W zeszły piątek wybrałem się do Pragi na jedną z moich ulubionych DJek -
Marie Vaunt. Jeszcze jej nie widziałem, wydaje mi się że nigdy nie grała w okolicy, więc ta Praga, i to w klubie, to był no-brainer. Dowiedziałem się, że jest i od razu kupiłem bilet.
Największym minusem eventów techno zawsze dla mnie była i zawsze będzie czasówka. Klub otwierał się o 23, Marie zaczynała o 1. Przechuj masakra dla starszego człowieka

, no ale tym razem miało to też plusa - mogłem przycebulić dzień na urlopie. Rano pojechałem do pracy, o 14 z niej wyszedłem i udałem się na Flixbusa. Przyjechał 20 minut przed czasem - zuch! Ludzi było umiarkowanie, nikt koło mnie nie siedział, było dobrze. Wiedząc, że czeka mnie noc z gatunku tych cięższych

zdrzemnąłem się ile się dało. O 19:45 wysiadłem na dworcu i dałem się... a nie, przecież do otwarcia klubu jeszcze 3 godziny, a ja nawet wolałem nie być na otwarciu. Wykorzystałem trochę wolnego czasu na kontynuację niekończącej się misji eksploracji praskich minibrowarów. Poszedłem sobie na tramwaj na drugi brzeg Wełtawy, do zabytkowej dzielnicy Mala Strana. Tam odwiedziłem browar restauracyjny Vojanův Dvůr, gdzie wypiłem piwo jasne i ciemne - w cenach całkowicie przyzwoitych, bo ok. 13 zł za kufelek. To u mnie na osiedlu leją za więcej. No ale to Czechy. Było przepysznie. Nie piłem nic od kawy w pracy, więc byłem mocno spragniony i po kwadransie po jasnym już nie było śladu, a ciemne właśnie dokonywało żywota. Na szczęście, w odległości 600 metrów znajdował się kolejny browar - Mikuláš. Znajduje się on w przeurokliwej piwniczce, barman był bardzo przyjazny, fajnie się siedziało, tylko niestety piwo takie sobie. Wziąłem lagera i IPA - średniaki. Trochę nad nimi posiedziałem. Potem udałem się na tramwaj, z powrotem ku głównej części Pragi i do browaru Bohemia Goose. Jest to lokal z gatunku fancy, za wysokie progi na chama, za takimi nie przepadam. Do kompletu, piwo - svetle i malinove - jeszcze słabsze niż w Mikulašu. Drogo i niedobrze, mmm. No ale byli czynni do północy, więc trochę tam sobie posiedziałem, wypiłem swoje i udałem się ponownie na tramwaj, tym razem już pod klub.
Występ miał miejsce w Roxy, gdzie byłem dotychczas dwukrotnie: w 2011 na Deftones i w 2024 na Crosses. Fajne miejsce, ale oba razy było nabite po korek. Tym razem była odwrotność - wchodzę, a tu, może nie puściutko, ale zdecydowanie przejrzyście. Zdziwiłem się, bo myślałem że taki występ skusi więcej osób. No trudno i no fajnie jednocześnie. Siadłem sobie na kanapie i pozbierałem siły na godzinę 1. Marie wyszła i zagrała fantastycznego, dwugodzinnego seta - sądzę, że za parę lat może być ciężko już ją złapać w klubie. Jest IMO topką w tym, co robi. Cyknąłem sobie z nią foteczkę po wszystkim, więc za parę lat będę się nią lansował. No, nie tu, ale są miejsca gdzie to zażre xD
Powrotnego Flixa miałem o 5:55, a była 3, więc musiałem jeszcze coś ze sobą zrobić. Zdecydowałem się zostać na afterze, na którym grał jakiś czeski DJ ubrany w różową czapkę-królika. Był on słaby, ludzi szybko ubyło, co mi pasowało, bo się usadowiłem na kanapie. I zacząłem przysypiać. Po obiekcie krążyli ochroniarze dbający o to, żeby nikt nie zazgonił - budzili takich delikwentów i postawiali do pionu. Wolałem nie być jednym z nich; wprawdzie zazwyczaj patrzą pod kątem narkotyków a nie "starszy pan przysypia ze zmęczenia"

ale weź to im wytłumacz. No nic, jakoś tak przewegetowałem do 4:30, kiedy to pan królik skończył grać i zaczęto wypraszać ludzi. Podjechałem sobie na dworzec, gdzie poczekałem dosłownie chwilkę, bo mój Flix już podjechał na peron. Siadłem i odpadłem, obudziłem się już gdzieś na dolnym śląsku.
