Re: Ogólnie o koncertach
: czw lip 30, 2026 6:53 pm
No. okres z Paddenem był super.
Polski Fan Klub Iron Maiden
https://www.sanktuariumfc.org/forum/
Też nie wiem jaki proces zadziałał podczas pandemii u Jeffa, ale od jakiegoś czasu profil Annihilatora na fb wygląda jak shitpost boomera, który co tylko sobie przypomni o jakiejś sytuacji sprzed 15, 20 czy 30 lat, to postanawia o tym wrzucić posta. Stąd takie kwiatki, jak kompletnie z dupy wrzucone foty i zachwyty z koncertów w Rosji w 2010 roku. Dlaczego nie ma ochoty już grać koncertów, to pewnie poza nim nikt nie wie, a szkoda, niektóre strzały z dyskografii bardzo lubię i chętnie bym się wybrał, szczególnie ze Stu na wokalu.
Byłem w Progresji w '18. Maniac mnie rozłożył na łopatki. Nie ma możliwości usiedzieć w miejscu na tym bangerze.Bon Dzosef pisze: ↑ndz sie 09, 2026 7:51 pm CB to obecnie najlepszy Synthwave na żywo, podobnie jak na Mysticu od pierwszej do ostatniej sekundy nie dało się nie tańczyć, a Maniac na koniec to oczywiście taki zapalnik, że nie było chyba osoby, która się nie bawiła.
Piękna relka. Do zobaczenia za rok, pogotujemy coś pod sceną wierzę.Bon Dzosef pisze: ↑ndz sie 09, 2026 7:51 pm Brutal to dla mnie zawsze był festiwal taki jak Keep it True. Co roku fajny sklad, co roku prosty dojazd, co roku myslalem i nigdy nie byłem. Błąd z KiT naprawilem rok temu, w tym przyszła pora na odwiedziny w Jaromerze.
Na wyjazd zdecydowalem się tak naprawdę last minute, dopiero w poniedzialek kupiłem bilet z drugiej ręki, udało się też odkupic za pół ceny hotel i znalezc współlokatora, zatem cały wtorek ogarnialem sprawy, a było tego tak dużo, że pakowac zacząłem się dopiero w srode nad ranem. Szybka prycha i hop do ciuchci, ktora chwilę po 5:00 zabrała mnie na poludnie, dworzec cały wypchany był fanami murzyna weekenda.
Pociąg do Pardubic okazal się teleportem, przespalem cała trasę i niedługo potem melduje się w Hradcu. Organizacja top, szybki check in, już w hotelu dostalem opaske, mogłem zasilic gojskiego chipa, dostałem update apki żeby móc rezerwowac shuttle busa - wow.
Przez opoznienie pociągu Pardubice Hradec nie udało mi się zobaczyć Armored Saint, więc festiwal zaczalem od Metal Church. Zespol, który po smierci Howe'a i angazu fleta Lopeza skreslilem, ale nowy wokal i Ellefson na basie dali nowe zycie zalodze Kurdta i już się ciesze na powtorke w Krakowie. Następnie Elder i tu mogłem zwiedzic twierdze, bo grali na scenie Obscure. Miejscówka jest genialna, pierwszego dnia nie odkryłem wszystkich zakamarków, ale poruszanie się po Twierdzy to czysta przyjemnosc, nie korkuja się ciagi komunikacyjne, transport na wszystkie sceny jest bardzo sprawny… z wyjatkiem Octagonu. Ten jest otoczony murami, wchodzi się do niego ciasnym korytarzem i trzeba wbic wczesniej, żeby zobaczyć koncert. Ale to nie jest duży minus.
Czasowka nie wybaczała, więc koncerty Coven, Samael i Nevermore widziałem niepełne, ale każdemu z zespolow dałem pol godziny. Nevermore zasluguje tu na wyroznienie, Turek okazal się niesamowitym wokalista i frontmanem, naprawdę wysoki poziom.
Zarwana nocka dawała się oczywiście trochę we znaki, ale Municipal Waste z barierki mnie rozruszało, chociaz zaluje że dałem się na ten front namowic, plywakow więcej niż w Cuecie, konkretne pchanie, nie spodziewalem się że w Czechach to możliwe. Na koniec Triptykon i Amenra, ale o ile Tom G Warrior to jeden z moich ulubionych przedstawicieli ekstremy, tak wokal w Amenrze był niepowazny i komediowy, więc wyszedłem.
Dzień drugi - wake up dead. Mimo wszystko lepiej w łóżku niż w namiocie, ze śniadankiem i busem pod sam fest. Dzień zaczynam od absolutnego zjawiska, Krolowa Szczurzego Zamku absolutnie pozamiatała, mialem iść w Wwie ale z racji na ich obecnosc na BA i lokalizacje koncertu w jebanej saunie sprzedałem tixa. Trochę zaluje, bo ten projekt to cudowne zjawisko, czyste retro. Jaram się i chce więcej. Drugim highlightem był oczywiście Death Angel, nie ma lepszej czysto thrashowej zalogi niż ta ekipa i nie ma dyskusji, jak zawsze weszli i rozjebali.
