Dodam też parę słów od siebie na temat koncertu, choć praktycznie wszystko zostało już powiedziane. Sam występ Iron Maiden uważam za fantastyczny, choć czasami faktycznie nie wszystko było dobrze słychać, szczególnie niektórych solówek, no i czasami Bruce gdzieś znikał - i wcale nie w wysokich rejestrach, przy których faktycznie ma prawo czasami "nie wyrobić", po prostu przez jakiś czas był za cicho. Widać było, że cały zespół ma niezłą radochę z grania i to udzielało się też publiczności.
Fantasycznie zabrzmiały utwory z The Book Of Souls, co sprawiło, że jeszcze bardziej lubię tę płytę. Death or Glory i Tears Of A Clown były po prostu przecudowne, a "łoo-oo ooo-oo-o" na TRATB wręcz piękne. Tu też był moment, że trochę dźwięk zbyt mocno się zlewał i część instrumentalna nie urwała głowy. Świetnie brzmiała perkusja i Nicko zwyczajnie dał czadu. CotD, Powerslave, HBTN - bajka sprawa. Blood Brothers również świetne, a przy Wasted Years aż mi się smutno zrobiło
Słów kilka o publiczności. Widać było ewidentnie, że wiele osób przyszło na koncert tylko dlatego, że metalowy i że można się wyszaleć. Ja wiem, że Iron Maiden to nie jest David Gilmour i zachowanie publiczności jest zupełnie inne, ale to nie jest ani punk, ani thrash, ani cokolwiek innego, tylko wcale nie taki ostry/ciężki heavy metal, przy którym się podnosi ręce do góry, klaszcze, skacze, drze mordę, kiedy Dickinson prosi

śpiewa i ogląda widowisko. Nie pojmuję sensu pogo i moshpitów, nie przy takiej muzyce. Rozumiem, że można czasem dostać z łokcia, przeżyję napieranie publiczności z tyłu, bo zwykle jest to chwila i potem się znów wszystko luzuje, no i wiadomo, że są momenty, kiedy nagle każdy chce być bliżej.
Sporo osób wokół mnie (GC, prawa strona, dość blisko sceny, ale nie umiem określić w metrach) autentycznie dobrze się bawiło, było skakanie, śpiewanie itp., ale tuż obok i zaraz za mną działo się czasami prawdziwe piekło. Odsuwanie się ludzi i robienie kółka i niepewne oczekiwanie kiedy będzie jakiś "czad", bo chcieli się zwyczajnie ponapierdalać. Widać było na ich twarzach radość z tego, co zaraz będzie się działo i totalny brak znajomości zespołu, na którego koncert przyszli. Na szczęście udało mi się odsunąć na tyle, aby nie zginąć
Wkurzali też ludzie, którzy pchali się pod scenę "na chama", zderzając się z innymi, odpychając ich na siłę. Spoko, każdy ma prawo się przecisnąć dalej (lub próbować się przecisnąć), ale można to zrobić delikatniej. Nie denerwują mnie osoby, które chcą podejść bliżej i spokojnie je przepuszczę, ale kiedy ktoś chce mnie staranować, to... to się ode mnie odbije

ale jest to mocno irytujące, szczególnie, że nie zwracają oni uwagi na to, czy taranują faceta, czy drobną dziewczynę, która już czuje się na tyle niepewnie, że ma ochotę uciekać.
W drugiej połowie koncertu przemieściłem się (lub zostałem przemieszczony

) w minimalnie inne miejsce i znalazłem się wśród osób z przeciwnego krańca - stojących w miejscu jak wryci i ewidentnie nagrywających całość koncertu komórkami. Gratuluję świetnie wydanych pieniędzy, ale nie wnikam, każdy lubi co innego
Reasumując: po koncercie Iron Maiden ma mnie wszystko boleć. Mam nie mieć siły mówić, mieć trudności ze staniem i chodzeniem. Odczuwać efekty następnego dnia, a nawet i następnego po nim (i tak też było

). Ale nie dlatego, że walczyłem o przetrwanie, tylko dlatego, że dobrze się bawiłem - a jak powinna wyglądać zabawa na koncercie Iron Maiden już pisałem wyżej.
Mimo tych minusów był to najlepszy koncert, na którym byłem i nie mogę doczekać się kolejnego \m/
You must gather your party before venturing forth.