Ciężko mi się z tym pogodzić, ale Mystic Festival 2025 jest już jedynie historią, ale taką przez wielkie "H". Nie mylić z Adrianem z Maiden - ani prawym, ani lewym
Na moment ogłaszania lienupu, było sporo nazw, których nawet nie kojarzyłem z nazwy. Oczywiście to super sprawa, bo Mystika traktuję jako świetną opcję na poznawanie nowych kapel, które zostaną ze mną na dłużej, a ekipa z MC jeszcze mnie nie zawiodła i sprowadza co roku rzeczy, których jakość (oczywiście w większości) nie schodzi poniżej pewnego solidnego poziomu. Po przesłuchaniu większości z nich miałem już w miarę dokładny obraz tego, na co chcę iść.
blackcockerowa relacja z najpiękniejszego święta w roku, zapraszam. Jeśli coś pokiełbasiłem to proszę o wybaczenie, ale większość pisałem na telefonie
Dzień 0:
Do Gdańska dotarłem w nocy z wtorku na środę, a że byłem głodny to postanowiłem zjeść kebsa. Niestety to był błąd, bo większość środy petarda siedziała mi na kiszce. Taki urok jedzenia randomowych rzeczy w środku nocy. Zrobiłem zakupy, żeby JM Admin i jego WCz małżonka mieli co zapodać. No i najważniejsze - skoczyłem po kratę SPECJALa, na której rozpieczętowanie czekałem, aż wyżej wymienieni gagatkowie się pojawią w Gdańsku. Miało to nastąpić dopiero po południu, więc nie zostało mi nic innego jak wyruszyć na Stocznię. Zaiste, piękne było to uczucie, ale to relacjonowałem na bieżąco.
Na pierwszy ogień Diving Stove, czyli Metallica z Temu. Oczywiście śmieszki, śmieszkami, ale chłopaki zagrali bardzo energiczny koncert na Park Stage. Wyjść przed publikę na start festu, w pełnym słońcu na dużej scenie to musi być wyzwanie - jak dla mnie ekipa ze stolicy mu sprostała. Fajna konferansjerka na luzie, wykonawczo może trochę momentami brakowało, ale dodawało to żywiołowości i autentyczności występowi, który już i tak dobrze się oglądało widząc szalejących Warszawiaków. Byli oni zwycięzcą tegorocznego konkursu Road To Mystic.
Następnie Burner na nowym Desert Stage'u. A w zasadzie na Monster Energy Desert Stage'u (buuuu, Mystic się sprzedał). Powiem szczerze - Desert potrzebował powiększenia, ale niestety stało się to kosztem niesamowitego klimatu i kameralności. Desert nie jest już świątynią rock and rolla i szaleństwa, a dużą sceną rozmiaru tej parkowej... nie podoba mi się to - choć tak jak mówię rozumiem decyzję i uważam ją za słuszną, bo w poprzednich latach zdarzały mi się koncerty na Desercie, których słuchałem zza sceny, po prostu... Kiedyś to było

Panowie wjechali z buta, ale nie jest to moja muzyka. Największym ich plusem to to, że wokalista miał koszulkę Atlantic City wielkiego Bruce'a Springsteena. Ciekaw jestem czy faktycznie jest fanem, czy dorwał ją na szybko w lumpie, żeby pasować do reszty zespołu, która też miała czarne tshirty z czerwonymi napisami

W drodze na Soulburn zahaczyłem o Martwą Aurę, którą już kiedyś widziałem. To co widziałem było ok, MA to nie są moi ulubieńcy, po prostu spoko granie, ale nic więcej.
Nadeszła pora na Soulburn. Dobra sztuka w Sabbath Stage. Dobrze to brzmiało i wykonawczo nie ma się o co dojebać. Nie wiedziałem dotychczas, że oni mają tak silne powiązania z Asphyxem - ciekawa sprawa.
Nie chcąc wychodzić za wcześnie z Soulburna, spóźniłem się na Park Stage, który już był przeniesiony w oniryczny świat Francuzów z Alcest. Bardzo podobała mi się przede wszystkim ich scena, a w szczególności podświetlany księżyc, którego potencjału na pewno nie udało się w pełni wykorzystać w świetle dziennym. Niestety, na ostatniej trasie nie było mi po drodze do Warszawy, więc z przyjemnością przedstawiciela najnowszej płyty (drugim otwierali, gdy jeszcze byłem na Soulburnie). Byłem w szoku, że nie zamknęli Deliverance - myślałem, że to ich standard, tak jak u Opeth

