Grand Slam - niestety, ale nastawiałem się pozytywnie, a wyszło meeeh. Totalne granie do kotleta wokalista słaby. Military Man i Sisters of Mercy spoko, pozostałe już niezbyt. Jak pisałem, vibe Phila Campbella, aczkolwiek frontman nie aż tak cringe'owy.
Girlschool - bardzo gites! Totalnie nie jestem obeznany z ich twórczością, ale z przyjemnością kiwałem głową i śledziłem poczynania sceniczne pań (i pana). Co do samych pań, to jednak mam wrażenie, że w nienajlepszym smaku jest wyskakiwanie na scenę w stroju, który nosiła na sobie gitarzystka. 40 lat temu pewnie jak najbardziej okej, ale teraz...?

Na szczęście przypominająca Marylę Rodowicz/Sędzię Annę Marię Wesołowską artystka co do zasady trzymała się drugiego krańca sceny, a nami zajmowała się basistka, która jawiła się jako bardzo pozytywna i energiczna osoba

No ale to tak na marginesie, muzycznie było fajnie i życzyłbym sobie więcej takich supportów.
Saxon - mój piąty gig Saxon i jednocześnie... Pierwszy pełny. Wcześniej za każdym razem widziałem ich z Judasami, więc to były koncerty na 1h10 - 1h15. Bardzo cieszyłem się więc na perspektywę zobaczenia ich pełnowymiarowego występu i Brytyjczycy oczywiście nie zawiedli. Formy chyba nie trzeba komentować, Saxon to jest sprawdzona marka, zawsze dają z siebie tyle, że pozostaje bić brawa, zwłaszcza zważywszy na średnią wieku muzyków. Setlista na tę trasę jest dobra, choć na pewno nie sposób określić jej mianem idealnej. Jak część Kuracjuszy, nie jestem zapalonym fanem wczesnych krążków Saxon, choć generalnie uznaję te albumy za dobre. Na żywo kompozycje ze wskazanych płyt bronią się lepiej niż studyjnie i dziś dawały mocnego kopa. Choć jednocześnie dobrze, że WoS nie trwa dłużej, bo jednak jest to dość jednowymiarowe granie

Tak czy inaczej super w końcu odhaczyć moje ulubione Stand Up and Be Counted i Machine Gun. Poza WoS dostaliśmy 3 kawałki z ostatniej płyty i zestaw przebojów, czyli w sumie... Dość biednie, patrząc przez pryzmat statystyk. Rok temu słyszałem 4 kompozycje z HFaD, a był to gig supportowy. Teraz panowie mieli szansę się wykazać i zagrać coś więcej z nowego albumu, który zresztą połowicznie sygnuje charakter trasy, no a skończyło się na Hell, Fire and Damnation, Madame Guillotine (oj, to poproszę ZAWSZE!!!) i 1066, które zresztą wypadło chyba najmniej intrygująco z całego repertuaru. Z seta wyleciało Carpe Diem, które wprowadziłoby jakąś różnorodność, bo za wyjątkiem nowego albumu, to powyżej Dogs of War (tytułowy na żywo zmiażdżył pięknie) w ogóle się nie wybraliśmy. Kotlety zabarykadowały bardzo dużą część setlisty (zwłaszcza, że samo WoS ma 3 kotlety) i o ile często narzekamy tu na takie zjawiska, tak kotletów Saxon słuchało mi się teraz znakomicie, a moim topowym momentem wieczoru było m.in. Dallas 1PM. Z rzeczy drobnych, to Biff dość mało gadał (ale nie mam porównania do koncertów headlinerskich, więc może to tylko takie odczucia osobiste) i chyba mniej gwizdał. Nie, żeby to jakkolwiek wpływało na moją ocenę eventu, tylko tak o informuję. Nagłośnienie wzorowe, Studio znowu pokazuje swoją klasę. Za 2 tygodnie poleci tam całe Balls to the Wall i mega się cieszę, że klub w końcu jest wykorzystywany w ten sposób. Wcześniej były to raczej sytuacje incydentalne. Oby jak najwięcej imprez tam, oby jak najlepiej nagłośnionych.
Swój pierwszy klubowy Saxon uważam za bardzo udany i z chęcią przyjmę więcej, aczkolwiek wolałbym, żeby kolejne razy to już były bardziej standardowe setlisty

Choć jak tak sobie pomyślę i porównam te wszystkie koncerty, to tegoroczny raaaczej nie był najlepszy - tutaj bym wskazał chyba na Mystic 2022, gdzie robotę robił element zaskoczenia: Saxon po prostu wszedł na scenę, Biff rzucał datami i zespół bezlitośnie mną zamiatał, mimo że wówczas nie znałem wszystkich granych numerów, a wielu z nich nie słyszałem przez długi czas, no i zeszłoroczny Dublin - czyli pierwsze zetknięcie z materiałem z HFaD na żywo, co było dość mocnym doznaniem.
Ogólne fajny byłby podwójny live album z tej trasy: jakiś koncert z 2024 (Biff rok temu mówił, że nagrywali Kraków) i teraz z setem WoS.
Nie mogę nie wspomnieć o jednej z bardziej patologicznych sytuacji, jakie spotkały mnie na koncertach, w których dotychczas uczestniczyłem. Trochę tych wydarzeń było, ALE DO KURWY NĘDZY, NIGDY WCZEŚNIEJ NIKT NIE ROZPYLIŁ W ŚRODKU KONCERTU GAZU PIEPRZOWEGO. Tak, jakiś pierdolony matoł psiknął gazem i to rozeszło się na cały klub. Kompletny blamaż ze strony ochrony, a temu matołowi to bym chętnie spuścił wpierdol za tę niebezpieczną głupotę. Zresztą publiczność ogólnie była "ciekawa", takiego stężenia najebanych podstarzałych metali, którzy ryją się do przodu jak pierdolone prosiaki, tylko po to, żeby nagrać filmik z bliska, to dawno nie widziałem. Pływaków i poga na Broken Heroes komentować nie będę. Pod względem audytorium liczyłem raczej na powtórkę z jesiennego Accept, gdzie niekiedy czułem się, jakbym był na Deep Purple, a dostałem klasyczne polskie bydło. Dobrze, że byłem raczej z boku, bo pod Biffem musiało być znacznie gorzej.
A, no i żeby było jasne - nic nie złapałem (co świadczy o skąpstwie Saxon, skoro to już 5 raz i nic).