Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Zbiór ankiet i Waszych opinii dotyczących innych zespołów.

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
Cold
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 7194
Rejestracja: śr wrz 14, 2005 6:27 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Cold »

Tak coś czułem przez skórę, i faktycznie, "Deathconsciousness" jest na Twojej liście :)
Potężny emocjonalny kolos!

O "Disintegration" pięknie napisane. Super pomysł, że Lovesong pasowałby mocno na "Wish". Razem z Apart, Trust, From The Edge of the Deep Green Sea czy A Letter to Elise dotyczyłby tego najwspanialszego ludzkiego uczucia :D. Każda pieśń o różnych odcieniach tegoż, nie zawsze radosnych - jak np. we Friday I’m in Love :lol:. No ale pojawił się na "Disintegration" jako prezent ślubny dla Mrs Smith.
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1037
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

HM #1:

King Diamond – Abigail (1987)

Obrazek

Królu złoty. Kim Petersen i towarzyszący mu zestaw muzyków jest, począwszy od drugiej połowy lat 80, odpowiedzialny za najdłuższą tak serię albumów heavy metalowych - które robiły wszystko niemalże idealnie - jaka miała miejsce w całym gatunku. Od Fatal Portrait, aż po House of God. No to jest, nie hamując się, p***erdolone, by zrobić taką przejażdżkę w tym gatunku. Tego nie osiągnęło w takim przedziale czasowym ani JP, ani IM, ani Accept, ani Saxon, ani nikt inny. Jakby moja topka była stricte o metalu, to o takim The Eye, Them, The Graveyard czy… no kurna, o każdej płycie KD z wtedy można pisać za pomocą zachwytów i pochwał. Bo to pozycje fizycznie nie do zdarcia, nie da się tam doszukać wyraźnych zarzutów co do kompozycji, warstwy lirycznej czy wykonawczej. Natomiast patentów bijących niejednokrotnie konkurencję po kolanach jest w bród. Słowem, buja ta dyskografia jak nieliczne.

Mimo tej ekscytacji z poprzedniego akapitu, takowej u mnie przeważnie ostatnimi czasy nie ma na myśl o dyskografii KD. Tak samo zabrakło jej na Mysticu rok temu. Ja ją znam, to jest świetny zasób muzyczny, to był też całkiem udany koncert, ale obecnie ta muzyka jedzie gdzieś po bocznicy kolejowej w moich preferencjach. Może to kwestia tego, że chłop leci z nowym materiałem w wujka i nie jest z tym po latach wcale do śmiechu :lol: Natomiast, byłoby niegodnym, gdybym w ogóle nie wspomniał o niczym z katalogu solowego KD. Na całe szczęście nie muszę mieć wcale nastroju, by Abigail kojarzyło mi się wyśmienicie dobrze. A zatem, kolejny album z woźnicą na okładce ;)

Koncepcyjny heavy metalowy album, które namieszał niegdyś co niemiara w gatunku, a rozgłos był tak duży, że aż dorobił się swojego sequela w 2002 roku. Dla mnie to chyba najbardziej dobitnie wysokojakościowy KD, zrobiony z iście prekursorskim sznytem progowym, który był wówczas czymś niezbyt znanym w metalu. Absolutny dojazd na Black Horsemen nie pozostawia śladu po człowieku. No poezja. Sowite, świetne granie, jedno z najlepszych w całym gatunku. Andy La Roque, żyj wiecznie.



Kate Bush – Hounds of Love (1985)

Obrazek

Katarzynę i jej dyskografię pokochałem kilka lat temu. W sumie to śmieszne, że po drodze Stranger Things ją tak wyniosło do mainstreamu. W ogóle to problem mówić w jej przypadku o mainstreamowości, bo dekady temu jej muzyka zdecydowanie wyrywała się ówczesnym standardom. Pomimo faktu, że od końca lat 70 tworzyła ona muzykę, którą można kwalifikować jako pop, tak jednak warsztat Kate był od zawsze osobliwy i powstał w oryginalny sposób – inspirowała się nią za to silnie np. Tori Amos.

The Kick Inside, bardzo solidny debiut. The Dreaming, płyta trudna, ciężka do ugryzienia, ale jakże niesamowita jak na tamte czasy. Natomiast to właśnie Hounds of Love jest płytą, z którą zżyłem się jakoś bardziej.

Uwielbiam pop lat 80, a tym bardziej taki, w którym muzycy nie szli na skróty i było to robione absolutnie z przytupem godnym tej epoki. Kate wypuściła w połowie tamtej dekady płytę zwieńczającą jej główny okres twórczy, dając światu absolutnie piękny materiał. Hounds of Love to zasadniczo taki przepis na sukces. Płyta, która jednocześnie żyje swoją epoką wedle szablonu, a zarazem jest w stanie rozdać twórcze karty w zaskakująco niszowy sposób.

Trafiły się tutaj naprawdę piękne kawałki. Na start mamy główny hit, czyli Running Up That Hill. I bez serialu nawet był uznawany za kawałek świetny – to zresztą mój najbardziej utwór słuchany w 2021, rok przed premierą S4 Stranger Things. Nie było to tez pierwsze użycie utworu z tej płyty w serialu. W Miami Vice, w jednym z najlepszych odcinków, Bushido, leci mocarne Hello Earth – a w samym utworze jest sample z ścieżki dźwiękowej do Nosferatu Herzoga, autorstwa Popol Vuh. Jest tutaj też mój ulubieniec z dyskografii Katarzyny, czyli Cloudbusting. Wzruszający kawałek i dowód na to, jak umiejętnie potrafiła ona zawrzeć w swym utworach silne ładunki emocjonalne.

