Killers to drugi po Powerslave album, który w ostatnich kilku latach często gości w moich słuchawkach. Również w tym przypadku poniekąd doszło do weryfikacji mojej wcześniejszej oceny materiału.
Mam z tą płytą długą historię, gdyż było to jedne z pierwszych CD, jakie w ogóle w życiu kupiłem. Pamiętam ten dzień doskonale – grudzień, jakoś zaraz przed świętami, pierwsza klasa gimnazjum. Na lekcji chemii seans Forresta Gumpa wyświetlanego na projektorze (wygryw!), a po zajęciach spacerek do krakowskiego Music Cornera przy Placu Szczepańskim, zwieńczony zakupem przedmiotowego krążka. To było 13 lat temu, ale z jakiegoś powodu nadal pamiętam takie detale.
Zawsze lubiłem Killers, choć album ten nigdy nie znajdował się w mojej topce. Debiut poznałem jeszcze przed pierwszym odsłuchem dwójki, doceniłem go z miejsca. Killers jawiło mi się jako kontynuacja tematu z pierwszej płyty, ale jednak dość wyraźnie słabsza od tego, co było wcześniej. Co było tego przyczyną? Brak bardziej wyrafinowanego numeru pokroju Phantom of the Opera? Relatywnie mała (z ówczesnej perspektywy) przebojowość krążka? Ciężko mi stwierdzić, ale dystans między tymi płytami istniał i zawsze byłem tego zdania, że najlepsze, co grupa napisała w pierwszych latach działalności, trafiło na debiut. Poniekąd opinię tę podziela nawet Harris, bo stwierdził kiedyś, że Iron Maiden w momencie premiery było swoistym "the best of". Nie będę w tej materii polemizował ze Stevem (ani z 13-letnim samym sobą), ale obecnie twierdzę, że o ile wspomniany dystans między tymi płytami może istnieć, to jest on minimalny.
To, co według mnie stanowi największy atut Killers, to chyba atmosfera, jaką udało się wytworzyć Maidenom na tym (i jednocześnie wyłącznie tym) albumie. Debiut był dość „uliczny”, ale dało się na nim wychwycić ewidentne inspiracje Steve’a rockiem lat 70. W przypadku Killers te inspiracje są już dużo bardziej subtelne (poza samym stylem Maiden, oczywiście wywodzącym się z muzyki UFO, Wishbone Ash czy Uriah Heep). Jednocześnie ta wspomniana „uliczność” została tu znacząco podkręcona. Same kompozycje co prawda nie są banalne, ale na pewno można stwierdzić, że są bezpośrednie. Ponadto dość istotną rolę odgrywa tu warstwa liryczna materiału. Sprawia, że nad płytą unosi się swoista atmosfera jakiegoś zagrożenia, ucieczki. Maiden nigdy potem nie uderzyło już w te klimaty, co sprawia, że Killers jest pod tym względem krążkiem wyjątkowym.
Same utwory trzymają stosunkowo równy poziom i na szczęście nie dostrzegam tu momentu, który pełniłby funkcję tracklistowego szkodnika. Można co prawda prowadzić rozważania, czy – mimo wszystko raczej generyczny – Genghis Khan naprawdę zasługiwał na to, by trafić na to wydawnictwo, a także czy balladowy Prodigal Son nie kontrastuje z pozostałymi numerami w zbyt jaskrawy sposób. Nie są to kompozycje złe, jednakże nie do końca rozumiem sens umieszczania ich na płycie. Wszystkie pozostałe kawałki są już ze sobą spójne i w żadnym momencie nie zawodzą.
Z uwagi na względne podobieństwo tych piosenek, zbędnym byłoby rozbijanie wszystkiego na części pierwsze, ale wspomnieć muszę o utworze tytułowym, który od zawsze był jednym z moich ulubionych numerów Maiden. Latka lecą, a jego ocena się nie zmienia. Dla mnie jest to ultymatywna kompozycja z ery Di’Anno, razem z Upiorem, a w zasadzie jedna z najlepszych w całym dorobku londyńskiej grupy. Jako „wychowanek” remasterów z 1998 r., wskazany album poznawałem w wersji rozszerzonej, z bonusem Twilight Zone wstawionym na przedostatnie miejsce na trackliście. Z uwagi na zastąpienie starych remasterów nowymi w streamingu, od lat słucham albumu z pominięciem wspomnianego singla… I trochę szkoda, bo uważam, że ta piosenka nieźle pasowała do pozostałych i jednocześnie nie sprawiała, że krążek stawał się zbyt długi, bo edycja z 2015 r. trwa ledwo 39 minut. Za sprawą obecnej polityki wydawniczej Maiden Twilight Zone to w ogóle kawałek zakopany pięć metrów pod ziemią, bo o ile wykopany z ostatnich wznowień The Number of the Beast Total Eclipse funkcjonuje na serwisach streamingowych jako singiel, o tyle Twilight Zone zostało z nich zupełnie usunięte. To rażące niedopatrzenie lub głupota, bo przecież całe pokolenie (lub kilka) fanów zna ten numer i odbieranie im możliwości słuchania go w najbardziej domyślny w 2026 r. sposób jest zwyczajnie złym pomysłem. Serio, niech tam ktoś pójdzie po rozum do głowy.
