No i w domu, na spokojnie można coś skrobnąć
Bratysława planowana w sumie od ogłoszenia legu 2026, bilet kupiony jeszcze we wrześniu. W sobotę przyleciałem sobie ok 14 i zameldowałem się w hotelu (który swoją drogą był statkiem na Dunaju

). Między 15, a 19 spokojnie zwiedziłem sobie starówkę, odwiedziłem antykwariaty płytowe gdzie trochę pogadałem o lokalnym prog rocku i fusion. Napiłem się piwka, kawy, zjadłem coś na mieście i odwiedziłem bar Eddiego
Na stadionie super - szybkie wejście na płytę, zadokowanie się na wysokości Adriana i Dejwa, w miarę blisko, w towarzystwie spoko Słowaków i Austriaków. Wszyscy wokół śpiewali i skakali, znali slowa wszystkich utworów, a nie tylko kotletów. Było przyjemnie i nie było bydła. Na minus tylko jaranie szlugów i hehehuany, ale do przeżycia. Co ciekawe, koło mnie, ludzie naprawdę cieszyli się koncertem. Nikt nie nagrywał filmów, a jeśli już, to jakieś pojedyńcze solówki od czasu do czasu. Wow, dawno czegoś takiego nie widziałem.
Sam koncert petarda - mój siódmy Maidenów i chyba najlepszy do tej pory. Miała na to wpływ i forma muzyków i fakt, że podskórnie czułem, że to może być mój ostatni koncert Maidenów, a na pewno w takim składzie, w jakim są obecnie. Nie wierzę w powrót w 2028 roku, a na pewno nie wszystkich. Zbyt dużo tu niedomówień i pewnie za kulisami niektórym 70latkom się już nie chce jeździć po świecie, co w pełni rozumiem.
Set Run for your lives leci przez pierwsze 7 albumów tak naprawdę. Mi najbardziej w secie siedzi pierwsze 8 utworów, do Powerslave. Phantom to dla mnie utwór pomnik, być może mój ulubiony utwór Maidenów. Całe "Early days" jedzie jak czołg na samym początku, sztos za sztosem. Infinite Dreams na żywo kapitalnie, kocham ten utwór całym sercem. Bruce śpiewa to dużo lepiej, niż w 1988 roku

Rime i SSOASS już nie robią takiego wow, po koncertach w tamtym roku, ale nadal petarda. <3 Na Wasted Years, odśpiewany w licznym gronie,po raz kolejny zaszkliły się mocno oczy. Ten utwór działa sto razy lepiej niż np Blood Brothers, jeśli chodzi o poczucie jedności między fanami Maiden.
Z dużych plusów:
-
INFINITE DREAMS
- mam wrażenie, że muzykom się chciało i dali świetny koncert. Forma top.
- Bruce nie położył Aces, było miejscami bardzo dobrze.
- Większość ekranów + światła i piro robi ogromną robotę (np Number, Powerslave, SSOASS) Plus efekty, że podczas setu z Early days ekran np jest czarno biały.
- Bruce śpiewa cały refren w 2MTM, co mu się nie zdarzało przez 40 lat
- DAVE fuckin MURRAY - drugi rok z rządu jest dla mnie MVP.
Z minusów:
- przez tą pewną wyreżyserowaną teatralnosć zespół traci kontakt z publiką. Np Hallowed Bruce jest w klatce i skupia się na tym żeby "zniknąć" z klatki w odpowiednim momencie, przez co nie ma przed solówkami "Scream for me..." i potem po solówkach interakcji z publiką przed "Yeah yeah yeah, Hallowed by the name".
- Simon Dawson. Gość jest spoko, ale jego styl w utworach Nicko jest dla mnie zbyt toporny i kwadratowy. Plus bębny ma nastrojone mocno nisko i jak wali w tomy, to mam wrażenie, że gdzieś TIRy przejeżdżają. Jak dodamy do tego bas Harrisa to się robi strasznie dużo niskich tonów.
- Animacje - Aces High i Mariner. Dla mnie odwracają uwagę od utworu i są strasznie tandetne.
Jeśli to było moje ostatnie Iron Maiden w życiu to spoko, z rozmachem i poczuciem super koncertu z super setem i super formą muzyków, na którym zdarłem gardło i zostawiłem dużą część siebie. Mam nadzieję, że jeszcze ich kiedyś zobaczę, bo powiem szczerze takie tripy na koncert to świetna sprawa i żałuję, że nie robiłem ich wcześniej. Widok tych wszystkich ludzi w koszulkach Iron Maiden, interakcje z nieznajomymi, spokój od dzieciaków i obowiązków, kupowanie lokalnych kompaktów, poznawanie lokalnej kuchni - a na deser koncert ukochanego zespołu - czego chcieć więcej?
Up the Irons!