Ach, Mystic, Mystic… Właśnie zmierzam do domu i żałuję, że to już koniec
Dzień 1 – do Gdańska zawitaliśmy popołudniu. Nie miałem na ten dzień większych planów, choć jeden koncert zobaczyć musiałem – mianowicie Turbonegro, o których nawet nie myślałem, że kiedyś uda mi się odhaczyć. No ale Mystic Coallition to kumaci ludzie i ściągają sporo ciekawych, mniej oczywistych kapel, tym razem było to Turbonegro. Skandynawski rock to nie jest muzyka uwielbiana przez Polaków, co dało się zauważyć 2 lata temu podczas występu The Hellacopters, więc zastanawiałem się, jaki odbiór będą mieli Norwegowie. Okazało się, że był bardzo dobry. Co tu dużo gadać, gig Turbonegro to przede wszystkim energia i rock ‘n’ rollowa jazda na pełnej, nie odnotowałem choćby momentu znużenia, sądząc po reakcjach audytorium, to chyba nikt takowego nie odczuł. Leciał hit za hitem, a ja bawiłem się znakomicie, zwłaszcza podczas All My Friends are Dead.
Najpewniej swoją zasługę tutaj miał też fakt, że wspólnie z dżentelmenami @blackcocker i @browar zapodaliśmy wcześniej piwko i 2x Jagerbombę

Zresztą temat alkoholu wrócił jak bumerang po Turbonegro, bo poszliśmy doładować Specjala pod Maina (grało Bullet for My Valentine, syf, ale odhaczone) i bonusowo uraczono nas Krakenem. Skutkiem tego było osiągnięcie dobrego humorku, przez co na Elder było już… Hmm, przyjemnie, choć muzycznie nie mam pojęcia, co się wtedy działo, bo zespół mi nieznany, a do tego grali głównie instrumentalnie. Ale spoko się tego słuchało.
Następnie króciutka wizyta na Beherit (nie było jak się wcisnąć na Shrine), powrót z @manichean na chatę, wypicie większych ilości piwa i… Niespodziewany comeback na festiwal w trakcie Perturbatora. Bardzo fajny występ! Z nowszymi dziełami Jamesa nie jestem zbyt dobrze zaznajomiony, jeśli w ogóle, ale Future Club masował mózg aż miło
A dalej absolutny highlight całego wypadu, czyli POZNANIE SZPARY. Nie będę referował – kmwtw, no w każdym razie było to zdarzenie niesamowite, surrealistyczne i wspaniałe. Jeśli Szpara to czytasz, to pozdrawiam.
Dzień 2 – jak nietrudno się domyślić, tego dnia byliśmy… Zmęczeni

Do Stoczni podbiliśmy już na 15. Dla mnie oznaczało to godzinkę czekania na otwarcie Maina. Otwarł się punktualnie (to jest ogólnie duży plus MF, pilnują tych czasówek), zameldowałem się na barierce i trzeba było czekać 45 minut na Green Lung. Czciciele Iommiego nie grają muzyki domyślnie przeznaczonej na tak duże sceny, ale poradzili sobie świetnie. Byłem bardzo ciekaw tego gigu i jestem z niego zdecydowanie zadowolony. Daleko mi do fana Green Lung, bo nie znam nawet całej dyskografii, ale super się do tego kiwa głową. Bardzo chętnie poszedłbym na klubówkę i zobaczył ich w bardziej naturalnym otoczeniu i z ich własną publicznością.
Potem było trochę czekania na Jinjer. I niestety, ale chmurom zachciało się na nas odlać, a w pewnym momencie to srogo jebło, na szczęście miałem pelerynkę przeciwdeszczową, więc udało mi się pozostać względnie suchy. Sam Jiner oglądałem z zaciekawieniem – starałem się zrozumieć fenomen tej kapeli, bo to duża grupa, ale kompletnie nie w moich klimatach. No i nie polubimy się niestety. Przez godzinę słuchałem utworów zlewających się w jedno, opartych na kontraście czystego wokalu i growlu. To są sprawni technicznie muzycy, ta wokalistka jest naprawdę rewelacyjna, ale Jinjer po jakichś 30 minutach zaczął mnie zwyczajnie nudzić i wyczekiwałem końca ich występu.