Nie przyszło mi ostatecznie zawrzeć na tej liście, ale musiałem o niej jakoś wspomnieć, bo jednak zawsze sobie cenię kolejne parędziesiąt minut z tym albumem. Nie jest to płyta nie wiadomo jak wzniosła, ale wracając do niej od czasu do czasu, zawsze robi na mnie duże wrażenie. To po prostu pierwszoligowy pop :)



Iron Maiden – Somewhere in Time (1986)

Obrazek

No dobrze, dobrze, znajdzie się tu też miejsce dla Maiden.

IM znam już ponad dekadę na dobrą sprawę. Tak się jednak życie toczy, że przeskoczyłem ich dyskografię konkretniej dopiero jakoś pięć lat temu. Poza zachwycaniem się X-Factorem pod wpływem promili (nie pamiętam tej płyty, jest wspaniała) zdecydowanie największe wrażenie, i to na trzeźwo ;) , zrobiło na mnie bezdyskusyjnie Somewhere in Time. Razem z Seventh Sonem, oba te albumy tworzą bezdyskusyjnie mocny duet, który muzycznie wycisnął to co najlepsze w rocku lat 80. A wspominam tu następcę SiT nieprzypadkowo, jako że Syn jest dla mnie prawie równie solidny jak album z 1986 roku. No nie jest żadną rewelacją, że obie są zdecydowanie wśród topowych płyt heavy metalowych.

Puchar jednak należy się z mojej strony centralnie dla SiT. To najbardziej zgodny w swojej konstrukcji, angażujący i doszlifowany album Maiden spośród wszystkich, które wydali. Nosi ta płyta od pierwszych chwil Caught, aż po donioślejszy finał w postaci Aleksandra.

A do tego wszystkiego SiT, tak samo jak i Syn, pachną niejednokrotnie brzmieniem Rush z lat 80. Czasem nawet nie pachną, w takim Sea of Madness „inspiracja” jest wręcz zbyt bezpośrednia i od razu przywodzi na myśl kanadyjski zespół ;) Na dobrą sprawę takie momenty są też w Strangerze, Aleksandrze, Can I Play With Madness czy tytułowym Synu.

Zobaczyć i usłyszeć set oparty w części o SiT w 2023, było sporą przyjemnością, więc wspominam swoje przygody z tą płytą wyjątkowo dobrze.
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5675
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Zajzajer »

No i jest Maiden i King Diamond, elegancko :) czekam z wypiekamy na twarzy może będzie też jakaś Metallica albo Slayer :)
Still Reigning...
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1352
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Caracalized »

Ja jestem przekonany, że Metalliki na 99% nie będzie :D W Slayera też wątpię, ale tu daję 50% szans na to 😅
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12320
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Schizoid »

Ja bym Slayera nie wykluczał, ale ta Metallica to chyba zły adres ;)

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1037
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

20. King Crimson – Discipline (1980)

Obrazek

No niewątpliwie wchodzimy w top 20 :D

Jest dla mnie doprawdy zadziwiającym to, jak bardzo King Crimson się udało. Tak po prostu, od donośnego debiutu po ostatnie dokonania, przez serię współczesnych i dawnych koncertów, które były wykręcaniem niemożliwego z wszystkiego, co ci muzycy mieli pod ręką. Psia krew, wszystko tam na dobrą sprawę zadziałało. Można wszystkie ich mniejsze potknięcia kompletnie zakryć, zespół praktycznie nieskazitelny. Tak na dobrą sprawę to King Crimson jawi się na pierwszy rzut oka po prostu zbyt doskonale. A szczególnie doskonałym jest kontrast pomiędzy płytą kończącą ich pierwszy okres – Red (miała się tu pokazać, ale po latach nie wiem jak się za zabrać by znowu mieć opad szczeny), a tą otwierającą następny – Discipline (z tą natomiast mam za dobry kontakt od kilku lat). Innymi słowy, z wybitnego w wybitne.

To było w sumie trochę rzadkie w tamtych czasach, by zespół, który rozpadł się na lata, był w stanie zebrać nowy skład i powrócić na salony. Tam powrócić. Wjechać z kopa i roznieść u podnóża nowej dekady całą planszę do gry. Discipline nie jest normalną płytą. To nie jest normalne, by tak szaleńczo, tak rytmicznie i czarodziejsko porwać słuchacza, wkręcając go w 40-minutowy trans.
Fripp robi na gitarze psychopatyczne rzeczy, debiutujący Tony Levin młóci aż za dobrze na basie, Bruford czyni magię na perce, a Belew dopina to wszystko w niebywały sposób. Czwórka ta absolutnie rozbiła bank na Discipline, o formie koncertowej w następnych latach nawet nie wspominam. Himalaje szpanu i perfekcji.

To absolutnie jedna z najbardziej uzależniających płyt z tych, które znam. Ma niekończący się potencjał. Przystanek w Ćmielowie to kwestia formalności, tylko przyda się coś przynugzić :D



19. Genesis – The Lamb Lies Down on Broadway (1974)

Obrazek

Istnieje trochę płyt w dyskografiach niektórych zespołów i wykonawców, które powstawały w czymś na kształt okresów przejściowych. Tworzone nieraz w atmosferze niezgodny, jakiegoś nieładu, próbujące przecierać przyszłe szlaki niespecjalnie wiedząc, dokąd w ogóle zmierzają. Płyty… przesadzone? Przydługie? Tak, istnieją takie. I jakkolwiek sugestywnie to nie brzmi, Lamb nie w pełni podpina się pod ten schemat, bo jest to jednak album, który upadł przy swojej premierze jak kot na cztery łapy. Bo oto mamy przed sobą w zasadzie najambitniejszy i najbardziej ekstrawagancki album Genesis, który wszystkie swoje, podkreślmy, większościowo „niepisane” założenia, realizuje zadziwiająco dobrze. Nagrywanie przez nich w osobnych powieszczeniach nie było finalnie przeszkodą dla Burnsa z Hutchingsem, by Lamb częstowało konkretną jakością produkcji. Do tego, ależ oczywiście, praca taśmowa Briana Eno ;) Coś co mogło skończyć się komicznym fiaskiem, jest tak naprawdę genialnie działającym u swego źródła albumem. A źródłem tym jest chłodny, zamaszysty, koncepcyjny prog połowy lat 70tych.

