Po regularnym czytaniu wszystkich pojawiających się opinii i recenzji w końcu mogę powiedzieć, że i ja dołączyłem do grona tych, co już przesłuchali. Zostawiłem sobie tę ekscytującą przyjemność na koniec 2.5 tyg. urlopu, wyspałem się wieczorem, wstałem o 2 w nocy, otworzyłem dobre piwo i włączyłem w ciemności płytę. To było pierwsze odsłuchanie. Przed chwilą słuchałem po raz drugi, już jako tła do "home office", z regulatorem wieży odkręconym mocno w prawo.
I jakie wrażenia? Ano takie, że zapowiedzi i relacje były niczym wspaniały sterowiec R101, a wrażenia okazały się niczym los tego aerostatu
Nie jest to "moje" Iron Maiden z czasów gdy je poznałem (SIT), ani z czasów gdy miłość przeżywała renesans (BNW). Nawet opluwany tu i ówdzie AMOLAD jest mi dalece bliższy (do kawałków takich jak FTGGOG czy Kolorków zapałałem pożądaniem już po pierwszym przesłuchaniu). Numerów typowo Maidenowych - brak, a porywających nie-Maidenowych - też jakoś brak. Do tych ostatnich zaliczałem np. Paschendale, tak nietypowe dla Maiden, a tak wspaniałe. Po tych dwóch przesłuchaniach pozostały mi w zasadzie w pamięci: Refren z otwieracza (Eternity), fragmenty The Red And The Black, pozytywne wrażenia z bridge'a Death Or Glory, no i emocje z kawałka ostatniego, EOTC (odsłuch w skupieniu oraz świadomość historii, którą opowiada, bardzo zwiększają jego atrakcyjność). Kilka numerów zupełnie wpadło i wypadło, nie zapamiętałem nic. Zachwalany tytułowy numer zupełnie mnie nie porwał, a szkoda, bo Janicka cenię jako kompozytora. Tekstowo nie wiem - nie interesuję się tym na początku, dla mnie liczy się wyłącznie muzyka, a tekst jest tylko dodatkiem i jeśli tylko nie nawołuje do osiedlania "uchodźców" czy innych metod samozagłady, to na dobrą sprawę jest mi całkowicie obojętny
Brzmieniowo - trzy gitary jakby stłamszone, nie słychać ich pierwszorzędnie, choć tak wiele grają i mają do powiedzenia, to trzeba uważnie wsłuchiwać się, aby wychwycić te smaczki. Bruce niestety przyduszony i miejscami wyje, nie zgadzam się z emocjonalną wypowiedzią Harrisa jakoby Bruce przeszedł sam siebie. Ponadto jakiekolwiek porówywnanie EOTC do Marinera rozpatruję w kategoriach dowcipu - to zupełnie inne światy, nie można ich porównywać. Mariner, który wcale nie jest moim ulubionym kawałkiem, to jednak czysty heavy metal, a EOTC nie, co nie znaczy, że ten drugi jest słaby. Ale jednak to inna bajka, z których ja wybieram stary warsztat i młodzieńczą energię Maiden AD1984. Jeszcze co do brzmienia - przy odsłuchu nr 1 (słuchawki) miałem wrażenie, że palmę pierwszeństwa na tej płycie przyznać należy Nicko - bębni i cymbali rewelacyjnie!
Na pewno jest to płyta idealnie zamykająca usta twierdzącym, że "Maiden zjada własny ogon", a "wszystkie płyty tego zespołu brzmią podobnie". O nie, ta płyta jest zupełnie inna i w sumie pasuje do 60-latków z werwą i blisko 40-letnim bagażem doświadczeń. Nie jest banalna, ale ja chyba lubię banały

I w sumie dobrze, że taka powstała, bo przecież nie chciałbym słuchać Troopera ver.2 czy nawet Talismana vol.2, nie o to w twórczości chodzi. Ktoś wspominał o autoplagiatach - bez przesady, nie słychać tego za wiele. Właściwie tylko motyw podobny do Losfer Words + wstęp do jednego z kawałków oparty na patencie z Wasted Years z tłem w stylu Isle of Avalon. Płyta jest świeża, co jak na Iron Maiden brzmi wręcz niewiarygodnie. Ale kosztem tego jest brak galopów, brak czystych harmonii dwóch gitar prowadzących, brak tnących powietrze solówek...
Za miesiąc na pewno będzie lepiej, bo tę płytę trzeba strawić. Pierwsze wrażenie to jednak 4/5, przede wszystkim za dojrzałą i bogatą grę, czyli za warsztat twórczy. Ale czy są to kompozycje w moim guście? Raczej nie, bo poza harrisowym TRATB słabo się w nich od początku odnajduję (jak już ktoś wspomniał, szkoda że nie zamienili części wokaliz na motyw gitarowy - ale na wersji koncertowej tak właśnie zapewne będzie). No cóż, który z tych jedenastu kawałków jest moim ulubionym? Ten dwunasty, nie nagrany
M.