szkoda, bo uwielbiam ten kawałek. Szkoda też, że panowie dostali tak krótki set o takiej porze dnia, a ludzi było jak na tą porę naprawdę sporo. Na Alcescie zaczęło padać, a deszcz miał nam towarzyszyć codziennie.
Na Desercie kolejny koncert na który czekałem - Castle Rat. I nie chodzi tu o panią w negliżu, która wraz z kolegami sadziła riffy dosłownie jakby była bękarcicą Iommiego i Joanny Sadonis z Lucifer, bo wokal miała niemal identyczny. No była to naprawdę dobra sztuka i dobrze się tego słuchało... i oglądało

cały koncert to defacto trochę przedstawienie, ale nie zdominowane przez teatrzyk (jak np. moim zdaniem w przypadku Twin Temple). A ten był mega kiczowy, ale sprawił dużo frajdy i śmiechu

każdemu zainteresowanemu, polecam się zapoznać - muzycznie smacznie, a przedstawienie zawiera wiele niespodziewanych plot twistów

ogólnie przez kolejne pół dnia riffy i refreny nie mogły mi wyjść z głowy

Mój pierwszy koncert na The Shrine Stage to był Midnight i była to totalna jazda bez trzymanki. Cudne punkujące rokendrole, które porwały mnie do tańca z innymi spoconymi kucami. Wychodząc z Midnight spotkaliśmy Królową Szczurów i zrobiliśmy sobie z nią pamiątkową fotkę - i to jest artefakt!

Nie ukrywam, że fanem grunge'u nie jestem, ale z całej tej najbardziej mainstreamowej hałastry lubię Alice in Chains, których muzyka ma w sobie dużo mroku, który w jakiś sposób sprawia, że nie odrzucają mnie tak jak muzyka ekipy jeżdżącej kombajnem. Występ Jerrego Cantrella był dla mnie więc przyjemnością, ale nie spodziewałem się, że będzie aż taką. Naprawdę dobrze się bawiłem na tym gigu, podczas którego Jerry fajnie zmiksował klasyki AiC ze swoim autorskim materiałem, z którego jego najnowsza płyta mi siadła, choć nie zaprezentował z niej mojego ulubionego kawałka - It Comes.
Szybko spojrzałem na Halocene na Desercie, ale to totalnie nie moja bajka.
Covenant był spoko, choć zdecydowanie wolałbym Emperora

Bewitcher za to na Sabbacie ładnie pozamiatał. Po koncercie Midnight nie powinno się takich rzeczy robić, ale jakoś udało się to przeżyć. Pan Matt Litton serwował takie sola i riffy, że głowa mała.
Resztki sił spożytkowałem na koncercie Exodusa, którego jeszcze nie widziałem z Robem. Piękny strzał w mordę, a jak już pisałem - jak dla mnie Holt mógłby sam wyjść i napierdalać i byłbym zachwycony. Co za energia! Dukes to sroga bestia. Jak byłem małym gnojem to dużo słuchałem Tempo of the Damned, więc ucieszyło mnie, że obok standardowego chyba Blacklist wpadło jeszcze War Is My Shepherd. Z marzeń, których nie usłyszałem, a bardzo bym chciał - Then There Were None i Culling the Herd (czy to jest w ogóle grywane? Wielbię!)
Tak skończył się Warm up - byłem zdecydowanie rozgrzany i z ochotą na więcej, a po tak intensywnym dniu wpadł zasłużony SPECJAL, którego tak brakowało na terenie festiwalu.
Dzień 1:
Pierwszy właściwy dzień festiwalu zacząłem na Desercie koncertu jajcarzy z Rickshaw Billie's Burger Patrol. Śmiesznie gość śpiewa i wyglądają pociesznie, ale riffowe to było i grooviaste, więc przyjemnie się słuchało.
Następnie dogrywka Totenmesse za poprzedni rok. Co za sztuka! Panowie naprawdę rozpierdalają, gdy im nie brakuje prądu