Ciekawym efektem, który udało się tutaj zawrzeć londyńskiej ekipie, jest pewnego rodzaju „brudny” klimat, mocno sprzężony z klimatem nocnego miasta i odludnych podziemi. To nie jest pióropusz ładnych piszczałek i brzdąknięć jak na Selling, Foxtrot czy AtotT. Tutaj gitara Hacketta niejednokrotnie wchodzi w „chrzęstny” dźwięk, klawisze Banksa potrafią zabrzmieć zaskakująco bluesowo i nisko w strojeniu, gitara Mike'a jest bardziej przestrzenna, a Collins miejscami wciska niemalże przesadny zasób mocy w perkusję i wychodzi swoim instrumentem na przód. Wokal Gabriela natomiast ma tu jeden z najbardziej „rockowych” wydźwięków w całej jego muzycznej karierze.

Lamb też, jako całość, trzeba ugryźć przy odbiorze z pewnym przymrużeniem oka. Pierwsza płyta to rzecz niezaprzeczalnie genialna, druga to raczej eksperymentalny, instrumentalny i nieco nie pospinany ze sobą wachlarz różnorakich utworów, np. takie The Waiting Room, które brzmi jak proto post-rock. Ale z uwagi na koncepcyjne zaprzęgnięcie całości albumu pod historię Raela, ta druga połowa w całkiem zasadny sposób podkreśla swym rozjechanym kształtem coraz większe zagubienie protagonisty, wtórowane jednak przez jego powolne łączenie się z drugą postacią, Johnem, by w końcu odnaleźć całość siebie. Budowa Lamb jest jak najbardziej uzasadniona swoim przebiegiem, prezentując jedną z ciekawszych historii opowiedzianych na jakimkolwiek albumie koncepcyjnym kiedykolwiek.

Na 50 lecie wyszedł mix jubileuszowy autorstwa PG i Banksa. Całkiem ładnie odświeża ten materiał, robiąc też kilka „intrygujących” przemian. Szkoda tylko, że kosztuje ile kosztuje w wydaniu fizycznym. Na razie zadowoliłem się streamingiem :)
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5675
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Zajzajer »

Świetna płyta Genesis, u mnie jak ostatnio robiłem ranking to chyba 3 albo 4 pozycja, urósł u mnie ten album wyprzedzając nawet Foxtrot który praktycznie od lat był nr 1. KC to tak średnio słucham :) kiedyś więcej, najwyżej stawiam Red właśnie i debiut :)
Still Reigning...
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1037
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

Miałem jakoś pod radarem lata temu trylogię reunionową KC, ale raz jak odpaliłem Disicipline, to leciało potem parę razy pod rząd w następnych dniach. Red odpaliłem ostatnio by sprawdzić, czy nadal robi na mnie takie wrażenie, ale jakoś mniej mi podeszło. Nadal mocne wydawnictwo, ale inspiracji do umieszczenia jej w topce nie miałem.
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1037
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

18. Pink Floyd - The Dark Side of the Moon (1973)

Obrazek

No i tak, nieuchronnym było pojawienie się płyty Floydów w tym zestawieniu. Bynajmniej nie jedyne ;)

TDSotM nigdy nie stawiałem raczej na pierwszym miejscu w dyskografii PF. Niegdyś dość sporo osób lubiło stawiać ją na pierwszym miejscu lub na podium najlepszych płyt, które kiedykolwiek wydano. Często po jednym, dwóch przesłuchaniach. Oczywiście, nie należy jednak sięgać po uznanie jej za przereklamowaną przez pryzmat (hehe) tego, że masa randomów posiada ją często jako jedynego winyla, obok może dwóch, trzech innych, tylko po to, by podkreślić „wysoki gusty muzyczny”. Kto tak robi, ten sam wystawia się na śmieszność.

Ale już bez pochylania się nad kwestią odbioru tej płyty – Dark Side broni się niezmiennie dobrze. W zasadzie to, jak został skomponowany ten album, oraz jak bogate brzmienie i kunszt sprzedaje w większości zawartych na nim utworów, zapewnia mu wieczną młodość. To była płyta poza skalą w swoich czasach: rewolucyjna, tworząca pionierską syntezę wpływów bluesowych, progowych, art rockowych, aranżując do tego gospel i wczesną elektronikę. Definiujące dekadę wydawnictwo, pod nadzorem Alana Parsona, które zasadnie przyniosło Floydom światową sławę. I ustanowiło trudne do doścignięcia standardy na przyszłość.

No co tu dużo gadać, lubię wracać do tej płyty - nawet bardzo. Może nie powoduje już u mnie po latach nie wiadomo jak dużych zachwytów, ale to nadal po prostu kawał topowo wyprodukowanej, ponadczasowej płyty. Nie potrzebuje tu tego samego ładunku emocjonalnego jak w wieku 12 lat, kiedy ją pierwszy raz poznałem po swojemu, by TDSotM niezmiennie imponowało sobą od początku do końca.

Zresztą, usłyszenie przeze mnie ponad rok temu na żywo Time czy The Great Gig in the Sky na koncertach Gilmoura (to drugie nawet mocniej mi siadło na występie Brit Floyd) było imponującym przeżyciem.

