W sumie takie oceny do przewidzenia, przynajmniej dla mnie. Nie dziwi mnie brak "The Circus Maximus" tak jak i słabe oceny dla dwóch pierwszych lp. Wielu tak na dobrą sprawę dopiero słucha Manilla Road od "Crystal Logic", te wcześniejsze traktuje jako rozgrzewkę
Wiadomo - muza nieco inna, bo jest dużo hard rockowych rzeczy, do tego jeszcze dochodzą klimaty space rockowe, chociaż na "Metal" już mniej.... Bądź co bądź, słychać na tych płytach mniej lub bardziej (tak jak szczególnie w "Cage Of Mirrors" z drugiego lp) charakterystyczny styl w którym Manilla Road osiedliła sie na dobre już na trzeciej płycie. Generalnie ja tam lubię te płyty (w sumie bardziej jedynkę), ale na podium pośród dyskografii nie lądują

to fakt.
Dziwi trochę, ze "Out Of The Abyss" jest tak marginalnie traktowany przez fanów, bo materiał przecież jest przedni. Jeszcze bardziej chciałoby się rzec thrashowy, co słychać już choćby w pierwszym numerze "Whitechapel", tytułowym "Out Of The Abyss", "Black Cauldron" i w ogóle po samym brzmieniu tej płyty (które był robione pod nie wiem? Kreatora? Coroner? Slayer?), wystarczy posłuchać perkusji i tego typowego chudego brzmienia, tych stóp, tej rwanej gry na gitarze. Mark Shelton i chłopaki momentami tak zap*erdalają do przodu, że aż huczy

i automatycznie chce sie przy tym nadwyrężać karku, tak jak np. w "Midnight Meat Train", "Slaughterhouse".
Co by nie gadać to na płycie są przecież kawałki, które przypominają o najlepszych dokonaniach kapeli (z bodaj "Mystification") jak "Rites Of Blood", odrobinę dłuższy "Return Of The Old Ones" albo "War In Heaven". Ogólne wrażenie to takie skrzyżowanie wcześniejszej "Mystification" i "The Courts Of Chaos" przesiąknięte thrashowym jadem. Nie jest to płyta tak solidna jak wspomniana "Mystification", bo niekiedy te utwory wydają mi się z lekka przykrótkie, ale do mnie i tak to trafia. Tnie i chłoszcze za każdym razem
"The Circus Maximus" to odrębna historia myślę tak na prawdę i nie należy w ogóle tego brać pod uwagę jako kolejny materiał Manilla Road. To miał być projekt o tej samej nazwie, ale właśnie wytwórnia, która miała prawa do nazwy w owym czasie wydała i te solową płytę Marka Sheltona z tą mimo wszystko dziwaczną jak na niego muzyką
Kiedy po raz pierwszy to usłyszałem kopara mi opadała

Do tego jeszcze ta ni c*uja nie pasująca do zespołu okładka z clownami... Myślałem sobie - jak to? To jest następna płyta Manilla Road?? Nie no.... Takiego przewrotu się chyba nikt nie spodziewał. No, ale skoro miał to byś pierwotnie solowy projekt? Ale przynajmniej Mark kazał zmienić logo
Autorami tego materiału byli trzej zupełnie różni goście i to bardzo słychać, bo nie ma na tej płycie w ogóle jakiejś spójności, jakiegoś jednego konkretnego pomysłu, planu na muzykę. Każdy utwór jest z innej beczki. Żaden nawet na chwile nie przypominający dokonań zespołu z lat 1978-90. Do tego w niemal każdym na zmianę kto inny śpiewa.
Otwierający płytę "Throne Of Blood" w którym śpiewa jakby radośnie Mark w niczym nie przypomina dwa lata wcześniej wypuszczonego "The Courts Of Chaos". Do tego te chórki jakby wyjęte z jakiegoś wesołego amerykańskiego rock/metalowego zespołu z lat osiemdziesiątych. Drugi "Lux Aeterna" już w ogóle pozamiatał na starcie wszystko. I choć na dobrą sprawę po kilku przesłuchaniach ten utwór zapada w głowę, posiada niezłą atmosferę, ma fajny tekst, dobre sola Marka Sheltona, to kojarzy mi się bardziej z soundtrackiem do jakiegoś film z Jean-Claudem Van Dammem typu "Krwawy Sport" czy czymś pasującym do "Top Gun" z Tomem Cruisem i Valem Kilmerem
Podobnie wypadają bardzo rockowy "No Sign From Above" z kobiecymi chórkami w tle

i bardzo chwytliwym refrenem albo siódmy z kolei "Flesh And Fury", który nadaje się bardziej do surfowania
Kolejna sprawa która dziwi to brzmienie płyty, bo ta wyprodukowana jakby w 1986 przez jakiś hulający po listach przebojów w USA rockowy zespół. Ten materiał mnie porywa w druga połowę lat 80tych do stanów zjednoczonych, z tym, że bardziej to wszystko mi się kojarzy z wymienionymi wcześniej filmami niż z heavy metalem. Na prawdę, po tym lp nic nie wskazuje, że jest już 1992 rok......
Takim w miarę dobrym punktem tego materiału jest kawałek "In Gein We Trust" w którym śpiewa grający też na perkusji niejaki Aaron Brown. Numer posiada Black Sabbathowy klimat w połączeniu z jakby jakimiś Voivodowymi dokonaniami czy innymi wywijasami tego typu w środku. No, może jeszcze najdłuższy na płycie "Forbidden Zone" z dobrą linią basu.
Mówiąc szczerze, gdyby Mark Shelton nie zaśpiewał właśnie w tych trzech utworach ("Throne Of Blood", "No Sign From Above", "Forbidden Zone"), na okładce nie widniało to głupie logo Manilla Road, i ja za cholerę nie spostrzegłbym, ze ktoś z Manilli mógł do tego przyłożyć rękę. Gdyby ktoś mi to dal i powiedział, że to jakiś stary zapomniany projekt gości z UB40, Red Hot Chilli Peppers i Whitesnake to bym sie wcale nie zdziwił
Invasion - 7
Metal - 6,5
Crystal Logic - 10
Open The Gates - 10
The Deluge - 9
Mystification - 9
Out Of The Abyss - 7,5
The Courts Of Chaos - 8
Atlantis Rising - 8
Spiral Castle - 8
Mark Of The Beast - 7
Gates Of Fire - 8
Voyager - 8
Playground Of The Damned - 7
Mysterium - 7