opętany Wujek, Kaiser Tot i Zamarzlo zdecydowanie zrobiło mi ten koncert. Świetna ekipa, choć studyjnie do nowej płyty jakoś bardzo się nie przywiązałem.
Był to pierwszy dzień gdy odpalono Maina, a więc i strefę Krakena, na której można było zarzyć SPECJALa. Zarzyłem ich tego dnia w ilości nie jeden, nie dwa. Do tego Jagerki i darmowe próbki Krakena jak i pełne wersje

więc moodzik był już mocno imprezowy.
Imminence sraka.
Absu na Shrine bardzo dobre.
Ufomammut dobry. Ładnie panowie wciskają wszystkich w ziemię. Koncert na SDL bardziej mi się podobał, ale może to przez wiele towarzyskich rozpraszaczy, które były wokół na MF

pozdrawiam ekipę Opus!
Widziałem koniec koncertu Eagles of Death Metal i zaskoczyło mnie to jak cisną na tym Mainie. Dla mnie to zespół znany jedynie z tego, że lata temu na ich koncercie był zamach i raczej umieszczałbym ich na starym Desert niż na głównej scenie, ale zaskoczyli in plus - uciągnęli.
Po uzupełnieniu płynów nadszedł czas na gig, na który mocno czekałem - Turbonegro. Panowie jeńców nie wzięli i zaprezentowali przezajebistą sztukę, na końcu której wraz z wieloma innymi spoconymi facetami krzyczałem, że mam erekcję, więc musiało być co najmniej 10/10

poważnie - świetny koncert.
Bulleci totalna padaka, ale zaskoczyła mnie profesjonalna oprawa. Dobrze, że był darmowy Kraken i (niedarmowy, ale tańszy od Żywca) SPECJAL.
Z Eldera poza tym, że byłem i mi się podobało niewiele więcej kojarzę, ale bujało się przyjemnie

Na całym Suicidal Tendencies nie planowałem być, ale zostałem prawie do końca. Park nieźle nabity, a chłopy dały świetny, energiczny koncert. Nie jest to zespół, którego słucham sobie w domu jak mi brakuje energii, ale już na koncercie zdecydowanie bym się doładował - choć raczej nie solowy, bo aż takim fanem nie jestem. Duży plus!
Poszliśmy do pobliskiej żaby, żeby jeszcze skorzystać z jej otwartych wrót. SPECJALa nie było, więc uderzyliśmy w czeskie smaki i odpoczywając na ławce, gadaliśmy sobie z Browarem (to user tego forum, nie gadałem do puszki!) i czekaliśmy na Sardiego. W tle słyszeliśmy In Flames.
Gdy doładowałem się dopaminą po zobaczeniu Sardiego, wybraliśmy się na Drab Majesty, które prezentuje fajny, przebojowy gotycki rock. Chłopy wyglądały z daleka jak Dawidy Lynche i zagrali przyjemny koncert, na którym miło się było pobujać. Lubię strasznie takie granie.
Oranssi Pazuzu zmiotło mnie na łopatki - szkoda, że nie widziałem całości. Zdecydowanie zespół, który chcę zobaczyć w przyszłości w klubie. Miazga.
Na koniec dnia totalna impreza na Perturbatorze, a po tym jak zapodał Future Club to nie było już ze mnie co zbierać. Potężnie to zmłuciło każdą komórkę mojego ciała. Bardzo fajny mają ten ekran za plecami.
Następnie wydarzyły się rzeczy, o których jak teraz myślę to nie uważam, że były prawdą, więc zostawmy je gdzieś pomiędzy jawą i snem. Piękna impreza na chodniku, znów pozdro ekipa Opus no i ukłony dla jednego ze Starożytnych Sanatorian - Szpara pozdrawiam!
Dzień 2:
Po takiej morderczej przeprawie poprzedniego dnia szykował się najbardziej intensywny muzycznie dla mnie dzień festiwalu. A nie wiedziałem co nadejdzie... Na delikatnym kacu, ale z dobrym humorem i myślę, że całkiem pełen energii zaliczyłem pierwszy gig dnia, na który mocno się nastawiałem.
Heave Blood & Die niestety nie byli jakoś wyśmienicie nagłośnieni, ale dowieźli zdecydowanie. Set był zdominowany przez nową płytę, która mi wybitnie siadła, więc cieszyłem się z tego gigu bardzo. Niewygodnie się tylko na tym nowym Desercie stoi, bo te kamienie nieprzyjemnie stymulują stopy

