Ci z Was, którzy uważnie czytają forum, wiedzą, że prawie rok temu wybraliśmy się z żoną na Openera, żeby zobaczyć Linkin Park. To był świetny koncert i stwierdziliśmy, że trzeba to będzie powtórzyć. Dodatkowo odświeżajac dyskografię przed i po openerowym koncercie, spowodowaliśmy, że LP trafiło do top ulubionych zespołów naszych dzieci. Dlatego w tym roku postanowiliśmy zabrać je ze sobą. Wybór padł na otwarcie trasy w Sztokholmie, gdzie oczekiwaliśmy skandynawskiego spokoju na publiczności, jednocześnie ogarniając temat prezentu na dzień dziecka. Bilety wyszly koszmarnie drogo, bo jak podjęliśmy decyzję i wybraliśmy miasto, to już nie było zbyt dużego wyboru - trybuny na końcu stadionu lub vipowskie pakiety do pita. Decyzja mogła być tylko jedna. W końcu nie będziemy lecieć do Sztokholmu oglądać Linkin Park na siedząco i przez lornetkę (co prawda tuż przed koncertem w sprzedaży pojawiły się też zwykłe bilety do pita, ale trudno). Inne elementy wyjazdu postanowiliśmy potraktować bardziej budżetowo, ale też nie do końca wyszło. W sumie tanio wyszedł tylko lot irlandzkim bydlowozem z Gdańska. Pendolino do Gdańska (akurat nie mogliśmy skorzystać z samochodu) i hotel na lotnisku (do Sztokholmu dolecieliśmy dzień przed koncertem o 23) do tanich nie należały.
Przed wylotem na koncert najedliśmy się trochę stresu. Bilety kupowaliśmy przez szwedzkie axs. Mają swoją aplikację, kody QR tylko z niej, odświeżane co jakiś czas. Na początku tygodnia żona chciała się zalogować do aplikacji i... dupa. Błędne hasło. Kilka prób, reset hasła. Nic nie pomaga. Cały czas komunikat o błędnym haśle. W końcu okazało się, że problemem leży po stronie dostępu do netu. Korzystając z danych mobilnych nie dało się zalogować. Nie wchodziliśmy w szczegóły, więc nie wiem czy to kwestia polkomtela, czy wykrycie, że połączenie jest spoza Szwecji. Nie działało i tyle. Po wifi bez problemu. Niestety po jakimś czasie niekorzystania aplikacja się automatycznie wylogowuje. Było trochę stresu w kolejce czy podczas sprawdzania biletu wszystko będzie w porządku. Na szczęście się udało bez problemów. Okazało się jednak, że nie tylko my mieliśmy taki problem. Gdy zaczęli wpuszczać EE pojawiła się para, która miała identyczny problem. Dziewczyna nie mogła się zalogować do aplikacji. Miała chyba potwierdzenie zakupu czy coś. Odesłali ją do punktu biletowego, żeby tam jej pomogli ogarnąć temat. Strasznie słabe.
Ale wróćmy do wyjazdu. Po obfitym śniadaniu, które miało dostarczyć energii na cały dzień zostawiliśmy plecaki z ciuchami w schowku na lotnisku i pojechaliśmy w kierunku 3Arena. Nie musieliśmy być jakoś bardzo wcześnie, bo nie mieliśmy biletów EE (te kosztowałyby jeszcze z 2k więcej), ale dziewczyny chiały być możliwie blisko, więc trochę pokolejkowaliśmy. Poza tym zdobyły w ten sposób cenne doświadczenie bezsensownego siedzenia na słońcu

Dużych tłumów nie było, nawet w kolejce do EE dopiero na godzinę przed otwarciem bramek EE zaczęło robić się tłoczno. Ostatecznie wpuścili nas na teren stadionu z 20 minut przed czasem, dzięki czemu odebraliśmy nasze pakiety (straszne gówno) jeszcze przed oficjalnym otwarciem bramek.
W środku zajęliśmy miejsce w drugim rzędzie na środku długości wybiegu, żeby mieć dobry widok na scenę oraz wybieg (wydaje mi się, że na Open'erze więcej z niego korzystali). Po godzinie na scenie pojawił się pierwszy support. Phantogram. Babka z gościem, klawisze. No może @kam czy @Shedao doceniliby ich występ, dla nas to było po prostu nudne, ale jeszcze do wytrzymania. Grali pół godzinki, potem 15 minut przerwy i na scenie zameldowało się Clipse. No to był występ, po którym spokojnie możnaby zostać rasistą. Klasyczne z deszczu do szamba. Trzech szczekających Murzynów, obwieszonych łańcuchami i jedna maszyna do wydawania dźwięków. Oni dostali niestety aż 45 minut. Młode stwierdziły, że zamiast tego wolałyby jeszcze z 2 godziny posiedzieć na nagrzanych schodach przez stadionem
Tutaj kilka słów o organizacji. Ochrona cały czas czuwała i widać było, że jest tam do zapewnienia bezpieczeństwa. Mieli bidony z wodą i co jakiś czas sprawdzali czy ktoś z publiczności nie potrzebuje nawodnienia. Ludzie nawet dalej od barierek podchodzili po łyka wody, a potem grzecznie wracali na swoje miejsce. Gdy podczas występu Clipse stałem chwilę ze spuszczoną głową (tęsknie wspominając koncert Conana Greya przed LP na Open'erze), ochroniarz podszedł zapytać czy wszystko ok. Nie, nie było ok, ale gości ze sceny by raczej nie wygonił, więc go okłamałem, że wszystko w porządku. Ruchów wśród publiczności za dużo nie było. Spokojnie można było wyjść po coś do picia czy kibla i wrócić, ale gdy ktoś "nowy" próbował się przepchać, to raczej był zdecydowanie stopowany przez stojącą publiczność.
Wreszcie, punktualnie o 20:45... zaczęło się dziesięciominutowe odliczanie do koncertu gwiazdy wieczoru. Od razu mocno. Emptiness Machine, Lying From You, Crawling rozruszało publiczność, a przynajmniej jej słowiańską część.