Kolejny plus płyty to zdecydowanie wzmiankowany już wyrównany poziom kompozycji. U Maidenów bywa z tym różnie, ale generalnie utwory z Killers lecą jeden po drugim i nie wywołują u mnie żadnego zgrzytu. Co prawda może nie ma tu szczególnie wielu momentów „Wow!”, bo według mnie żadna kompozycja poza tytułową nie należy do topki Ironów, ale nie ma też sytuacji odwrotnej. Problem wahania poziomu utworów to coś, co niestety pojawiło się na dwóch kolejnych krążkach, w przypadku The Number of the Beast w bardzo niemiły sposób. Na szczęście Killers jest od tego wolne.
Wcześniej chwaliłem Powerslave za pracę gitar, ale jednocześnie wspomniałem, że pod względem sekcji rytmicznej to właśnie Killers uważam za najciekawszy materiał wydany przez Maiden. No bo faktycznie, jak tak pomyślę, to na pozostałych płytach trafiają się imponujące momenty, ale całościowo drugi album wypada w tej kwestii najlepiej. Harris niejednokrotnie robi sporo, żeby wyjść na pierwszy plan – chyba zresztą właśnie po to ten instrumental w środku albumu

Zresztą jeśli chodzi o lata 80., to Killers jest pozycją z rekordową ilością wstępów na basie, co samo w sobie jest dość wymowne. Clive swą obecność podkreśla już w The Ides of March, by potem w znakomity sposób prowadzić resztę muzyków przez wszystkie pozostałe numery. Nie jest moim celem wchodzenie w rozważania, czy Burr był lepszy od Nicko, nie chcę też snuć teorii w stylu "A co by było, gdyby..." - Clive to po prostu ważny element układanki, która w 1981 r. działała zajebiście sprawnie. I chwała mu za to. Każdy z muzyków odpowiedzialnych za ten tytuł spisał się na medal, ale sekcja rytmiczna zasługuje na szczególną pochwałę.
Co działo się po Killers, wiemy doskonale. Nie trzeba wykładać tutaj historii zmiany frontmana i tego, co wniósł do zespołu Bruce Dickinson. Bez wątpienia jest on bardziej utalentowanym wokalistą od swego poprzednika, natomiast przyznam, że… Po latach nie uważam, by w kwestii śpiewania materiału z dwóch pierwszych płyt w pełni sprawdził się doskonale. Są kompozycje, które wychodzą mu świetnie (np. Phantom of the Opera), natomiast zahaczając jeszcze o klimat Killers (i częściowo Iron Maiden) wydaje mi się, że brak mu tej zadziorności, którą posiadał Paul Di’Anno. Do tej pory nie pisałem szerzej o wokalu, ale on też jest bohaterem omawianego wydawnictwa. Paul brzmi na nim autentycznie, jest istotnym czynnikiem zapewniającym tę przyziemną, nieco brudną i styraną atmosferę płyty. Młody Dickinson miał jeszcze trochę pazura w głosie, dzięki którym jego wykonania numerów z dwóch pierwszych płyt w jakiś sposób zachowywały pierwotny charakter, jednakże im dalej w las, tym mniej tego charakteru zostawało – ergo utwory pokroju Wrathchild czy Running Free wykonywane na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat dzielą z oryginałami już tylko warstwę instrumentalną… Jestem fanem patosu, a nawet kiczu charakteryzującego kolejne krążki Maiden, ale jednocześnie cieszy mnie, że mają w swojej dyskografii płyty wyróżniające się na tle tego, z czym jako zespół są najbardziej kojarzeni.
Nie ukrywam, za ostatnie parę lat Killers otrzymało z mojej strony rehabilitację, na jaką zasługiwało. Jak wspominałem, analogicznie do Powerslave, nigdy nie było tak, że tego materiału nie lubiłem, ale wcześniej faworyzowałem inne tytuły ze złotej ery. Na dzień dzisiejszy dalej nie mogę powiedzieć, jakoby byłby to mój ulubiony materiał z tamtych czasów, natomiast aktualnie zdecydowanie postrzegam go w znacznie bardziej pozytywnym świetle. Uważam, że pod względem całościowego poziomu płyty, Killers to poziom wyżej od swojego następcy, a prawdopodobnie także Piece of Mind. Każdy odsłuch tego wydawnictwa to dobrze spędzony czas, nigdy się wtedy nie nudzę.
Ale nadal mam bekę, jak w drugiej minucie Driftera wlatuje motyw pasujący do Koziołka Matołka