Stray from the Path przypadkiem zobaczony - srakwa.
Thantifaxath na Sabbath Stage srogo pomieszał zmysły. Bardzo fajny gig, chętnie bym ich zobaczył przed jakimś Imperial Triumphant, choć nie wiem czy to nie byłoby już za dużo

Przyszedł czas na najgorszy dla mnie clash festiwalu... Faetooth co do minuty pokryło się z Green Lungiem

przełykając tę łyżkę goryczy ruszyłem na Main Stage zobaczyć brytyjczyków olewając tym samym doomowe damskie trio. Nie wiem jak zagrał Faetooth, ale tak czy siak to była dobra decyzja, bo Green Lung zaprezentował świetny koncert. Było z jakem, było rock and rollowo. Mega jest ta ekipa i jest to jeden z tych zespołów, których muszę zdechdowanie więcej posłuchać. Nie pamiętałem, że grali na MF 3 lata temu w dniu, gdy byli Judasi, ale (cytując klasyka) "nie było mnie tam".
Następnie koncert, na który wejście zajęło mi baaaardzo długo. Mimo wcześniejszego opuszczenia Main Stage'a, nie udało się uniknąć ogromnej kolejki do Sabbatha, w którym miał zapanować Hellripper. I zapanował, a rządy jego były okrutne. Co za kurwa cios... To w ogóle ciężko opisać, ale jak można w ogóle tak pędzić? Wyśmienity koncert, szkoda, że na tak małej scenie, bo więcej osób zasłużyło, żeby tego doświadczyć. Cios za ciosem.
Była dopiero 18, a ja już zobaczyłem 4 genialne koncerty. Szykowałem się na kolejny, gdy lunęło. Cobra the Impaler mieli przez to kilkunastuminutową obsuwę. Ale warto było czekać. Wspaniały gig, czekałem na nich mocno. Bardzo mi przypominają Mastodona. Jedyny mankament tego koncertu to naprawdę kiepskie nagłośnienie w mojej opinii - a w zasadzie bas był kurewsko głośno i krył w gęstrzych momentach (a takich dużo

) wszystko inne, a szczególnie gitary i wokale, które w tym zespole wiodą przecież prym. Liczę na jakiś koncert w PL, bo czuję, że może być to jedna z moich ulubionych młodych kapel obecnie.
Przez obsuwę i doświadczenia z wejściem na Hellrippera totalnie zrezygnowałem z próby wbijania na Archgoata, więc ustawiłem się na trochę na Parku, żeby zobaczyć trochę Cradle of Filth. Odpaliłem jakiś singiel z nowej płyty i jakoś mnie to nie odrzuciło, kiedyś sporo słuchałem Thornography (jako totalny dzieciak) i mi się wtedy podobało, więc zdecydowałem, że dam szansę. Ludzi było najebane fest, ale ten zespół to totalnie nie moja rzecz. Szczekający Dani, klawisz z odpustu - naprawdę źle ten zespół dla mnie brzmi. Just not my thing.
Udałem się na Maina, gdzie Schizoid odstąpił mi na czas Opeth spota na barierce. Ogromne kudosy i dzięki za to! Moi ukochani Szwedzi nie zachwycili setem, choć i tak mógł być gorszy