Kolejny na liście był Opeth. Tutaj wymieniłem się miejscem z @blackcokerem, czyli forumowym fanem #1 Szwedów, tym samym oglądałem tę sztukę z powiedzmy 5 rzędu. Opeth widziałem wcześniej tylko raz, zresztą na tej samej scenie (choć w roli heada) w 2022. Po piątku wyraźnie widzę, że to totalnie nie jest zespół dla mnie. Znowu: pod względem technicznym to jest kapitalne, ale zupełnie nie mogę się zaangażować emocjonalnie w to, co pan Mikael wyprawia. Jest tu dużo do podziwiania, ale nawet słuchając nowego krążka zauważyłem, że to wszystko mnie kompletnie omija. Koncert obiektywnie dobry, zagrany dla naprawdę dobrej publiki (choć typ który śpiewał każde słowo i growlował mi do ucha wkurwiał) i widać było, że sporo osób przyszło głównie na Opeth. No i na marginesie, Mikael to osobliwy, ale świetny frontman
No i przechodzimy do jednego wielkiego kuriozum, którego kompletnie się nie spodziewałem. Sytuacja wygląda tak: stoimy na barierce w oczekiwaniu na Króla, jakąś godzinę-półtorej przed planowanym startem, a tu nagle ochrona przychodzi i… Mówi, że mamy się wszyscy cofnąć, bo będą robili jakieś techniczne rzeczy. Okej, krok, dwa w tył. Ale to za mało. Jeszcze. I jeszcze. Do wieży stojącej na połowie pola pod Mainem. Odgrodzili nas od tamtej części pola taśmą. Pytam ochroniarza, ile to potrwa, on mówi, że zależy, ale tak z pół godziny pewnie. Patrzymy, a tam wjeżdża jakiś podnośnik (niezbyt duży) i… Ściąga z tej wieży skrzynie, które domyślnie ma wwieźć na backstage (???). I zaraz potem widać, jak ludzi z drugiej strony wieży już puścili… No to sru! I lecimy. Podnośnik stoi na środku, ochroniarz krzyczy, że nas popierdoliło, ale cóż, zadekowaliśmy się ponownie na barierce. Oczywiście nie wszyscy, bo skutkiem tego idiotyzmu było przetasowanie i nie każdy swoje miejsce odzyskał. W tym wszystkim najlepsze jest to, że zanim nas wygonili z barierki, to nas tam były 2 rzędy (po ponownym biegu na barierkę już więcej xD). W ogóle to nie musiało mieć miejsca, bo ten pojazd wielki nie był, wystarczyłoby mu miejsca na manewry z zachowaniem odpowiedniej odległości. Anyway, jedna laska się podczas minimaratonu przewróciła i nieźle rozwaliła rękę, przez co musiała interweniować służba ratownicza xD Genialne, nie? Podobno dzień wcześniej też były takie atrakcje. W obliczu tego pytam się: PO CHUJ ONI TO W OGÓLE ROBILI XD Po co składować skrzynie (tego typu, co zespoły biorą w trasę) na wieży, żeby potem je sprowadzać za scenę? No ogólnie absurdalne wydarzenie, niestety świadkiem tej hucpy było stosunkowo niewiele osób, więc inby nikt chyba nie rozkręci, a szkoda, bo orgowie powinni być za ten syf jebani okrutnie.
Niezależnie od powyższego, na krótko przed 23:00 z głośników poleciało The Wizard (Uriah Heep). Fani powinni wiedzieć, co to oznacza: rychłe rozpoczęcie koncertu. Tym samym zaraz potem wybrzmiały pierwsze dźwięki intra Funeral z drugiej płyty Króla, a sam King Diamond pojawił się na scenie, odgrywając rólkę z początku (choć de facto końca – pozdro dla kumatych

) płyty Abigail. No i jazda – na start morderczy duet Arrival i A Mansion in Darkness. Symboliczne, że koncert Diamonda rozpoczął się od słów „Through the summer rain…”

No co tu dużo mówić, zestaw idealny na start, zawsze robi robotę. Potem moment na przedstawienie kapeli i przypomnienie klasyka z Fatal Portrait, czyli Halloween, śpiewanego chóralnie przez publikę. W ramach prywaty dodam, że dzięki ten piosence wygrałem konkurs na 4-dniowego passa na festiwal, więc tym razem Halloween smakowało szczególnie