Koło nas stała para ze wschodu (nie wiem jak dalekiego, bo nie rozróżniam ruskich narzeczy) i byli zdecydowanie najbardziej aktywnymi obok nas uczestnikami koncertu. Śpiewali chyba wszystko jak leci, a nadążyć z tekstem za Mikiem nie jest łatwo. Nie żeby poza tym było jakoś drętwo, Hindusi po lewej też się bawili, śpiewając refreny. Potem pojawili się jacyś młodzi Szwedzi, którzy byli bardziej aktywni. Jednak na początku dominowały telefony w górze. Bardziej aktywna była publiczność po drugiej stronie wybiegu. Tam był pit z EE dla fanklubu. Goście na barierce lecieli pełnymi tekstami numerów, aktywnie machając łbami. Następnym razem zdecydowanie trzeba udać na tamtą stronę hali. Podczas Two Faced (mniej więcej połowa seta) Mike wracając z końca wybiegu wyraźnie zażyczył sobie mosh pitów. No cóż ciężko nie słuchać artysty. Nawet spokojni Skandynawowie ruszyli dupy i zrobili kółeczko. Byliśmy z dziećmi, ale jakoś ciężko było się powstrzymać. Żona od razu ruszyła w tany. Ja wkopałem nasze plecaki dzieciakom pod nogi, powiedziałem, że "zaraz wrócę" i poszedłem w jej ślady. Było krótko, kulturalnie, ale intensywnie. Musiałem wyjść z mosha przed końcem numeru, żeby spokojnie wrócić na miejsce koło dziewczyn. Udało się. Młode też przeżyły, chociaż dwa razy tłum je wepchnął w barierki (siłą bezwładności). Na szczęście były w drugim rzędzie, więc miały bufor w postaci młodych Szwedek. Po moshu trochę się zagęściło, zmieniła się też publiczność koło nas. Trafiła się jakaś najebana baba, która dość intensywnie pchała i machała łapami (to już była rogacizna), więc musiałem wepchnąć rękę na barierkę, żeby oddzielić ją od córki. Dziewczyna barierce przed nami rozumiała o co chodzi i zwolniła mi kawałek miejsca na oparcie dłoni. Najebuska poryła z półtora numeru, po czym rzuciła "hey, it's Linkin Park's concert people" i sobie poszła

Dalej było juz raczej spokojnie. Ciaśniej, ale nikt się nie pchał (aż do momentu rzutu pałeczką

). Publiczność bardziej śpiewająca się trafiła po wymieszniu i zabawa była dobra. Mike w trakcie koncertu zszedł do fosy poprzybijać piąteczki i moje młode się załapały, więc dodatkowy plus.
Po koncercie ewakuacja do metra całkiem sprawna. Wychodząc z sali można było jeszcze zgarnąć kubek darmowej wody. Kolejka do metra spora, ale sprawnie szło ładowanie wagonów. Na noc po koncercie nie mieliśmy noclegu (wylot powrotny był o 5:45, więc trochę się nie opłacało). Metrem dotarliśmy do stacji pociągów do Marsty, a stamtąd busem na Arlandę. Na stacji w Sztokholmie trafiła nam się abstrakcyjna sytuacja. Szliśmy po peronie, gdy moja córka (zupełnym przypadkiem w bluzie swojego ulubionego szwedzkiego zespołu - dobrze, że nie kupiliśmy jej bluzy LP na merchu), powiedziała "mamo, tam siedzi Zlatoyar". No i miała rację. Co prawda od dłuższego czasu już nie gra w Soen, ale okazał się być sympatycznym gościem i bez problemu zgodził się na foteczkę
Reszta wyjazdu była (dla odmiany

) dość męcząca. Na lotnisku o 1:30, do otwarcia security o 3:30 "spanie" na jakichś krzesłach i podłodze, potem przejazd busem na jakiś dziwny terminal na końcu lotniska (myślałem, że Modlin do zadupie, ale na Arlandzie chyba też się wstydzą, że Ryan u nich ląduje), potem bus w Gdańsku i pociąg do Warszawy - pendolino, bo akurat taki był najbliżej, a poza tym po nocy na lotnisku i godzinie w rajanie zasłużyliśmy na odrobinę komfortu. Wszyscy byliśmy koszmarnie zmęcznie. Młode co chwila zapadały w sen, ale chyba było warto skoro po powrocie do Warszawy zapytały "Czy pojedziemy na jeszcze jeden? Ale tym razem EE, żeby być na barierce"
Na sobotę mieliśmy w planie (ale takim wstępnym, bo biletów nie kupowaliśmy) wybrać się na juwenalia posłuchać występu dwóch piosenkarzy: Krzysztofa "Zdrajcy metalu" Sokołowskiego z zespołem oraz Krzysztofa "Iron Maiden jest śmieszne" Zalewskiego. Niestety organizatorzy nie raczyli podać dokładnej rozpiski wydarzenia, a ja jak wreszcie o 14 położyłem się na małą drzemkę, to obudziłem się grubo po 18. Trudno. Szansa przepadła.