no ale każdy się tego spodziewał. Świetnie wypadły nowe numery i Master. Jak zwykle zgniótł Ghost i Deliverance, ale na boga... Ten pierwszy powinien być wymieniony na Grand Conjuration, który grywali w ubiegłym roku w Amerykach i Europie... Mikael nie gadał wiele, ale czasówka jest nieubłagalna i tak rozśmieszył mnie parę razy <3 brzmieli wyśmienicie i gdy porównam sobie to z ich koncertem w tym samym miejscu 3 lata temu to jak niebo i ziemia. Wtedy miałem wrażenie jakiegoś braku energii... Było to takie rozczarowujące jakieś. W tym roku już z dumą ich oglądałem na festiwalu w moim kraju i cieszę się, że wielu ludziom się podobało, bo z Waltem ten zespół naprawdę nabrał mocno tchu i wykonawczo rozpierdalają na łopatki. Szkoda tylko tych setów, bo jak ktoś bywa od kilku lat na festiwalach w Polsce i widzi O to z 7 kawałków w secie słyszał za każdym razem ze 4... Ave Mikele!
Po zabójczym outro Deliverance udałem się co sił na Parka, gdzie WASP już cisnął. Nie jestem ultrasem amerykanów, ale to co znam, lubię bardzo i cieszyłem się na ten koncert. Ludzi było wchuuuuuuu. Udało mi się jakoś boczkiem dobić w niezłego spota i poczekałem trochę, aż ludzi ubędzie, żeby podejść do Sardiego, bo nie chciałem się pchać w tą masę. Bardzo fajny koncert, według mnie dobrze to brzmiało. Jedyny problem mam taki, że nie wiem co było z taśmy, a co nie... Jeszcze ten wyłączony ekran - od razu oczywistym dla mnie było, że na prośbę zespołu, w domyśle, żeby nie było widać ew. playbacku... Nigdy się nie dowiemy, a przez domniemanie niewinności uznaję koncert za bardzo dobry

Tuż przed Kingiem skoczyliśmy z kol. Żelaznym na Krakena z coca colą - w końcu była chwila wytchnienia, bo od kilku godzin było tylko bieganie. Teraz można było już na spokojnie stanąć i poczekać na koncert Króla, którego wyczekiwałem bardzo. Zazdrościłem uczestnikom koncertu w 2019 (dalej zazdroszczę, bo kocham Behind These Walls, ale już mniej), więc bardzo miło, że mogłem i ja w przedstawieniu Króla brać udział. Przecudny był to koncert. Możliwe, że mój top 1 tegorocznej edycji. Te kawałki to są takie bomby, że ja nie mam słów. Guitar work, forma Króla - absolutnie wszystko się zgadzało. Zabójczy start zepsuło mi tylko trochę słabe nagłośnienie perki, która wydawała się być trochę za głośno, ale potem się to unormowało i można było jedynie spijać nektar (i nie mówię tu o rumie, choć ten też był wybitnie smaczny)

absolutnym highlightem koncertu było Eye of the Witch i Burn, z mocnym wskazaniem na ten drugi sztos. Wybitna sztuka.
Po odpoczynku w trakcie Króla szybki pocisk na The Shrine, gdzie już grał chyba najstarszy artysta jaki wystąpił na Mystic(?) - moje pierwsze zderzenie z Arthurem Brownem miało miejsca lata, lata temu, gdy Schizoid wysłał mi wykon Fire. Niesamowicie podobał mi się ten kawałek, ale za Arthura jednak z niewiadomych mi przyczyn nie zabrałem się na poważnie. A propos, zaraz po nasym wejściu Arthur założył swoją kultową koronę i ją podpalono. Świetna, taneczna zabawa. Potem koncert zrobił się już dużo bardziej psychodeliczny, choć i tak mniej niż się spodziewałem. Nie mogę jednak odmówić Arthurowi tego, że zabrał nas do swojego szalonego świata. Fantastycznie się oglądało tego faceta - tańcującego i śpiewającego (naprawdę bardzo dobrze biorąc pod uwagę wiek tego delikwenta). Widać, że gość jest po uszy, albo i głębiej, zatopiony w swoim artystycznym świecie. Byłem w szoku jaki ma fajny zespół. Nie brzmieli archaicznie, ale nie zatracili specyficznego dla tej muzyki soundu. Były momenty przejmujące, nie ukrywam, że zanurzyłem się mocno w tych dźwiękach. Wyjątkowe przeżycie.
Następnie chciałem iść spać, ale Beny miał inne plany, więc zaliczyliśmy wschód nad Motławą, a tak naprawdę to nie widzieliśmy słońca, a po powrocie na chatę po 4, JM Admin zdecydował, że musi pisać relację, więc towarzyszyłem mu przy tym, osuszając SPECJALe. Koniec końców, po wspaniałych kilku godzinach rozmów, śmiechu i pod koniec niezłej głupawki, po godzinie 10 udało się mnie położyć spać
Dzień 3:
Chyba nikogo nie zaskoczę mówiąc, że po 3h snu i morderczym poprzednim dniu festiwalowym, nie czułem się wypoczęty