Następnie swoje 5 minut (i niestety tylko tyle – nieładnie, Kim!) otrzymały lata 90., a to za sprawą utworu Voodoo, przyjętego przez publikę zaskakująco dobrze. Choć nie powinienem się dziwić, bo to po prostu kapitalny kawałek, który na żywo wypada jeszcze lepiej. Voodoo to też jeden z moich ulubionych momentów show, gdy Jodi (aktorka) odgrywa rolę opętanej przez duchy Voodoo. Krótka pauza na przerywnik z „Them” i nowa piosenka – Spider Lilly. No cóż, dupy nie urywa, ale jest spoko i w zasadzie to mi wystarcza, na żywo całkiem fajna. Potem kolejny przerywnik, Two Little Girls – i tutaj nie wiem, czy całość leciała z taśmy, czy King śpiewał część wokali. Nie jest to jakieś istotne, bo to ewidentnie była przerwa w koncercie, a nie regularny performance, ale było to zastanawiające. Potem dostaliśmy klasyczek w postaci Sleepless Nights, który do śpiewania przez publikę jest w sumie idealny, choć nie należy do mojego topu. Za to potem było grubo, bo dostaliśmy w mordę z dubletu Welcome Home i The Invisible Guests. Było intensywnie, aż tak intensywnie, że King się w pewnym miejscu wyjebał i zespół bardzo zgrabnie to naprawił, dostosowując się do partii wokalisty

Masquerade of Madness to casus tyle śmieszny, ile żałosny. Numer sprzed 6 lat, z zapowiadanego wówczas albumu The Institute, który oczywiście nie ukazał się aż po dziś dzień. Nie jestem fanem wskazanej kompozycji, choć live wybrzmiewa lepiej niż w słuchawkach. W tym miejscu powinno pojawić się też Electro Therapy, które z setu jednak wyparowało (i co ciekawe, zabrakło go też w Berlinie, co jest dość dziwne, ale w sumie wyjebane xD Choć to pewnie najlepszy z nowych utworów). Absolutnie pięknym momentem było Eye of the Witch, czyli utwór, od którego (czy szerzej: od The Eye) zaczęła się moja fascynacja Diamondem, gdy miałem 14 lat. Nie grał tej pieśni w 2019, więc trochę się na nią wyczekałem i to była wspaniała chwila. Przy Oku zatrzymaliśmy się jeszcze na moment i wróciliśmy do świetnego Burn. Cóż to jest za kompozycja! Niesamowite, ile killerów ten człowiek ma w dyskografii, a to jeden z najlepszych. Potem nastał już niestety koniec, choć bis był oczywistością. Zespół wrócił na scenę, by wykonać ikoniczne Abigail, do którego zdzierałem gardło bez żadnych ograniczeń. I niestety gdy już puszczono z taśmy Insanity, a kapela zaczęła żegnać się z fanami, jasne było, że nie ma co liczyć na więcej.
To jest dziwna trasa Króla, bo w zasadzie promuje… Nic, scenografia jest ulepszoną scenografią z 2019, a setlista też bardzo zbliżona do ówczesnej. Natomiast są zmiany w składzie, bo na wokalu wspierającym nie ma już Livii (żony Diamonda), tylko laseczka z Nervosy, która sprawuje się bardzo spoko. Natomiast King na tym etapie nie potrzebuje tego dodatkowego wokalu do „wskakiwania na górki”, bo w formie jest kurwa niesamowitej. Pisałem to już w 2022, napiszę jeszcze raz, chłop jest nie do zajebania i to jest niezwykłe, że po słabszym (i trwającym dość długi czas) okresie osiągnął poziom, na którym aktualnie się znajduje. Drugi wokal jest wyłącznie dlatego, że jego ścieżki są wielowarstwowe (tego problemu nie ma w przypadku Mercyful Fate), więc jedna osoba nie odtworzy ich na żywo. Ale na pewno głupotą byłoby jakieś mówienie o oszustwie, gdy jeden wykon Welcome Home wciąga dupą wszystkie śmieszne Ejses Haj maj frends i Pejnkila. No i kuuuurwa, co to jest za człowiek w ogóle

Na start dygnął kieliszkiem w naszym kierunku, potem było sporo okejek i rogów w naszą stronę, a w pewnym momencie koncertu to w ogóle sobie stanął, pokazał na flagę i podziękował. Jeśtli chodzi o interakcje z fanami, to naprawdę w metalu on nie ma sobie równych. Ale zauważyłem też, że w 2022 było tego więcej, bo nie było tak rozbudowanego aspektu teatralnego, więc Diamond miał więcej swobody w ruchach scenicznych itp. Tak czy siak, było super i nogi mogą mnie nienawidzić, ale warto było przeżyć te katusze, żeby znowu widzieć Kinga z bliska. Każde spotkanie z Kingiem Diamondem to przeżycie metafizyczne, a mistrz kurwa wrócił i diabeł też.