Dotarłem do domu ok. 10:30. Doprowadziłem się do stanu ludzkiego, czyli wziąłem prysznic i zjadłem śniadanie, po czym położyłem się spać. Wstałem, zrobiłem obiad, przez trochę czasu pełniłem role rodzinne, ale nie za długo, bo o 18:30 trzeba się znowu było zbierać. We Wrocławskim Centrum Kongresowym, czyli takiej sali koło Hali Stulecia, występował
Hooverphonic. Jest to jeden z moich ulubionych zespołów, więc ich koncert w moim mieście był dla mnie oczywistością. Natomiast nie odczuwałem aż takiego entuzjazmu z dwóch powodów. Po pierwsze, grali tu już rok temu - w tym samym miejscu, prawie idealnie rok wcześniej, z bardzo podobnym materiałem. Wtedy świętowali 25-lecie "The Magnificent Tree", które odgrywali w całości + największe hity. W tym roku była to jakby kontynuacja tej trasy, ale już bez odgrywania całego TMT, choć wciąż - znalazło się w setliście 6 kawałków z niej. Plus ponownie greatest hitsy, i ogólnie zmiana w steliście była kosmetyczna, ze 3-4 kawałki. No bez szału. Do innego miasta na nich bym tak prędko nie pojechał, no ale jednak Wrocław, trzeba...
Swoją drogą, ciekawe jest podejście organizatora. Najczęściej zagraniczna gwiazda gra u nas jeden koncert, czasem trafią się dwa-trzy, ale ogólnie jak jest jakaś klubóweczka, to trzeba się szarpnąć do innego miasta. Albo do innego kraju, bo nikt się nie porwał na ściągnięcie zespołu do nas. Chyba każdy z nas to przeżył nieraz. Obawy orgów przed robieniem za dużej ilości występów w Polsce są spore. Hooverphonic też do tej pory zawsze przyjeżdżał na jeden występ, wyjątkiem był 2019 kiedy Fource sprowadzili ich na 3. A teraz? W zeszłym roku organizatorzy sprowadzili Hooverphonic do Polski na oszałamiające 5 koncertów. I zdaje mi się, że na wszystkich był sold out. Więc sprowadzili ich znowu w tym roku... na 6 koncertów. Szaleństwo. Gdyby tylko lepiej rotowali setlistą, ruszyłbym na więcej, bo tak to nie widziałem powodu.
Wracając do tematu - drugi powód, dla którego na koncert się cieszyłem, ale nie tak, jak powinienem był. Ale do tego to trzeba dłuższej opowieści, więc siądźcie sobie, weźcie kawusię czy jeśli czyta to Invader - chipsy - i poczytajcie.