ale tatuś musi i o 15.30 byliśmy już na terenie festiwalu, gdzie przywitali nas brytyjczycy z Bad Touch. Desert Stage został stworzony dla takich kapel. Co za energia! Od razu mi wróciły wszystkie siły. Poskakałem trochę, trochę pośpiewałem, można było uderzać dalej. Ten dzień miał być już raczej spokojniejszy. Nie było aż tylu zespołów, które koniecznie chciałem zobaczyć.
Fragment Employed to Serve - gówno.
Embla zagrała bardzo przyjemny koncert - było trochę wpierdolu, było też bardzo klimatycznie - tym lepiej, że udało się do Sabbatha wejść bez problemów.
Nie planowałem być na całym występie Bokassy na Desercie. Słuchałem w domu i było po prostu ok, bez większych emocji. To jest ta siła muzyki na żywo, a w szczególności Desert Stage'a, że zespoły, w których nie zasłuchiwalibyśmy się w domowym zaciszu, potrafią sprawić ogromną przyjemność live. Zasługą tego jest wiele czynników, m. in. ludzie - ci z którymi się bawimy, ale też ci na scenie. To właśnie wokalista Bokassy (i w sumie nie tylko

) sprawił, że wybawiłem się z nimi pełne blisko 40 minut olewając Skeletal Remains. To ile ten gość miał radochy na scenie jest niepojęte. Naprawdę mocno na mnie przelał tą radość i uznaję koncert Bokassy za bardzo miłą rzecz, dobrze się bawiłem. Ale koniec banałów, cocker

Na Katlę udało się na lajcie wejść, mimo że był to koncert na Sabbacie. Nie mogłem na początku wejść w ten koncert - jakoś byłem obok. Ale jak już zajebali Dead Lovera to poszło z górki. Mega energia i fajni faceci - szczególnie główny wokalista, a zarazem perkusista, jak on walił w te bębny! Szacun fest. Wgniota w ziemię poszła.
Slomosa była delikatnym rozczarowaniem. Słuchając z płyt zostawiłem sobie notatki, że bardzo to było dobre. A tak naprawdę wydawało mi się jakieś bez mocy i mało przebojowe. Nie zrozumcie mnie źle. To był dobry koncert, po prostu oczekiwałem trochę więcej. A może po prostu to kwestia zmęczenia... Koncert na pewno umiliła mi kanapeczka, którą zorganizował mi JM Admin, dzięki!
Na Death Angela w Shrine bałem się, że będzie niemożliwym wejść. Okazało się, że jeszcze chwilę przed startem dało się bez problemu tam wejść i ustawić po lewej stronie (zazwyczaj tam staję w Shrine, no chyba że idę do kółeczka

) z niezłym widokiem (nie widać pałkera). Pierwsze co mnie zaskoczyło to mega dobre nagłośnienie. Spodziewałem się totalnej młucki, a wyszło na to, że było całkiem selektywnie, nie za głośno, a i tak z mocą. Death Angela nie znam jakoś dogłębnie, czasem coś tam poleciało kiedyś, ale uznaję, że to dobra kapela. Niestety, trochę wokale mi nie leżały na żywo, choć górki wchodziły jak złoto. Pan wokalista to w ogóle powinien nazywać się "fuck", bo przeklinał naprawdę co drugie słowo. Miód na moje uszy