... powstała też parę lat temu "wersja" albumu nagrana przez Watersa samodzielnie. No ale może nie analizujmy tego odpadu biologicznego :lol:



17. Bathory – Hammerheart (1990)

Obrazek

Pisałem już o Szwecji i tamtejszych dokonaniach przy okazji Watain i Dissection. Oba wspomniane zespoły mają jednak swoje duchowe źródło inspiracji u jednego, arcyważnego wizjonera z tamtych stron. Quorthon dokonał w metalu czegoś niesamowitego. Nie było to wyłącznie przecieranie szlaków pod drugą falę black metalu. Oj nie, nie. To niedoszacowanie jego osiągnięć. Mianowicie, to co stworzył na Blood Fire Death, Hammerheart i The Twilight of Gods, to całkowicie osobny panteon potęgi w skali całego metalu i rocka. To coś znacznie więcej, niż tylko zainspirowanie Mayhem i innych do rozpoczęcia własnej przygody w czarnym metalu. Wspomniane wyżej płyty to osobny, niemożliwy do powtórzenia fenomen, nie tylko w tamtej epoce - w ogóle, to się po prostu nie powtórzy. A z tej trójcy, Hammerheart jest najbardziej spektakularnym wydawnictwem.

Czytałem kiedyś trochę recenzji i obserwacji innych osób na temat tego albumu. Jednym z najciekawszych, bez dwóch zadań, był opis od jednego gościa, jak lata temu zażył przy swoim pierwszym odpaleniu tego albumu mocny karton kwasu (intrygujący dobór substancji do takiej muzyki :lol:). Po parunastu minutach odczekania, by kopnęło jak należy, zorientował się, że wikingowie z okładki pochodzącej z obrazu Franka Dicksee, nie stoją nieruchomo, tylko siłują się ze swoim drakkarem, wzywając delikwenta do pomocy z linami. Do tego wszystkiego chłop miał wrażenie, że jego pokój zaczyna zalewać woda morska. I wiecie co? Facet przepłacił na tej substancji. Tego kompletnie do doświadczania tej płyty nie potrzeba. Shores in Flames tak czy siak wezwie nas na wyprawę do brzegów Wysp Brytyjskich, a słuchając reszty Hammerheart po prostu stajemy się na ten czas średniowiecznym wojownikiem z chłodnej Skandynawii. Tak właśnie działa ten album.

Przeżycia związane z tą płytą są bardzo bezpośrednie. Istnieje wiele płyt z historyczną bądź fantastyczną warstwą liryczną, które próbują nas przybliżyć do znajdującego się w nich świata i jego postaci. Hammerheart niczego nie próbuje. Bierze człowieka i wciska go w wir sag, przecinających powietrze ostrz mieczy i strug krwi na polu bitwy. Ta płyta to po prostu czysta wojna. Wyrwa współczesnego mężczyznę z krainy siedzenia za biurkiem, wstukiwania raportów do Excela i pokazuje, że kiedyś życie często polegało na ścieraniu się ze śmiercią, przekazywaniu wiedzy z dziada pradziada, a przetrwanie nie było na wyciągnięcie ręki. A zresztą, nie o przetrwanie w życiu chodzi na tej płycie, ile o chwałę.

No i oczywiście, Hammerheart to także historyczna laurka dla samej epoki wikingów. Ich życia, ideałów, aż po rychły koniec nordyckiej epoki.

Old crow of wisdom say, "People of Asa land, it's only just begun"

Jak najlepiej opisać doświadczenie z tą płytą? Nie analizuje się jej już po którymś przesłuchu, nie jest to album bynajmniej do zwyczajnego odświeżania raz na jakiś czas. Mówiąc wprost - Hammerheart wrasta w człowieka. Zostaje z nim na dobre. I tylko od niego zależy, czy chce kroczyć przez życie z głową podniesioną do góry, czy istnieć jako żart.
Spoiler
PS: Półtora roku temu odwiedziłem staruszka Quorthona przy jego miejscu spoczynku w Sztokholmie, wypalając ku jego czci cieniaska :pijak: To był zaszczyt
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12320
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Schizoid »

Noooo, Hammerheart jakoś się tu nie spodziewałem, przynajmniej nie w tej części zestawienia, ale oczywiście jest to piękna płyta. Tak jak mówisz, to bardzo sugestywny album. I według mnie właśnie ten aspekt wyróżnia drugi etap kariery Quorthona na tle wszelkiego power i viking metalu, które potem niby robiły muzykę o tym samym, ale w zupełnie inny sposób.

Pomijając nawet same środki stylistyczne w odniesieniu do muzyki per se, Hammerheart jest w obrębie historycznego/viking/epic metalu odrębnym zjawiskiem. To niewątpliwie materiał epicki, doniosły, ale paradoksalnie uciekający od tej pompatyczności i otoczki chwały. Ta cała skandynawska gloria jest, w przeciwieństwie do tej najbardziej spopularyzowanej, ekstremalnie surowa. To nie „bardzo męscy mężczyźni” wywijający błyszczącymi mieczami i wzajemnie trzymający się za siusiaki, tylko źle zrośnięte kości, wyłupane oczy i wykrwawianie się na mrozie. I dopiero nad tym wszystkim unosi się ta chwała, będąca raczej naturalną konsekwencją, aniżeli celem samym w sobie. Hammerheart jest bowiem przede wszystkim refleksją nad spuścizną kulturową przeszłości, z całym jej bagażem doświadczeń, nie zaś fantazją rodem z komiksu.

