogłem mu się przyjrzeć. Fuuj (!) – paskuda, jest naprawdę straszny, do tego poczyna sobie na scenie całkiem żwawo, wielu moim pobliskim towarzyszom zabawy, chyba przypadł do gustu, bo na czas obecności szkarady skutecznie zagłuszali mi odbiór i tak diabelnie głośnej muzyki!
Uff, po „Iron Maiden” nastąpiła krótka przerwa przed bisami. Oczywiście, nikt z zebranych (pomimo zmęczenia) nie dawał za wygraną. Diaboliczny głos, recytujący najbardziej znaną introdukcję biblijną w historii gatunku, oznaczał tylko jedno, – czas na „The Number Of The Beast”. Wśród czerwono – zielonych snopów światła ukazała się ogromna facjata maskotki Maiden, w najbardziej demonicznym wydaniu. We wstępie stroboskopy rozświetliły cały plac festiwalowy, z estrady buchał sprężony dym a w jednym z rogów, tuż obok „wieży międzyplanetarnej”, na podnośniku - ukazał się kilkumetrowy posąg „Bafometa – Lucyfera”. Diabli ich wzięli, jak nic!
Wielu twierdzi, iż ten utwór to już dzisiaj sztampa. Być może, – jednak chyba innego zdania była publiczność na Wacken 2010. Nie na żarty zacząłem mieć wrażenie, iż … tracę słuch. Zaraz po „NOTB” usłyszeliśmy TEN utwór. „Hallowed Be Thy Name” wstrząsnął 80,000 ludzi! Boże, jak to zabrzmiało!
Może miałem szczęście przebywać we właściwym miejscu oraz czasie, niemniej było to najlepsze brzmienie, jakie kiedykolwiek dane mi było usłyszeć na koncercie typowo “metalowym”. Zawsze ceniłem Iron Maiden za epicki rozmach kompozycji, właśnie takich – jak ta.
To już nie jest koncert – to rytuał, pełen patosu, artyzmu i dramatycznych chwil. Dickinson na dobre zawładnął ludźmi, gitarzyści „zmietli” Wacken z posad, zaś Harris – „zastrzelił” nas swym basem, tradycyjnie stojąc na jednym z monitorów odsłuchowych.
Nieubłaganie zbliżaliśmy się do końca spektaklu. Kilkuminutowa, poszerzona wersja „Running Free” mogła się podobać. Dickinson pokazał co to znaczy „interakcja audytoryjna”, nie zabrakło swoistego dla Anglika poczucia humoru. Oczywiście, nie mogło zabraknąć zapowiedzi powrotu do „zajebistych Niemiec” i deklaracji o graniu na „najlepszym festiwalu na świecie”. Wazeliniarstwo, kurtuazja – może i tak, mają prawo.
Mniej – więcej w połowie utworu, część osób zaczęła rozchodzić się w kierunku pola biwakowego, najwyraźniej przegrywali walkę z własnym organizmem. Po dwóch godzinach wzmożonej koncentracji, sam zamarzyłem o wygodnym łóżku i … zimnym piwie. Jednak, nie było to aż takie proste. Kusił program „Movie – Field” z projekcją filmów dedykowanych mojemu bohaterowi, R. J. Dio. Cóż, wytrzymałem około 40 – minut, zmorzył mnie sen. ;-)
Awatar użytkownika
rob69
-#Wrathchild
-#Wrathchild
Posty: 86
Rejestracja: wt maja 31, 2005 6:26 pm
Skąd: Lodz

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: rob69 »

Wspaniale RALF !!!! Wiedzialem, ze jak sie wyspisz to oczarujesz nas swoimi wspomnieniami z Wcken. Wielki szacunek i wielkie dzieki za Twoje literki poswiecone temu show !!! Widze, ze nowa plachta do No More Lies robi wrazenie na wszystkich ktorzy ja widzieli :) Na mnie zrobila niesamowite a i RALF nie przeszdl obok niej obojetnie. Mam nadzieje, ze ktos napisze jakas relacje ze skandynawskich gigow bo juz z tych na "kontynencie" to jestem pewnien, ze beda :) Mam nawet takie przemyslenie, ze z koncertu na Wegrzech bedzie co najmniej 4-5 relacji od roznych osob :)
RALF napisal, aby dopisac sobie co tam jeszcze chcemy na temat Harrisa .... hmmmmm ... oczywiscie :) ... GOD OF THE GODS !!!!! Tak wlasnie widze tego nieziemskiego faceta z krwi i kosci :)
Jesli mozesz to daj fote koszulki ktora zakupiles. Eventowej chyba nie bylo gdyz na oficjalce dalej nic nie ma a pojawila sie za to ze skandynawii prawie taka sama jak na Knebworth ale oczywiscie ze zmienionymi flagami i troche innym back'iem.
Jeszcze raz dzieki za fantastyczny opis !!!!

Wielka szkoda, ze spoznilem sie z kupnem biletu na Wacken :( Ale za rok bede pilnowal tego jak oczka w glowie i moze uda nam sie wybrac wtedy razem. W koncu mieszkamy tak blisko siebie, ze az grzechem byloby sie nie spotkac na jakims lokalnym gigu. Pozdrowki
Ostatnio zmieniony ndz sie 08, 2010 5:46 pm przez rob69, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
Budziol
-#Administrator
-#Administrator
Posty: 9765
Rejestracja: pt lip 30, 2004 9:19 am
Skąd: Łódź

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: Budziol »

dzieki za opis, na Węgrzech raczej specjalnej koszulki nie będzie :)
Awatar użytkownika
rob69
-#Wrathchild
-#Wrathchild
Posty: 86
Rejestracja: wt maja 31, 2005 6:26 pm
Skąd: Lodz

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: rob69 »

Budziol ... nie bylbym taki pewny tego :) Musi byc jakis eventshirt z Europy Wschodniej :) W zeszlym sezonie zrobili dla Moskwy wiec teraz tez jest czas na shirt z zascianka Europy :)
Awatar użytkownika
Budziol
-#Administrator
-#Administrator
Posty: 9765
Rejestracja: pt lip 30, 2004 9:19 am
Skąd: Łódź

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: Budziol »

na Polskę / Czechy nie było :razz:
Awatar użytkownika
Madril
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1568
Rejestracja: pn gru 01, 2003 5:28 pm
Skąd: Sochaczew

Re: The Final Frontier World Tour - relacje z koncertów

Post autor: Madril »

Ogólnie też sądzę, że może nie być. Najbardziej by się ta Transylvania nadawała, ale tam im się pewnie nie opłaci.

Koszulka Skandynawska całkiem ciekawa. Później może wrzucę fotki. Jedynie XL w tym roku jest trochę większe, niż zawsze i mogłaby być ciut mniejsza, ale to niestety za późno zauważyłem, żeby L przetestować. :P Nie jest jednak jakoś źle, jedynie mogłoby być ciut lepiej.
ODPOWIEDZ