Behemoth mnie zaskoczył bardzo na plus.
Widziałem ich raz, jak promowali The Satanist i było słabo, teraz super, oprócz... wokalu Nergala. Takie to było niemrawe, że dramat.
Bardzo na plus Seth i Inferno, najbardziej się na nich skupiałem.
Przerwa na piwo. 10zł 0%. Dobre, ale drogie i brakuje mi tych rozwodnionych tyskich 3% - lubiłem je, smakowały koncertem

.
Slayer - zajebistość.
Świetna forma Toma, reszta przyzwoicie. Mógłbym narzekać na set, ale pierwszy raz widziałem Slayera grającego full set, więc sobie daruje.
Na minus: zaproszenie Nergala do Evil Has No Boundaries. Przez jego niemrawy wokal nie było czuć powera, który ten utwór zdecydowanie ma.
Nagłośnienie na początku marne, ale po kilku utworach się poprawiło.
Po koncercie udałem się na tyły areny czekać na zespół.
Bostaph co chwile przechodził niedaleko, ale nas olewał. Mógł chociaż pomachać czy coś, ale udawał, że nie widzi.
Było nas tam niewielu - 20 równe jak liczyłem.
Holt czmychnął bokiem i więcej się nie pokazał.
Cały Behemoth stał niedaleko, pewnie by podeszli gdyby ktoś ich zawołał. Jeden technik do nich podszedł, Nergal pokazał na nas palcem i przyszedł nam dać 4 kostki, stałem blisko to się załapałem.
Około 1 w nocy przyszedł Kerry. Podpisywał wszystko, wziąłem autograf tylko na bilecie bo płyt nie brałem.
Ochrona mówiła, że nie możemy zdjęć - spytałem Kerrego o Quick Selfie i powiedział, że nie ma problemu.
Jak podpisał wszystkim wszystko, z każdym zrobił sobie zdjęcie to podziękował i poszedł do autokaru.
Toma w ogóle widać nie było.
1:30 około wyjechali z areny, a ja autem zaraz za nimi - przez kilka minut byłem ze Slayerem w trasie
Podsumowując: warto było jechać, choć na początku nie miałem zamiaru się pojawić. Obstawiam, że to nie jest całkowity koniec Slayera i za kilka lat będzie reaktywacja z Lombardo, ale jeśli nie, to zostaną zapamiętani przeze mnie jako świetny zespół koncertowy.