Nie byłem jakoś niesamowicie zachwycony koncertem Blood Fire Death na Mysticu (acz jestem zadowolony, że mogłem go oglądać i na pewno bawiłem się dobrze), ale jak Apollyon ryknął "ODEN IN THE SKY UP HIGH", to lekko popuściłem.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1037
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

16. Pink Floyd – The Wall (1979)

Obrazek

Ach tak. Pieśni o utracie ojca, izolacji, faszyzmie i rock & rollu. Co by jednak nie mówić o tematyce narzuconej przez Watersa na tym albumie, The Wall nie jest wyłącznie więźniem swoich motywów przewodnich. To także elegancka przejażdżka po rocku końca lat 70, która jak najbardziej zapewnia sporo frajdy.

The Wall nie jest płytą do której się wraca co kilka tygodni lub miesięcy. To raczej album do odwiedzenia raz na rok. Ale to jedno, powrotne spotkanie z nim raz na jakiś czas, jest w pełni wystarczające. W końcu to dość rozbuchana swoją kompozycją płyta, nastawiona centralnie na opowiedzenie zawartej na niej historii Pinka, oferując w tym wszystkim pierwszorzędną produkcję, mastering i zasób utworów.

Oczywiście, album to maksymalne rozpychanie się łokciami przez Watersa, który na tym i następnym albumie zassał praktycznie cały przydział kompozytorski. I o ile warstwa muzyczna dość „ucierpiała”, szczególnie kiedy patrzeć na poprzednie Animals, tak jednak Watersowe The Wall to esencjonalnie zrobiony album koncepcyjny. Podobnych do niego koncepcyjniaków próżno szukać gdziekolwiek indziej. To co osiągnęło The Wall to soczyste wyczerpanie tematu, stosując do tego w zasadzie soundtrackowy szablon aranżacyjny (zresztą, przecież powstał do tego albumu film z Geldofem :D)

A jak The Wall stoi z utworami? Pomijając oczywiście Comfortably Numb, jest tu sporo wyróżniających się bardziej przyjemności. Another Pt. 2, Young Lust, Hey You czy Run Like Hell są sztandarowej jakości i do nich jest jakoś łatwiej wracać, chociaż raczej w wersjach live. Bo tak normalnie, bez wariacji na żywo, sens puszczania ich poza pełnym odsłuchem płyty jest mało zasadny, zważając na sposób, jakim zmiksowano te kawałki.

To bądź co bądź jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie płyt, a i również jedna z najstarszych pod względem tego, kiedy ją poznałem. Zżyty jestem z tym albumem. Do tego po niedawnym, ponownym przesłuchaniu The Wall, nadal czułem jego czar po latach. Taki po prostu ten 2LP jest :)



15. Brian Eno – Apollo: Atmospheres and Soundtracks (1983)

Obrazek

Eno, Eno, Eno. Trochę go już nawspominałem w tej topce między wierszami, więc przyszedł czas na właściwe wydawnictwo, z tych wydanych pod jego imieniem i nazwiskiem :D

Brian Eno to przesukinkot, szczególnie jeżeli chodzi o umiejętności, dorobek muzyczny, jak i cały jego etos pracy. Dzięki temu, że na początku lat 70 zaczęło go interesować modulowanie muzyki taśmowej i zabawy syntezatorami… jesteśmy teraz w świecie, w którym jesteśmy. Innymi słowy, od jego rewolucji z dźwiękiem zależało w zasadzie wszystko związane z elektroniką, tworzeniem muzyki rodzajowo utylitarnej i nastrojowej. Od pierwszych lat z Roxy Music i solowo, przez stworzenie motywu uruchomienia Windowsa 95, aż po współczesne prace przy ścieżkach dźwiękowych do seriali. Cały katalog jego dokonań jest zbyt długi by go tu przytoczyć, więc przynajmniej wspomnę o najlepszej płycie, którą pod swoim imieniem stworzył.

Apollo to, dosłownie, creme de la creme warsztatu Eno i jego ambientowego portfolio. Coś, co swoim brzmieniem jest poza czasem i przestrzenią. Ani nie brzmi na lata 80, ani na późniejsze, ani tym bardziej na wcześniejsze. Ta zależność jest dość wyraźnie związana z motywem przewodnim płyty – kosmosem. Jakkolwiek okładka płyty nie jest już wystarczająco sugestywna w tym temacie, Apollo to laurka dla wojaży człowieka w kosmosie, w szczególności dla jego misji na srebrny glob.

Tylko chwila, czy to wyłącznie Eno odpowiada za ten album? A no właśnie, tutaj mała niespodzianka. Brian ma brata, Rogera, który zaczął się wtedy wkręcać w muzykę dzięki swemu starszemu bratu (dzieli ich 21 lat różnicy O_O). Apollo to w zasadzie ich wspólna praca, przy asyście Daniela Lanois. Co więcej, album powstawał jako ścieżka dźwiękowa do filmu o misjach kosmicznych, który został wydany dopiero 6 lat po premierze samego krążka – nowo dodane utwory do finałowej ścieżki dźwiękowej autorstwa tego trio, można znaleźć na płycie Music for Films III.

Brzmienia z Apollo mogą zaskoczyć. Oprócz mroczniejszych ambientowych motywów, nawiązujących do mroku przestrzeni kosmicznej, znajdziemy tam również jaskrawsze i wznioślejsze brzmienia, a oprócz tego aranżacje z… muzyki country? Hmm XD? Wiem jak to brzmi, ale okazuje się to być zadziwiająco uzasadnione. Te „jutrzenkowe” motywy po prostu idealnie nadają się pod lekką gitarę z Dzikiego Zachodu. Ale spokojnie, nie spadniemy przez to ze stacji kosmicznej do Kolorado :lol: Myślę, że to właśnie ta idylliczna i trochę zagubiona szata dźwięku z tej płyty, sprawiła, że ją lata temu bardzo polubiłem. Zdecydowanie najbardziej wyniosłym dokonaniem z płyty jest An Ending (Ascent), które nie przypadkowo zrobiło swego czasu furorę.