Festiwal obfitował też w odkrycia, bardzo siadły mi dziewuchy z Kittie, chociaż nie wiem czy dobre dupy bo stały daleko. Idealny zespół na srodkowe festiwalowe sloty, tak żeby posluchac i jeść.
Jesli już przy szamie jesteśmy to wybor był naprawdę dobry, ceny co prawda bardzo wysokie, ale dalo się ojebac potezna kiełbe ponizej 30 zlociszy. Z racji na moje dietetyczne ograniczenia wiele nie probowalem, ale wyglądało to dobrze.
Wracajac do odkryc bardzo klimatyczny był Psychonaut, ale moje serce skradł Draconian. Wspaniałe, klimatyczne granie i tutaj też muszę wspomnieć o tym, jak przemyślany jest skład Brutala, bo oczywiscie przeważa w nim gruz mrok i szybkosc, tak sporo jest w ciągu dnia momentów, gdy na scenie pojawia się zespół bardziej atmosferyczny i spokojny. Bardzo dobrze sprawdza się to jako przerywniki pomiędzy bardzo ciężkim graniem i ta różnorodność w moim przypadku działa tylko na plus. W takiej roli zresztą świetnie sprawdził się Alcest, wspaniały zespół na zamknięcie dnia, cudowna atmosfera, bardzo urocza konferansjerka, gadki jakby wstydził się być na scenie, ale pasuje to do tego co grają. Wcześniej swoje sztuki zagrały Body Count (nuda), Amorphis (jak zawsze klasa i jak zawsze trochę beton w secie) i oczywiście odbyła się wielka impreza pt. Carpenter Brut. CB to obecnie najlepszy Synthwave na żywo, podobnie jak na Mysticu od pierwszej do ostatniej sekundy nie dało się nie tańczyć, a Maniac na koniec to oczywiście taki zapalnik, że nie było chyba osoby, która się nie bawiła.
Dzień trzeci. Wake up even more dead. Na festiwalu melduję się bardzo późno, piątek był line-upowo najsłabszy, więc przyjazd o 15 bez bólu. Tego dnia raczej krążyłem między scenami łapiąc połówki wielu występów, część zaskakująco udana, np. Corrosion of Conformity na Mysticu wydało mi się gówniane, a na Brutalu weszło całkiem dobrze, ot zespół do pooglądania na festiwalu. Podobnie zresztą krótki fragment Primusa, zapamiętałem ich jako gówno totalne z któregoś Graspopu, a tymczasem piętnaście minut, które zobaczyłem było w porządku. Inne połówki to między innymi Coroner, którego znam bardzo dobrze, Animals As Leaders których lubię, ale średnio sprawdzają się na żywo i Arthur Brown na którego ostrzyłem sobie zęby i był to dokładnie tak dziwny i osobliwy koncert jak oczekiwałem, takie Deep Purple gdyby wyznawali diabła. Arthur Brown nie był jedynym piątkowym dziwnym koncertem, bowiem miałem jeszcze okazję zobaczyć 8-bitowy metal w wykonaniu Master Boot Record. Brzmi dziwnie i jest dziwne, ale bawiłem się znakomicie. Polecam.
Były niestety także rozczarowania, pierwszy raz na żywo widziałem Katatonię i nic tam nie grało. Zespół całkowicie statyczny, Jonas śpiewał jakoś nosowo, jego głos nie był delikatny tylko drażniący, no i nowe numery brzmią słabo na żywo. Nie wiem też czy dobrym pomysłem było aby tuż po sobie grała Katatonia i Eivor, bo oba zespoły może nie zamulają, ale jest w tym wiecej emocji i atmosfery niż jebnięcia. A może w taki mood wprowadziła mnie AA Williams, która mimo opóźnienia zdobyła moje serducho i zagrała fenomenalną, nastrojową sztukę. Prawdziwym highlightem tego dnia była dla mnie jednak wizyta na scenie Obscure, gdzie stałem w sumie z braku laku, aż na scenie pojawił się węgierski Thy Catafalque. Zespół zupełnie mi nieznany potrzebował jakichś dwóch minut, żeby przyciągnąć mnie pod samą scenę i absolutnie oczarować, zwłaszcza utwory z wokalistkami były kurwa przepiękne, muzyka niezwykle klimatyczna i koncert uplynąl mi niezwykle szybko. Łyżeczka dziegciu to fakt, że w kwietniu grali w Warszawie, a ja ich nie znałem, ale oby była okazja żeby nadrobić bo Węgrzy są wspaniali. Na koniec miało być Vio-Lence, ale widziałem ich w tym roku na statku, a po rozczarowaniu Katatonią postanowiłem wskoczyć do wyra.
