Ostatnio sporo katuję nową koncertówkę w wydaniu Blu-ray i muszę przyznać, że jakość wydawnictwa jest naprawdę bardzo wysokich lotów. Obraz ostry jak żyleta, a dźwięk w 5.1 naprawdę porządnie zmiksowany. Priest brzmi tutaj naprawdę mega potężnie i za to zdecydowanie należą się oklaski, jedno z lepszych wydawnictw pod tym względem. Ostatnie dokonania Maiden brzmią przy tym raczej średnio udolnie...
Co do samego koncertu, to jak zawsze są momenty lepsze i gorsze. Osobiście po prostu nie trawię tego nowego gitarzysty, do szału doprowadzają mnie te jego niby śmieszne miny i gesty. Jeszcze gdyby robił to co jakiś czas, to może bym to jakoś przetrawił, ale uśmieszki non stop nie są niestety zbyt fajne i w moim odczuciu wygląda to idiotycznie. Ale muzycznie wydaje się poprawny, choć gitarowym asem z całą pewnością nie jest.
Forma Halforda też lepsza niż się spodziewałem, ale miejscami brzmi to wręcz komicznie... Painkiller jest antysłuchalny, próbowałem kilka razy, ale ani razu nie mogłem wytrzymać do końca, The Sentinel, utwór który uwielbiam też wypadł tragicznie. Po co grać te numery, skoro wokalista nie jest w stanie ich śpiewać, mało mają innego, bezpiecznego materiału? Wykonania na poziomie słynnego już Troopera z Bayleyem
Do niczego wypadło też Judas Rising, co jest już ciężko zrozumiałe, bo nie jest to kawałek o skomplikowanej linii wokalnej... Absolutnie świetnie wypadło za to Blood Red Skies, ale głównie dlatego, że Hallford jak ognia unikał falsetów w początkowej fazie utworu, pod koniec niestety zaczął stękać i znowu zrobiło się nieprzyjemnie...
Podsumowując jest lepiej niż się spodziewałem, ale ten mus do wykorzystywania falsetu, w momencie kiedy nie można już tego robić jest dla mnie nie zrozumiały. Painkiller zaśpiewany po prostu w miarę wysoko wypadł by moim zdaniem o niebo lepiej, ale panowie chyba twierdzą, że bez pisków, to już nie byłoby to
Pozycja Live In London nadal niezagrożona