Zdecydowanie płyta pasująca do mojej ściślejszej topki, jako, że wielokrotnie puszczałem ją sobie gdzieś skoro świta, aby pomyśleć o czymś poważniej, rozluźnić się lub po prostu podziewać wschodzące słońce. To jedna z tych płyt, które puszcza się domyślnie w specjalnych momentach. I łatwo się w niej zatracić - na dobre ;)
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1037
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

14. Genesis – Selling England by the Pound (1973)

Obrazek

Spokojnie, to już ostatnie Genesis na tej liście :oops:

Poznanie Selling było de facto punktem, od którego moja fascynacja Genesis osiągnęła lata temu swój najpełniejszy wymiar - to w końcu jeden z moich trzech ulubionych zespołów. Płyta, na której cały czar zapoczątkowany już na Nursery Cryme i Foxtrot, przybiera swoją najlepszą szatę. Do tego wszystkiego, odbiór tego krążka podsycił mi koncert Hacketta, z jego trasy poświęconej właśnie tej płycie z 1973, którą - a jakże - wykonał w całości.

Selling jest najlepszym wydawniczym osiągnięciem tego zespołu. To najpełniejsze Genesis pod względem aranżacji oraz jakości wykonawczej i scenicznej. Na tym właśnie albumie, styl muzyczny grupy sprzed odejścia Gabriela wybrzmiewa najbardziej pierwszorzędnie, bez żadnej, nawet malusieńkiej skazy. Selling jest w zasadzie we wszystkim podopinane aż pod szyję. W trakcie słuchania go po prostu czuć, jak dobrze skrojona jest produkcja tego albumu, jak świetnie balansuje on swoją dynamikę, oraz jak fenomenalnie kłania się nam w ostatnich chwilach z nim spędzonych.

Od donioślejszych utworów, przez pierwszy* solowo śpiewany przez Collinsa, po skoczne opowiadanie o bitwie rodem z świata fantasy. Czego tu nie ma! Otwierające Dancing, Firth of Fifth, The Battle of Eppig Forest i ostatni duet, to zdecydowanie moi faworyci. Trochę sielanki, trochę trwogi... trochę taneczności? Czego tylko dusza zapragnie.

Wszystko to pochodzi z płyty, która trochę poetycko, trochę rozrywkowo, pochyla się nad brytyjskimi realiami roku 1973, kiedy kryzys naftowy uderzył najmocniej. I nie tylko tymi ekonomicznymi – również powolna amerykanizacja brytyjskiej sceny muzycznej skłoniła zespół do podkręcenia na Selling wpływów angielskiej muzyki ludowej, aby odciąć się od trendu (ironio, akcję następnej płyty umieścili na Broadwayu :lol: :lol: ). Wszak, teksty pisane przez członków Genesis już wcześniej dotykały rzeczywistości z tamtych czasów, jak wzrost cen, recesja czy bezrobocie. Zabieg stylistyczny, polegający na prezentowaniu rzeczywistości poprzez świat abstrakcji i fantastycznych postaci, sprawdza się od zawsze doskonale.

Jedna z, o ile nie najładniejsza płyta, jaka kiedykolwiek powstała. Słuchanie finałowego przejścia z The Cinema Show do Aisle of Plenty, zawsze zapiera dech w piersiach. I myślę, że nigdy tego nie zaprzestanie ;)

*drugi, my bad!



13. Yes – Relayer (1974)

Obrazek

W jednym wywiadzie dla Daily Mail, Rick Wakeman określił Yes jako „oryginalne Spinal Tap”. A dokładniej coś, jak „Spinal Tap rocka progresywnego”. Zespół, który grał i ubierał się tak, jakby wrzucić wszystkie zespoły progowe do pralki i wstukać prompt „wygeneruj mi najbardziej domyślną grupę progresywną, jaką się tylko da”. I wiecie co? Yes nie tylko jest w zasadzie perfekcyjnym punktem odniesienia do każdego innego progowego wcielenia, wykonawcy czy pojedynczego wydawnictwa. Jest też po prostu najlepszym zespołem w tym nurcie, jaki istniał (może nie zaliczajmy obecnego wcielenia prowadzonego przez Howe'a :lol:). A dowodzą temu centralnie dwie ich płyty – na razie jednak o tej późniejszej ;)

Relayer to powrót z dziwnego gruntu usypanego pod Tales from the Topographic Oceans, gdzie upchanie czterech dość wyzutych z nastroju suit na jednej płycie, okazało się być przedobrzeniem tematu (a mimo tego, album ten trafił na #1 miejsce sprzedaży w UK na dwa tygodnie :lol:). Dlatego przy nagrywaniu Relayera, panowie z Yes powrócili do patentów z 1972, urozmaicając je o bardziej elektroniczne motywy, które zainteresowały w trakcie produkcji Jona Andersona i nowo nabytego na miejsce Wakemana klawiszowca z Refugee, Patricka Moraza. I jakże słuszna to była decyzja, patrząc na produkt, którego możemy słuchać po dzień dzisiejszy.

Album Yes z 1974 to cudowny kolos, oparty centralnie o otwierające go The Gates of Delirium. Ale nie jest to wcale album wyłącznie jednego, mocnego, długiego utworu (jak np. Meddle od Pink Floyd). W końcu Sound Chaser to bardzo dobry mostek albumowy, a To Be Over to najpiękniejszy finał z całego katalogu Yes. Relayer jest jednym z ambitniejszych progowych albumów, który jednak realizuje swój schemat tracklisty w bardzo pewny, zasadniczo sprawdzony już przez swoich autorów sposób. Eksperymenty są tu czysto kosmetyczne, to jednak płyta zrobiona w oparciu o uznane wcześniej fundamenty. Wszystko to złożyło się na album, który jest gatunkowym gigantem, stanowiącym elementarny pomnik możliwości progresywnego rocka.