Hooverphonic powstał w roku 1995, wówczas jako Hoover - zmienili nazwę dwa lata później. Trzonem grupy od zawsze są: Alex Callier - basista i keyboardzista oraz Raymond Geerts - gitarzysta. Pierwszą wokalistką była Esther Lybeert, ale odeszła zanim cokolwiek z nią nagrali. Ona się nie liczy, odnotowuję fakt jej istnienia tylko z kronikarskiego obowiązku. Na jej miejsce przyszła Liesje Sadonius, z którą nagrali swój pierwszy (i IMO najlepszy, choć nie jest to uniwersalny konsensus) album. Owa pani również nie zagrzała miejsca w zespole za długo - niedługo po premierze albumu odeszła. Z tego co wyczytałem, coś tam podziałała solowo, ale nie za wiele, i od 2010 roku nie tworzy już w ogóle muzyki. Została jakimś kołczem-szamanką XD
Na jej miejsce przyszła Kyoko Baertsoen - choć tylko jako zastępstwo na zabookowaną już trasę po Europie. Zrobiła swoje i tyle. Wówczas do zespołu wstąpiła Geike Arnaert - pierwsza Naprawdę Ważna wokalistka zespołu. To z nią powstały ich największe hity, to z nią zdobyli popularność, stała się twarzą zespołu i równie ważnym elementem co Alex i Raymond. I tak było super przez całe 11 lat i 5 płyt... aż do roku 2008, kiedy Geike odeszła. Rzekomo żeby skupić się na solowej karierze (co nie wyszło), choć dużo też mówiono o "creative differences", "different directions" i innych takich. Słowem, raczej nie pracowało im się już za dobrze razem i ciężko powiedzieć, czy było to odejście czy wywalenie. Czy może coś w połowie, czyli - nikt już nie chciał ze sobą współpracować.
W 2010 roku zespół ogłosił, że znalazł nową wokalistkę - Noémie Wolfs. Nagrali z nią nowy album i ruszyli w trasę. Mniej więcej wtedy też poznałem ten zespół. Nowa płyta mi się nie podobała, nie podobał mi się kierunek - bardziej popowy - w jakim poszli, i ogólnie niezadowolenie. W 2011 przyjechali do Polski, grali w warszawskim Palladium. Wybrałem się, wprawdzie jęczałem że łee, bez Geike, ale było fantastycznie, Noemie to naprawdę świetna wokalistka, podobało mi się bardzo. Nagrali kolejną płytę i... w 2015 po "wspólnej decyzji" Noemie odeszła xD Szybko się okazało, że "wspólna decyzja" polegała na tym, że Alex i Raymond powiedzieli Noemie, że już z nimi nie gra, a ona powiedziała "aha" xD W sieci huczało od plotek, że generalnie panowie nie traktują wokalistek za dobrze, tzn. oni są pracodawcami, one pracownicami, i to czuć, widać. Po latach - uważam że Noemie naprawdę świetnie się sprawdzała w swojej roli. No trudno.
Nadszedł rok 2018 i panowie ogłosili nową wokalistkę. Była nią Luka Cruysberghs, młodziutka, bo wówczas dopiero 18-letnia dziewczyna. Nagrali z nią album, był OK. Przyjechali do Polski, widziałem ich w A2, było naprawdę dobrze. To znowu nieco inna odsłona Hooverphonic, ale ona się tam dobrze odnalazła. Niestety... tak, domyślacie się xD - w 2020 roku Luka została zwolniona. Oczywiście za porozumieniem stron, a przynajmniej taka była oficjalna wersja, dopóki Luka nie napisała, że dowiedziała się o swoim zwolnieniu podczas calla na Zoomie na pół godziny przed statementem dla mediów xDDD
Powód zwolnienia jednak był istotny. Do zespołu wróciła Geike Arnaert. Więc choć współczułem Luce, to niespecjalnie za nią płakałem, bo proszę państwa, oto wszystkie części wracały na swoje miejsce, Hooverphonic powraca w klasycznym składzie. Jest wspaniale. W pierwszej połowie 2022 przyjechali do Warszawy, ale nie pojechałem, bo to czasy tuż po-covidowe i nie wierzyłem do osatniej chwili że się odbędzie xD plus byłem wówczas wytrącony z koncertowej rutyny i po prostu mi się nie chciało. No ale przyszedł 2024 rok, trasa po Polsce i koncert we Wrocławiu... i to był ogień. W końcu udało mi się zobaczyć ten wymarzony skład. Było superancko. Było mówione, że po koncercie zespół wyjdzie podpisywać płyty, ale ja nie zostałem, bo było już późno, wolałem zdążyć na ostatni tramwaj do domu, a i zdrowie wówczas nie dopisywało, tak naprawdę normalny człowiek na moim miejscu by odpuścił ten koncert. No ale to, hehe, ja. Stwierdziłem, że następnym razem. Ten nadszedł błyskawicznie, bo już po roku.
