Pojedyncze single przewijały się oczywiście w radio, dlatego też jej największe hity nie były mi całkowicie obce. Jednak dopiero po kilkukrotnym przesłuchaniu całości "Born To Die" (jedyneczka) zauważyłam, jak blisko jest tej artystce do naszej rocknrollowej rzeczywistości. Życie w trasie, muzycy, przelotne relacje, muzyka i sztuka - artystyczne życie zdaje mi się być tu czymś transcendentalnym.
Najciekawsze są dla mnie teksty, w których opisany został biznes muzyczny z perspektywy kobiety. Przewijają się w nim co chwila autentyczne refleksje autorki. To coś, na co miejsca we właściwej muzyce rockowej raczej nie ma - w każdym razie rzadko kiedy ktoś na "stalowej scenie wojowników" zdobywa się na tak osobiste zwierzenia. Relacja mężczyzna-kobieta w pędzącym showbiznesie jest tu ujęta z zupełnie innej strony. To coś zupełnie innego od szalonego sex-drugs-rock'n'roll, z którym spotykam się na co dzień w rockowych i metalowych kawałkach.
Sama artystka już wielokrotnie wspominała o swoich towarzyskich powiązaniach ze sceną rockową, stąd też liczne interpretacje jej tekstów i odniesienia do konkretnych postaci z showbiznesu. Dodatkowo nie sposób nie wspomnieć o wszechobecnych w jej twórczości daddy-associations (także w odniesieniu do muzyków rockowych), ale zdaje mi się, że to już jest zupełnie inna kwestia, o której można by napisać obszerny artykuł.
W każdym razie, Lanie wdzięczna jestem za przemycenie do popkultury tematu dziewczyn w artystycznym środowiisku. Wyrzuciła na pierwszy plan wszystko to, co ważne, a często pomijane. Oczywiście można zarzucić jej bycie "cheesy" (co też bym jeszcze kilka lat temu zrobiła). Rzeczywiście bez znajomości kontekstu może być ciężko to docenić. A może potrzebny jest własny, kobiecy kontekst?
Jak Wy to widzicie?