Relayer urósł mi do drugiego najlepszego w dyskografii Yes już jakiś czas temu, ale także od pewnego czasu mam go w głowie, jako album definitywnie przynależący do mojego top 20. W pełni zasadnie :)
Ostatnio zmieniony ndz lut 08, 2026 11:37 pm przez manichean, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5675
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Zajzajer »

U mnie Relayer też nr 2 w ich dyskografii, też był dosyć wysoko na mojej liście, bo chyba w pierwszej 20, ale mogę się mylić, kapitalny album :)
Still Reigning...
paulek
-#Lord of the flies
-#Lord of the flies
Posty: 3800
Rejestracja: pn cze 07, 2004 8:22 pm
Skąd: z narodu którego nie ma

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: paulek »

Seeling i Relayer - absolutne perełki. Wspaniałe rzeczy, tutaj każde słowo jest zbytnim .... Arcydzieła...
Awatar użytkownika
Madback
-#Trooper
-#Trooper
Posty: 402
Rejestracja: śr gru 24, 2025 5:12 pm
Skąd: Wielkopolska

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Madback »

Super się to czyta, bez dwóch zdań! Fajne, oryginalne autorskie zestawienie. Muszę poczytać wyziewy innych użytkowników, bo pracy przy czymś takim więcej niż przy moich nieudolnych próbach obalenia Tuska ;) No i efekty lepsze... niestety ;)

Zestawienie płyt oczywistych, które powinien znać każdy z z takimi, które gdzieś tam kiedyś mi przeleciały przez uszy, niczego po sobie nie zostawiając. A zwłaszcza z takimi zupełnie mi nieznanymi... jest fascynujące samo w sobie.

Kapitalnie łączysz dwa żywioły: to, co obiektywne z tym, co subiektywne.
O konkretach później, bo czekam na więcej!
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5675
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Zajzajer »

No sporo ciekawych płyt jest na tej liście, sam nie znam niektórych, np Dissection to black metal, ale kapeli nie znam, mimo, że słuchałem kiedyś dużo blacku w roku 2001, to o tej kapeli nie słyszałem wtedy. I koniecznie kiedyś muszę obadać, zresztą fajne okładki mają.

Mad zawsze możesz swoją listę zrobić ja bym chętnie poczytał, ale top 50 dla kogoś kto jeszcze dużo jazzu słucha to pewnie by było trudno zrobić :) no chyba, że podzielić top 50 jazz, top 50 rock/metal idk

Manichean ma sporo faworytów (może nie zawsze te same płyty) ale zauważyłem, że obaj słuchamy : Yes, Floyd, Genesis, Maiden, King Diamond, King Crimson (no tych ostatnich już nie słucham tak namiętnie jak dawno kiedyś) pewnie jeszcze coś zapomniałem, bo pisałem z pamięci :)

Czekamy na kolejne pozycje :)
Still Reigning...
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1037
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

Dziękuję za uznanie :D cieszy, że ktoś jednak śledzi te moje rozprawki :lol:

Dzisiaj dwie pozycje, do jutra ostatnie trzy HM, no i można lecieć z top 10. Te ostatnie 10 płyt będę już wrzucał za każdym razem, jak ukończę pojedynczy opis - bez żadnych 20 godzinnych przerw. Do piątku wieczorem może zdążę ;)
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1037
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

12. Peter Gabriel – So (1986)

Obrazek

… ale na pewno nie ostatni Peter Gabriel ;)

Po otrząśnięciu się z zagmatwanego okresu towarzyszącego jego czwartej solowej płycie, PG nie był już w nastroju na robienie wysublimowanego, art rockowego grania, przywdziewając do tego różne stroje jak przed laty. Tym razem plan był prosty – odnieś jak największy sukces komercyjny i nachapać się sławą. Dosłownie, założeniem było zrobić płytę będącą radio-hitem. Co by nie mówić, nie przeszacował on swoich możliwości. So faktycznie podbiło świat na przełomie w 1986 do połowy 1987. Zresztą, dwa utwory z płyty zostały później użyte w absolutnie kasowym Miami Vice. W tamtych czasach, sukces murowany.

Mało na mojej liście czegoś, co można by zaliczyć jako pop. Oczywiście, jest całkiem sporo płyt z nurtu muzyki popularnej – głównie tej z lat 80 – którą naprawdę uwielbiam. Nie idzie to jednak zawsze z elementem wyjątkowej jakości. Okej, jest wiele baaaaardzo dobrych popowych wydawnictw, ale ciężko mi przy takich Yesach, Floydach itp. zarzucić obok np. Off the Wall M Jackosna (PS: to super płyta). Całkowicie inaczej jest z So. Na tym albumie, popowe brzmienia, wraz z tymi ambitnymi i typowymi dla dwóch poprzednich płyt PG, osiągnęły absolutnie doskonałą syntezę, tworząc praktycznie najdonioślejsze motywy tamtej dekady. Bo, nie ukrywam, So to po prostu najlepsza popowa płyta, jaka kiedykolwiek powstała. A zarazem jedna z najczęściej przeze mnie słuchanych w ogóle, nie tylko w świecie muzyki popularnej.