Po pół godzinki Death Angela wyszedłem na deszcz, żeby posłuchać Pana Generała z ekipą VADER. Bardzo solidny koncert - obserwowałem go z dosyć znacznej odległości. Fajne pyro i zespół w bardzo dobrej formie. Fajnie, że Mauser zagościł już na stałe w składzie. Ale nie będę tu udawał, dla mnie to był po prostu kolejny koncert VADER, nie czułem żadnych uniesień, ani nic. Dobre strzały w mordę i tyle, ale może tylko o to w tym biznesie chodzi?
Za to Pentagram na Desercie. Ło cię panie

Kolejny senior, rozwalający system

Bobby i jego tańce bioderkami to coś, co zapamiętam na długo. Niezła z niego bestia na scenie. Już nie mówię o tych momentach, gdy kładł się na odsłuchy i odpierdalał te swoje miny, które tak ostatnio się zviralowały

Muzycznie super. Brzmieli potężnie, Bobby dobre wokale. Można było się pobujać. I tutaj mnie strasznie wkurwili ludzie. Po lewej stronie, od strony foodhalla ścisk konkretny, a jak już się przecisnęło na prawą stronę to była totalna plaża. Czasem wystarczy po prostu wykorzystać przestrzeń, która jest - szczególnie jak wszyscy w koło psioczą, że jej za mało (z czym się zgadzam). Trochę pomyśleć.
Na Blood Fire Death wybraliśmy się z Sardim delikatnie wcześniej. Osobiście myślałem, że koncert tak głośnego tribute'u będzie dużo bardziej obleganym wydarzeniem. Skończyło się na tym, że było ładnie nabite, ale i tak nie był to poziom tego, co było na CoFie, co mnie bardzo zaskoczyło. Ale ja czasem mam problemy z oszacowaniem popularności. Adam jak wjechał ze swoim atencyjnym ryjem to szkoda się zrobiła, bo całość koncertu była utrzymana w bardzo podniosłym tonie, co współgrało z okolicznościami i muzyką (swoją drogą mieli też bardzo ładną scenę, jedna z najlepszych scenografii festiwalu dla mnie), a wjeżdża ten jełop i pierwsze to krzyczy POLSKA, JAK WASZE GARDŁA? Nie dziwię się, że następnie skandowano mu, żeby wypierdalał. Przy Eriku i ekipie na scenie wyszedł na zwykłego pozera. Lubię Bathorego, szczególnie okres od Blood Fire Death do Twilight i koncert mnie zadowolił, choć podobnie jak w przypadku VADER, nie było jakiś nie wiadomo jakich uniesień. Na początku też posysało trochę brzmienie, ale potem się przyzwyczaiłem, albo tam w trakcie trochę pokręcili. Pod koniec strzeliłem z Żelaznym pożegnalną banię Jagera i poszliśmy z Sardim coś ojebać do Żaby. Przyszedł też czas pożegnania z ekipą Opusową. Poczułem niesamowity smutek, że fest już się kończy, choć nie ukrywam, że stopy nienawidziły mnie już w chuj