Potem kontrolne sprawdzenie Shrine Stage, gdzie grał Arthur Brown, ale zmęczenie i zaduch zrobiły swoje, więc odpuściliśmy ten gig i wróciliśmy na lokum.
Dzień 3 – chcieliśmy dotrzeć na Bad Touch, no ale byliśmy trochę zmęczeni piątkiem (nie, tym razem nie zachlaliśmy pały xD), więc się wszystko opóźniło i trafiliśmy dopiero na spotkanie z Peterem, który opowiadał o historii VADER i LITANY. Spoko sprawa, ale zaczęło lać, więc z samej końcówki się urwaliśmy i piliśmy piwko pod dachem. Niestety deszcz padał przez kolejne kilka godzin, więc nie uwolniliśmy się od niego w pełni, no ale cóż, that’s life. Secik VADER na Park Stage’u mocny, całe LITANY od A do Z i mieszanka innych numerów z różnych płyt. Oglądanie załogi z Olsztyna na scenie to zawsze przyjemność. Można im zarzucać, że w ostatnich latach popadli w odcinanie kuponów, że brak w tym weny, ale koncerty to nieuchronny rozpierdol i panowie dają z siebie 100%. Kiedy wczoraj lecieli z LITANY, to nie miało się wrażenia, że ten materiał powstał 25 lat temu – a jednak, ćwiara pykła. Szacun za wytrwałość i zaangażowanie, bo VADER to naprawdę piękna sprawa, nawet w strugach deszczu
Szybki spacerek na Desert Stage i oczekiwanie na Pentagram. Zastanawiałem się, w jakiej formie jest obecnie Bobby Liebling, czyli człowiek-tablica Mendelejewa. Jeśli ktoś nie wie, jak mu się życie potoczyło, polecam dokument Last Days Here, z którego sporo można się o nim dowiedzieć. Ostatecznie okazało się, że Bobby… Brzmi zajebiście! Serio, byłem nieźle zaskoczony jego kondycją. Repertuar objął kilkanaście utworów z różnych wydawnictw. Kapela teoretycznie promuje nowy album, ale nie skąpili klasyków. Bardzo ucieszyło mnie szczególnie When the Screams Come, Sign of the Wolf, The Ghoul i Forever My Queen. Co by nie mówić, nawet w obecnym składzie ten zespół to kawał historii i warto ich oglądać, zwłaszcza że kolejnej okazji może nie być. Wielki szacunek dla MC za ściągnięcie Bobby’ego do Polski. A wielki chuj w dupę kindermetalom robiącym jakieś nieskładne moshe i wall of death na Pentagram podczas takiego Walk the Sociopath, czyli wybitnie doomowego numeru. Kretyni kurwa, naprawdę idiotyczne zachowania, a trwały w zasadzie połowę gigu. Tak czy siak wspaniały występ.
Blood Fire Death nie można było odpuścić, więc żwawo przenieśliśmy się na Park Stage i zajęliśmy spoko miejsca bardziej z tyłu, skąd oglądaliśmy cały koncert. Koncert, o którym… Nie do końca wiem, co sądzić. Wydaje mi się, że jestem dość dużym fanem Bathory. Powinienem być wniebowzięty występem Blood Fire Death, ale… No jakoś nie jestem. Podczas oglądania tego czułem się dziwnie (?), nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że tam powinien stać i śpiewać ktoś inny. Oczywiście wiem, że tak być nie mogło, bo Quorthon pożegnał się ze światem żywych lata temu, natomiast jak mówię, było to dla mnie inne w odbiorze. Wydaje mi się, że nie powinienem tego porównywać do innych koncertów, bo to było raczej wydarzenie muzyczne, aniżeli regularny koncert metalowy. Pod względem wykonawcznym było serio git. A przynajmniej do momentu zapowiedzenia Nergala jako gościa. Nie dość, że część publiki zaczęła wtedy skandować „WYPIERDALAJ”, to w stronę Pięknego poleciał kubek po piwie, a sam Nerdżi przypisany mu utwór (Raise the Dead) zaśpiewał średnio. Ale oj kurwa, Darski to mógłby niektórym udzielać lekcji śpiewu, bo Węgier z Mayhem po prostu zmasarkował Born for Burning. Już drugi raz ten menel pojawił mi się na koncercie, na którym pierwotnie miało go nie być (wcześniej „uraczył” mnie swoim talentem na jednym gigu Watain). Co za dno – i to jeszcze padło na jeden z moich ulubionych numerów Bathory. Natomiast pozostali wokaliści sprawdzili się bardzo dobrze, ze wskazaniem na Erika Danielssona (którego nota bene spotkaliśmy na mieście dzień wcześniej), który wziął na swoje barki m.in. Woman of Dark Desires, Sacrifice czy finałowe Blood Fire Death. Ogólnie kminie, czy nie lepiej byłoby, gdyby to on nie był jedynym wokalistą BFD, ale znowu: to nie jest normalny zespół, to nie są zwykłe koncerty, chodzi o oddanie hołdu osobie, która ten black metal w zasadzie wymyśliła, więc nie będę nikomu bronił uczestnictwa w takiej celebracji. Nie wiem, czy chciałbym zobaczyć ten projekt jeszcze raz. Być może, ale z innym repertuarem i w innym składzie (czyt. bez influencera i Węgra).
