Ja też wielu ich decyzji nie rozumiem i nie staram sie zrozumieć. Począwszy od tego co ciągle rzuca się w oczy na stronie internetowej bandu - tych co rusz nowych wcieleń Eddiego z gry. Ktoś w ogóle nią jest zainteresowany? Generuje ona jakiś zauważalny dochód?
Kompletnie nie rozumiem niechęci do wyjmowania większej ilości "zabytków", młodszych i starszych, z bogatego repertuaru. Przecież jako ARTYSTOM powinno im tak naturalnie chcieć się powrócić do dawnych lat i jeszcze raz zagrać coś nie oklepanego do bólu. Jak oni w ogóle dają radę grać co koncert, na każdej trasie, te IM, TNOTB, FOTD czy RTTH i przy tym się bawić? Czy nikt z nich nie powiedział "ku*wa, rzygam już tym, czy nie możemy sobie darować klepania po raz n-ty tego samego?" Nie rozumiem na ile decyduje sam zespół, a na ile gentleman z Yorkshire. Zespół to przede wszystkim Harris i Dickinson. Pierwszy raczej nie ma żadnych oporów przed graniem innych rzeczy, o czym świadczy totalnie niszowa zabawa pod szyldem British Lion. Harris jest w stanie zagrać wszystko. Dickinson też jest ogólnie płodny, więc mógłby wybrać coś pod swoje możliwości. Nicko jest znakiem zapytania, ale mimo wieku jest nadal bardzo aktywny, a do tego zawsze był wszechstronny i spokojnie mógłby odegrać zapomniane kawałki, zwłaszcza że przećwiczyłby je w domu. To nie musi być tempo z lat '80. Taki Phantom of the Opera brzmiał najlepiej (IMHO) właśnie w XXI wieku. A gitarzyści zagrają to co im się każe. Dave z uśmiechem, Janick z niedbalstwem, a Adrian przecież sam poszukuje innych bodźców muzycznych.
Czy oni przejmują się reakcją fanów na utwory? "You can't please everybody" - to jest ich opinia, wielce słuszna. Toteż aż prosi się dopisać jej ciąg dalszy - "So do please yourselves!" - więc zadowolcie samych siebie! Fani i tak przyjdą, a w pierwszych rzędach zawsze będą szaleć. A przecież i tak na większości koncerów tył sali i boki siedzą spijając piwko i kręcąc telefonami, nie mówiąc o festiwalach pełnych randomów i wytaplanej w błocie półświadomej masy ludzkiej.
Nienagrywanie nowego albumu jestem akurat w stanie pojąć. Brak pomysłów, brak wspólnej inwencji twórczej - brak albumu. Lepiej tak niż na siłę za wszelką cenę. Już nie muszą, jak dla mnie. Aczkolwiek ktoś po BOS zażartował, że to nie może być ostatni studyjny LP, bo przecież nie do pomyślenia, żeby 35 lat albumów Maiden uwieńczyło słowo "France" (ostatnie padające w EOTC)
Brak staranności w przygotowaniu koncertów od strony dźwiękowej to oczywisty grzech i też nie wiem z czego wynika. Przecież ekipa techniczna jest na miejscu. Taki knajpiany British Lion zawsze odbywa soundcheck przed koncertem dla 200 osób w spelunie i Stefan normalnie w nim uczestniczy, full professional, żadnego gwiazdorzenia. Czyli to nie on jest hamulcowym w tej kwestii. To pewnie ogólne lenistwo wszystkich po trochu - w sumie staje się za dużą przeszkodą.
I jeszcze jedna sprawa - tu akurat przeciwko Stefanowi - no nie rozumiem tego ich teatralnego podejścia do "układów scenicznych". O ile Bruce stawia się w roli aktora, co jest zrozumiałe, to już gitarzyści mogliby pokusić się o więcej inwencji, a raczej swobody w ruchu na scenie (choć niekoniecznie pojmowanej tak jak czyni to w sposób wyreżyserowany Janick). Adrian co nieco zagra czasem od siebie (o ile damy radę to wyłapać). Wiem, że każdemu w każdym mieście chcą dać ten sam show, nie mogę patrzeć z perspektywy kogoś, kto widzi ich kilka razy na tej samej trasie. Ale ciekawą odmianą byłoby zobaczyć wqrwienie na twarzy Dave'a zamiast ciągłego uśmiechu

No ale i tak nie rozumiem dlaczego Stefan ustawia się zawsze w tych samych miejscach podczas tych samych fragmentów utworów? Dokładnie wiem kiedy na którą stronę sceny się przemieści i sprawdza się to w 90%

Nawet na malutkiej scenie z Lionem ma ten sam nawyk i robi copy-paste samego siebie co wieczór. No nie pojmuję. Aczkolwiek niespecjalnie mi to przeszkadza, natomiast może świadczyć o podejściu artysty do "show".
Z tych względów najwspanialej wspominam koncert z 2018 w Tallinnie, bo był rewelacyjną niewiadomą - i spełnił oczekiwania. Ale nie znalazłbym w sobie siły, by jechać na kilkanaście koncertów na tej samej trasie. W ogóle fizycznie nie dałbym chyba rady, bo żeby być z przodu, trzeba od 13-14 warować pod halą, a potem bronić swojego pola. Muzycznie nie kręci mnie słuchanie X razy pod rząd tego samego, stąd radość z odkrurzanych kawałków. Stanie z tyłu nie wchodzi w grę - np. taki koncert w 2016 na feście w Sopron na Węgrzech. Z Węgier pamiętam fajną wioskę, gdzie spędziliśmy (za mało) czasu, pamiętam smutek Kolegi, który przyjechał na koncert i dowiedział się bardzo przykrej rzeczy, ale koncertu nie pamiętam, choć byłem trzeźwy. To po co było na nim być, hehe? Dlatego tak bardzo nastawiałem się na wyjazd na halówki do Japonii, aby "ukoronować" pewien rozdział życia kompletnie innym doznaniem - z bliska do sceny i we względnym spokoju - ale słowo korona okazało się kluczowe. Za rok planujemy Lizbonę, Barcelonę i Bolonię - ale wiemy, że z tych koncertów nie wyniesiemy super doznań muzycznych, no chyba że tłum dookoła trafi się super i nastąpi ognisko ekstazy. Pchać się nie będziemy, a najbardziej nastawiam się na zobaczenie miast i na żarcie, oczywiście nie na sucho. I to będzie radość z koncertu Maiden, hehe. A Stefka złapię oko w oko gdzieś na klubówce z Lwem, gdzie i tak coraz bardziej trzeba walczyć (shit, też zaczęli się pchać), ale przynajmniej nie trzeba stać od 13.
Ale muszę przyznać, że moja siostra, która z własnej woli wybrała się na koncert w 2017 w Antwerpii (hala), na trybuny, oceniła go wysoko i była zajarana atmosferą.
M.