Praktycznie każdy utwór z tej płyty jest genialny. Red Rain; Sledgehammer, którego teledysk najbardziej rozpromował całą płytę; piękne Don’t Give Up z Kate Bush*; That Voice Again; absolutnie nieziemskie Mercy Street, będące w ścisłym topie jego kariery; Big Time; w końcu wydane po latach Milgram’s 37; dorzucone w późniejszych pressach This is The Picture z Laurie Anderson, oraz In Your Eyes – tak samo jak z Mercy, topka. No jest to niebywała tracklista. Wyrazista, wyprodukowana astronomicznie dobrze, maksymalne osiągnięcia muzyczne tamtej dekady.

Peter, Tony Levin, David Rhodes, Manu Katche, David Sancious, Youssou N’Dour. Legendarny team stojący za powstaniem tego albumu. Cała ta grupa połączyła ponownie siły na trasie Back to Front, na której So było grane w całości. Nie było mi, niestety, dane wziąć udziału na łódzkim koncercie, ale na szczęście jest z tego genialny zapis wideo. A, że u PG koncertówki to jakościowo osobna liga, to posiadam swoją kopię UHD z jakże wielką satysfakcją :D

So było fenomenem drugiej połowy lat 80. Piękna szata graficzna, genialna trasa promocyjna, wysoki wpływ na popkulturę. Wszystko wokół tego albumu jest grubymi nićmi szyte. Nadal się świetnie prezentuje, zachowując, pomimo zbliżającego się 40 lecia, niemalże nieskazitelną jakość. Tak tworzy się płyty ponadczasowe.
Spoiler
*utwór o jakże lubianym temacie PG, czyli o bezrobociu. Pierwszy teledysk z Kate na tyle naruszał jego pierwotną wizję, że musiał nakręcić kolejny, tym razem z „bezrobotnymi” w tle :lol:


11. Swans – The Seer (2012)

Obrazek

Innocence, not innocent
Innocent, in no sense


Po ostatniej trasie w 1997, pierwsze życie Swans dobiegło końca. Dosłownie, po rozwiązaniu zespołu wyszła koncertówka o wdzięcznej nazwie „Swans are Dead” i na tym historia zespołu, wydawałoby się, dobiegła końca. Na szczęście nie tak się sprawy potoczyły. Gira po latach prowadzenia Swans-bis, czyli Angels of Light, reaktywował oryginalny zespół jakoś w 2009 roku. Pierwszy powrotny album z 2010 jest okej, ujdzie. Widać, że wróciły patenty z końca lat 90, rozwinięte o doświadczenia osiągnięte w AoL. Gira miał jednak o wiele bogatszy plan powrotu, zdecydowanie mocniej wracający do rozwiązań z końca działalności pierwszego wcielenia Swans. I tego absolutnym dowodem jest The Seer.

Niebywały album. Jakby, halo. To jest definicja muzycznego comebacku. Zero cergieli, absurdalny poziom mocy, ambitna kompozycja, bezpośrednia i dosadna w swojej formie. The Seer to fenomen swoich czasów. Ciężko w ostatnich piętnastu laty o płytę tak odważną w wracaniu do starych patentów, a zarazem tak zdolną w tworzeniu brzmień pionierskich i wyrwanych z rysu czasu. Wszystko czego Gira dotąd próbował w późnych latach 90 i nie zdążył wówczas dopiąć, znalazło na The Seer duchowy finał. A sama płyta była dopiero pierwszym aktem wielkiej trylogii płyt Swans z tamtej dekady, do której następnie wyszły po niej To Be Kind i The Glowing Man.

Niesamowity początek w postaci Lunacy, hipnotyzujący, podrywający w miejscu, jakby przygotowywał zaraz przed spadającym gromem z nieba – słusznie. Potężne tytułowe The Seer, domykane następnie The Seer Returns - chora, ponad 30 minutowa symfonia (brzmiąca w drugiej połowie trochę niczym otwieracz z debiutu Black Sabbath :lol:), dopięta bardziej kameralnym outro. Długo by można pisać o tym, co się na tym albumie wyczynia, a i tak nie szło by ująć samego jej sedna. Ale chyba najbardziej wymownym dla mnie jest to, co dzieje się w A Piece of the Sky. Utwór przekuwający się z mroku w jedne z najpiękniejszych dźwięków w całym dorobku Swans i Giry. To co się tam dzieje chwilę przed połową aż do samego końca… misterium. Jedne z najpiękniejszych dźwięków tego wieku. Jego konstrukcja i ostatnie minuty to wręcz idealne zamknięcie dla jakiegokolwiek albumu, perfekcja. Piękne ukoronowanie płyty. No tylko… nie, to nie finał. Tu właśnie wjeżdża ostatni element, który czyni The Seer wgniatającym w fotel doświadczeniem, czyli wjeżdżające niczym osobna, ukryta płyta Apostate. Dwudziestotrzyminutowe trzęsienie ziemi. Trzeba być szalonym, by nagrać taki album *spogląda na Girę*.

The Seer zdecydowanie należy do kanonu najwybitniejszych płyt, jakie kiedykolwiek ujrzały światło dziennie. Pełne bogactwo instrumentów, radykalna forma muzycznej ekspresji, a decybele ponad limitem. Tak się robi historię mili Państwo ;)
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12320
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Schizoid »

W Miami Vice użyto 5 utworów z So :D łącznie w 5 sezonach skorzystano z 7 utworów Gabriela (+Rhythm, Biko) i to jest rekord tej produkcji.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1037
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

Schizoid pisze: pn lut 09, 2026 3:06 pm W Miami Vice użyto 5 utworów z So :D łącznie w 5 sezonach skorzystano z 7 utworów Gabriela (+Rhythm, Biko) i to jest rekord tej produkcji.
To mnie po latach zapadło w pamięci chyba tylko We Do What We're Told i Don't Give Up. Nieźle niedoszacowałem.
ODPOWIEDZ