Nie lubię muzyki Sepultury. Nigdy jakoś nie zażarło między nami i nie rozumiem fenomenu. Pamiętam, że jak wyszła Quadra to była dla mnie całkiem dobrym materiałem, ale nie takim, do którego wracałem. No a sam koncert, a raczej to co widziałem... Słabe to. Brzmieli potężnie, fajnie było zobaczyć Greysona za garami, świetny pałker, ale poza tym... Jebać ich, jeszcze te akcje z "ostatnim koncertem" to mnie zawsze wkurza. A no i Green na żywo brzmi bardzo źle, takie charczące nie wiadomo co. Ale ludzi trochę się odliczyło, choć nie tyle co na Kingu, wiadomo. Na boga - Sardi mi uświadomił, że ten zespół jeszcze w 2017 grał w RudeBoyu w Bielsku XD Jeszcze dwa lata temu w Hype Parku w Krakowie. A rok temu Spodek, w tym roku ściągnęli sporo ludzi na swój gig. Ktoś jest w stanie to wyjaśnić? Zwożą sobie własnych ludzi autobusami? Bo nie potrafię inaczej tego pojąć. Sam "farewell" robi aż taki dym?
Na totalnym zmęczeniu już zobaczyłem początek koncertu I am Morbid. No brzmiało to naprawdę potężnie. Ta muzyka mnie ogólnie raczej omija, ale tutaj wykonawczo było naprawdę przezawodostwo.
No i ostatnim koncertem festu był Tiamat. Ja lubię takie gotyckie granko, więc siadło mi fest, tym bardziej, że brzmiało to naprawdę dobrze. Zaskoczeniem było zaproszenie Erika z Watain na The Sleeping Beauty. Bardzo fajny wykon, kozacki kawałek, ale nie uważam, żeby Erik tam pasował dobrze. Tiamat znałem jedynie z nazwy zanim zostali ogłoszeni. Odsłuchy przed festem były pozytywne, a ten koncert utwierdził mnie, że muszę się za nich na serio zabrać. Hehe, powtarzam tak sobie z Moonspellem od kilku lat
Nie zostaliśmy do końca, wyszliśmy jakoś w połowie, bo organizmy nie dawały już rady, a jak usiadłem na chacie, to myślałem, że się popłaczę z ulgi, którą odczuły moje stopy

Choć byłem bardzo zaskoczony, bo była to pierwsza edycja, podczas której nie bolały mnie plecy i ogólnie zdawało mi się, że nie jestem taki zmęczony, a to był naprawdę intensywny czas, gdzie prawie dzień w dzień zaczynałem o 15.30 i zostawałem praktycznie do samego końca. A były też aktywności pozafestiwalowe
Wychodząc z festiwalu poczułem delikatne ukłucie i smutek, że to już koniec. Kocham to miejsce, kocham ten klimat, ludzi z którymi tam jestem. Powrót na Stocznie to coś na co czekam długimi miesiącami. Nie będę się rozpisywał o kwestiach przeludnienia, ani organizacji, bo już zostało wszystko powiedziane i z większością mniej lub bardziej się zgadzam. Liczę na to, że Mystic będzie trwał, pokazywał mi nową muzykę, dawał kilka dni bezstroski i fantastycznej zabawy z przyjaciółmi. Życzę Ci, Mystiku, abyś był coraz lepszy i silniejszy, bo już teraz wspomnienia z każdej kolejnej edycji są w bardzo ważnych katalogach w albumie pamięci.
Chyba starczy, bo co tu się będę nad klawiaturą znęcał

Dzięki wszystkim spotkanym i poznanym Sanatorianom (choć szkoda, że tych drugich było tak mało

Panowie, nie gryzę, a fajnie byłoby zbić pionę!

) Liczę na spotkanie za rok - na koncertach, na Krakenie, na SPECJALu i Jagerze i może na metalowym disco, jak siły pozwolą

Ave Mystic! Ave Sanatorium! PPP, PPP!
A w sumie dorzucę jeszcze Mystic w liczbach
Liczba zobaczonych koncertów (min. 15 min lub 3 kawałki): 47
Liczba koncertów, które chciałem zobaczyć, a nie wyszło: 3 (Zemial, Skeletal Remains, Faetooth)
Liczba artefaktów: 1

(znalazłem na ziemi kostkę Bewitchera

)
Liczba godzin spędzonych podczas koncertów: ponad 50
Liczba wytuptanych kroków od środy do sobotniej nocy: 74 969
Liczba wkurwionych przeze mnie ludzi: co najmniej 3
Liczba wypitych SPECJALi: inf
Z racji, że bawiłem się z wami wyśmienicie, każdemu z osobna dziękuję (kolejność losowa): Sardi, pz, Czystezlo, Schizoid, Żelazny, Browar, manichean, Beny82, Szpara, Dzosef. Pozdrawiam też Zdana, z którym udało się zamienić parę słów (oczywiście jak to zwykle bywa, większość z nich to była obraza w moją stronę

). No i mignął mi bartek_ - młody miałeś mnie zabrać na SPECJALa

To było wielkie, dzięki wszystkim!