Miałem podobne odczucia co do Murraya - gdy zaczynałem słuchać zespołu od TXF i LAD to zakochałem się w stylu Dave'a, był błyskotliwy i fenomenalny. Potem nauczyłem się doceniać H i stał się moim ulubionym gitarzystą w ogóle, na długie lata. Oczywiście, zdawałem sobie sprawę, że w historii rocka i metalu jest dużo bardziej wpływowych muzyków i Adriana raczej trudno wymienić w jednym szeregu obok Schenkera, Blackmore'a, Page'a, Vaia czy Van Halena, ale zupełnie nie w tym rzecz. W sposobie budowania fraz, osadzeniu ich na takim trochę pływającym rytmie, to że dźwięki czasem wypadały mu jakby z zaskoczenia, niby wiadomo w jakim kierunku zmierzał, ale równie dobrze mógł wrzucić zaraz coś niespodziewanego... było coś w tym magicznego. Solówki IM to chyba głównie pentatonika ograna do bólu, ale obaj panowie potrafili w latach 80 robić z tego czary. H był dla mnie mistrzem, choć technicznie sprawniejszy był zawsze Dave (co w sumie mało istotne, bo to nie wyścigi).
Dziś widzę to tak, że solówki mocno straciły na znaczeniu w muzyce IM. Na płytach po reunion niewiele jest takich, które zapadają w pamięć. Często są schowane w miksie, choć bywają wyjąki - na BOS słychać je głośno i wyraźnie, skądinąd dla mnie to najlepiej brzmiący krążek grupy po powrocie.
Przez ostatnie lata też zauważyłem wspomniany spadek formy Murraya, chociaż przyznać też muszę, że w Krakowie w 2018 rokj był zajebisty. Również trochę mniej mi się podoba gra Adriana, choć super, że stara się ciągle przemycać do swojej gry coś nowego. Jednak przeważnie nie zadowala mnie jego brzmienie - bywa jakieś takie nienaturalnie skompresowane i przekombinowane. Co mówił nie raz w wywiadach, po powrocie do zespołu, mając Murraya i Gersa grających dość szybko i dużo, Adrian świadomie skupił się na dolnym paśmie i partiach rytmicznych. Możliwe, że to właśnie dlatego w jego solówkach wydaje mi się być teraz mało przestrzeni, brakuje klimatu jak z kawałka Powerslave czy Stranger in a strange land. Może to też kwestia Shirleya, co zaraz wyjaśnię. Najpierw zaznaczę, że ja z nim nie mam problemu, według mnie produkuje płyty IM fajnie i na pewno nie wbrew wizji zespołu (a przynajmnjej Harrisa) - w jedynym wywiadzie przyznał kiedyś, że odciążenie brzmienia z heavy metalowej żylety ala lata 80 do bardziej hard rockowego charakteru wynikało z tego, że jakoś tych 3 gitarzystów grających ciągle trzeba w paśmie upchnąć. Niemniej jednak H mówił kiedyś, że Kevin lubi podchodzić do nagrywania solówek spontanicznie i nie zostawia dużo czasu na ich komponowanie, co Adriana frustruje. Możliwe więc, że na mniejszą zapamiętywalność solówek IM teraz wpływa kilka czynników - styl pracy producenta, współbrzmienie 3 gitatzystów, zmiana charakteru muzyków.
Przez lata za to doceniłem Gersa - świetny kompozytor i bdb gitarzysta, którego styl mocno inspirowany jest Blackmorem. Zarówno w uwielbieniu do popisów i improwizacji jak i ... związanej z tym lekkości w trzymaniu się rytmu
Wracając do Murraya, to jednak trzeba oddać mu cześć - w pierwszych latach istnienia grupy "Blonde Bomber" był jej wizytówką, na językach wszystkich
Swoją drogą, kilka dni temu pojawiła się plota, że H nagrał coś z Richie Kotzenem. Pamiętam, jeszcze kilka miesięcy temu mówiono o kawałkach z Bernie Mardsenem, więc może to jakiś szerszy projekt. H powiedział, że nagrał coś z pewnym gitarzystą i wokalistą gdzie sam udziela się na gitarze i śpiewa, ale nie może na razie zdradzić o kogo chodzi. Niemniej jednak, jak ktoś śledzi instagram H, jego żony a także Richiego oraz jego partnerki, to w ostatnich miesiącach przed pandemią ta czwórka spędzała ze sobą mnóstwo czasu i się z tym specjalnie nie kryła. Możliwe, że coś w tym więc jest.