No i tak zakończył się mój Mystic Festival 2025

Trzeba było wypocząć, więc po pożegnaniu się z Forumowiczami zawinęliśmy się na chatę.
Ogólnie wrażenia bardzo pozytywne, to były piękne dni i piękne chwile, w sumie wcześniej nigdy nie skorzystałem z MF w takim stopniu, jak miało to miejsce teraz. NATOMIAST należy porozmawiać o ewidentnych wtopach organizacyjnych, które miały miejsce. Dla mnie absolutnym skandalem i blamażem orgów była opisana przeze mnie akcja z podnośnikiem. Ale mam wrażenie, że festiwal jest ogólnie średnio zorganizowany pod kątem scen. Shrine i Sabbath są często przepełnione, a do tego cholernie duszne – pomimo tych faktów, dają tam duże kapele (Death Angel) i efekty są, jakie są.
Bezsensem jest to, że na mainie grają 4 zespoły na dzień. Tę scenę można otwierać godzinę wcześniej (o 15) i upchnąć kapelę-dwie więcej. Przerwy między takim Green Lung i Jinjer czy Jinjer i Opeth wynosiły powiedzmy godzinę – to nie było potrzebne, scenografie tych artystów były skąpe i 30 minut by na luzie wystarczyło na ogarnięcie tych kwestii. To jest wykonalne.
Złym rozwiązaniem była likwidacja starego Deserta. Trzeba było postawić tego nowego (który rozmiarami przypomina Park, o ile mu nie dorównuje) i zostawić stary, to można byłoby odciążyć inne sceny. Wspomniany Death Angel mógłby na luzie grać na tym aktualnym Desert, a do Shrine dać wtedy coś innego. Oczywiście można pytać, co w takim razie ze strefą na Mystic Talks, ale umówmy się, to chyba dość prozaiczny problem w obliczu innych.
Nie wiem, czy wykonalne jest ogarnięcie kwestii rozmiaru Park Stage, ale jest wyraźny problem i powinni nad nim pokminić. Nie powiem, uśmiechnąłem się, gdy na Mystic Talks na pytanie skierowane do orgów, czy jest coś, co nie wypaliło i mogą o tym powiedzieć, jeden z nich wskazał… jakąś grę (animację?) VR. No tak, to faktycznie największy problem tej edycji.
Kolejny idiotyzm: wejście od Popiełuszki otwiera się dopiero od 15:00 (czyli później niż główne) i zamyka wcześniej niż główne. Tzn. można nim wyjść o tej powiedzmy północy, ale już nie wejdziesz, musisz iść na główne. Bo nie mają skanerów. No ludzie kochani…
Niezależnie od powyższych narzekań był to dla mnie cudny wyjazd i pozdrawiam wszystkich Sanatorian, których miałem przyjemność spotkać – czy to latając między scenami, czy to barierkując, czy spożywając alkohol… czy w ogóle po raz pierwszy
EDIT: jeszcze jeden wątek, a w zasadzie kluczowy: bezpieczeństwo. Na festiwal można wejść ze wszystkim. Mi ostatniego dnia nawet nie sprawdzali zawartości nerki. Ludzie na luzie wchodzili ze swoimi napojami, plecaki i torby też sprawdzane były pobieżnie. No nie jest to dobra rzecz w obliczu takiego tłumu ludzi. Mam w pamięci akcję z gazem na krakowskim Saxon i wiem, jak takie rzeczy mogą się kończyć.
Niech Mystic się zmienia na lepsze i żyje nam długo!