Ogłoszono trasę, koncert we Wrocławiu, kupiłem bilet. Po czym przyszedł listopad, a zespół - tak, tak, domyślacie się!!! - wydał ogłoszenie, że Geike odchodzi xDDD I tyle. Oczywiście amicably itd., oczywiście żaden fan już w to nie uwierzył, raczej było jebanie Alexa i Raymonda co oni znowu odstawili. Ech. Co zrobisz. Potem jednak okazało się, że Geike wprawdzie odchodzi, ale jeszcze nie odeszła i dogra z nimi te już zakontraktowane występy. A więc we Wrocławiu była taka Geike Schrodingera - jeszcze była, ale już już jej nie było, już jej nie było ale jeszcze była. Zastanawiałem się, jaka będzie atmosfera na tym koncercie.
No więc powiem wam, że była niezła xDDD Po pierwsze, w trasie nie bierze udziału Raymond - nie wiadomo czemu. Czy jakieś problemy zdrowotne, rodzinne, czy może to sytuacja "jak on jedzie to ja pierdolę, nie jadę". Nie wiem. Nieobecność wynikająca z konfliktu z Geike jest jedną z mocnych opcji, szczególnie że zespół nie wydał oświadczenia czemu, jakby nie patrzeć, jednego z filarów zespołu nie będzie.
Po drugie, w szatni była karteczka, jak i rok temu, że zespół wyjdzie po koncercie w to miejsce. A, nie, przepraszam - nie zespół. Tylko Alex xDD Czyżby Geike już chciała tylko zrobić swoje i skończyć przygodę z tym zespołem? Ponownie, nie wiem, ale dziwnie to wyglądało, tym bardziej że rok temu wyszli wszyscy. Więc się domyślam.
No i sam koncert. Był bardzo dobry. Wszyscy w formie. Alex fajnie opowiadał, dobrze łapał kontakt z publiką. Geike to świetna piosenkarka, odnajdywała się bardzo dobrze w repertuarze. Ale... to tyle. Przez cały wieczór nie powiedziała do publiki ani słowa xDDD Poza "thank you" i przedstawieniem Alexa podczas prezentacji zespołu. Rok temu tak nie było. Gadali sobie, śmieszkowali, ona sama była bardziej "obecna". Nie można jej nic zarzucić - dobrze wykonała swoje zadanie. Ale czuć było, że była w miejscu w którym już nie chce być. Rok temu to był zespół trojga równych sobie ludzi - tak wypadali na scenie. Zrobiła swoje i do domu. Teraz to był one-man show Alexa z wycofaną Geike i nieobecnym Raymondem.
Oj, wiele bym dał żeby się dowiedzieć co tam się odjebało xDD
No i to tyle. Miałem plan kupić sobie płytkę i zgarnąć podpisy, ale nie dość że miał być tylko Alex, to wyprzedały im się płyty i zostały tylko winyle. To podziękowałem.
Nie zrozumcie mnie źle - koncert mi się podobał i to bardzo. Po prostu czuć też było, że zmiany nadchodzą, że to taki symboliczny pogrzeb tej odsłony zespołu. No ciekawe kogo tam dalej sobie znajdą. Niby po takiej historii to bym na miejscu wokalistek omijał ten zespół szerokim łukiem, ale są na tym świecie i patusy słynące ze znęcania się nad kobietami które mają i 3, i 4 żonę... nie wątpię, że i Hooverphonic niedługo znajdzie kolejną wokalistkę xD