Dzień czwarty, Wake up pain. Organizm zaczyna się trochę buntować, wszak od połowy kwietnia w zasadzie nie odpoczywam i zapierdalam.Takie życie journeymana. Tego dnia znowu było sporo dań znanych, smacznych i lubianych - zawsze miło zobaczyć Sacred Reich, zawsze dobrze wykrzyczeć BEWITCHED na mistrzach z Candlemass, czy pokrzyczeć napierdalać dla polskiego Vadera. Insomnium to z kolei zespół, którego płyt chyba nigdy nie odpaliłem, ale kilka koncertów, w tym ten Brutalowy wspominam bardzo dobrze. Tego dnia poznałem masę brazylijczyków, więc czas spędzałem w portugalskojęzycznym towarzystwie, ale było też dużo biegania między scenami. Znowu wizyta na mniejszej scenie zaowocowała świetnym odkryciem i znowu był to zespół klimatyczny i nastrojowy i znowu zostałem zahipnotyzowany pełnymi emocji melodiami i cudownym wokalem - The 3rd and Mortal. Jeśli miałbym postawić gdzieś minusy to japoński Coffins strasznie mnie zgruzował, Demolition Hammer za nastolatka uwielbiałem, ale dzisiaj taki wpierdol thrash bardzo mnie męczy i nie wystałem do końca. Mocno wyczekiwałem występu Wardruny, wielu moich znajomych robi ich wszystkei polskie gigi i zachwala, ale uważam że na żywo jest to zbyt atmosferyczne, a za mało koncertowe. Wynudziłem się trochę pod sceną, więc zrobiłem spacer na górkę zwaną natural stand - podwyższenie, z którego można oglądać ekran i słuchać, bo jest niestety za daleko żeby dojrzeć za wiele na scenie. W tym oto miejscu zasiadłem na ławeczce i traktując Wardrunę jako ambient zacząłem pisać relację, bardzo dobrze się to sprawdziło w takiej roli. Również z natural standa oglądałem Satyricona, o którym wiele nie mogę powiedzieć. Solidny występ, tyle że nie są to do końca moje klimaty, do tego siedziałem zmęczony daleko od sceny, więc po prostu obejrzałem koncert i tyle.
Zostały do opisania już tylko dwa występy, najlepszy i najbardziej rozczarowujący, zarówno ostatniego dnia, jak i na całym festiwalu. Nigdy bym się nie spodziewał, że będę chcial wyjść w trakcie koncertu Perturbatora. Z muzyką Jamesa jestem od bardzo dawna, byłem na pierwszym koncercie w Hydrozagadce, już w 2015 obserwowałem i eksplorowałem eksplozję synthwave’u, którego Perturbator był wschodzącą gwiazdą. Każdy kolejny koncert Pertubatora, na coraz większych scenach był dla mnie świetnie spędzonym czasem, ale o ile zawody studyjne przykrywały ciągle dobre koncerty, tak wczoraj była kumulacja tego, co mi się nie podoba. Brzmienie bardzo basowe, niskotonowe, delikatne dźwięki syntezatorów totalnie zniknęły pod ścianą dźwięku i nawet Humas… brzmiało bardzo nisko, tak jakby James obraził się na Synthwave i chciał usilnie pokazać, że nagrywa coś innego… gorszego. Zabawa była też znacznie mniej żywa niż na Carpentrze i o ile można to częściowo uzasadnić zmęczeniem, wszak było to praktycznie zamknięcie festiwalu, tak widać było po ludziach, że ożywali na rzeczach z Dangerous i Valley. Ale na szczęście raptem kilka godzin wcześniej odbył się najlepszy w mojej nieskromnej opinii koncert, czyli Left to Die. Kurwa mać. Chuck jest bogiem i nie ma o czym dyskutować i o ile zawsze bardziej ceniłem sobie późniejsze dokonania Schuldinera, tak pierwsze płyty to oczywiście wybitne albumy, a LtD odegrało je idealnie. Nieprawdopodobna siła jest w tej muzyce, a wykonawczo wszystko było bez zarzutu, z oddaniem szacunku materiałowi źródłowemu Godzina na barierce minęła błyskawicznie, jedyny minusik to wszystkie plastiki poleciały na prawo, ale szczerze mówiąc chuj z tym.
Podsumowując, to były niesamowicie udane cztery dni w twierdzy Jaromer. Festiwal jest fantastyczny, świetnie zorganizowany, pełny miłych i uśmiechniętych ludzi, muzycznie oferuje niesamowitą różnorodność i to mam wrażenie bardziej spójną niż Mystic - core ekstremalny jest bardzo mocny, ale świetnie pomyślana czasówka wypełniona atmosferycznymi, okultystycznymi i elektronicznymi projektami daje niesamowitą mieszankę. Do tego niezła logistyka. Fakt, że licząc hotel, żarcie i dojazd impreza była raczej z gatunku droższych i to mimo, że zarówno wlotę jak i nocleg miałem za pół ceny.
I bardzo fajny koncert był. 1,5h granka, hit (kotlet) za hitem i całkiem spoko publika- Amfiteatr wyliczony na ok 4000, a ponad połowa zajęta. Tylko miejsca siedzące, więc scena bliziutko, ale nikt nie siedział, więc klimacik spoko. Publika sie bawiła, teksty były śpiewane, interakcje z zespołem elegancko. Zespół w spoko formie, Panas momentami z małymi problemami, ale to nic wielkiego. JB - klasa. Fajne były momenty z "solówkami" na saksofonie. Że 3 razy typek wychodził i fajnie to siadało.