Ogólnie o koncertach
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
- Caracalized
- -#Clairvoyant

- Posty: 1448
- Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
- Skąd: Catland
Re: Ogólnie o koncertach
A miał nie wracać do Warszawy po tym co się wydarzyło w 2014 xD
Re: Ogólnie o koncertach
Na Inside Seaside będą Editors - szkoda, bo liczyłem na jakiś Torwar jesienią.
Re: Ogólnie o koncertach
Fajny metalowy festiwal na Malcie - 13 - 15 XI
https://www.maltametalweekend.com/
13 XI Kreator, Paradise Lost
14 XI Doro, Candlemass, Dirkschneider
15 XI Europe, Vandenberg
w tym roku termin i skład mi nie pasują, ale "do zapamiętania".
https://www.maltametalweekend.com/
13 XI Kreator, Paradise Lost
14 XI Doro, Candlemass, Dirkschneider
15 XI Europe, Vandenberg
w tym roku termin i skład mi nie pasują, ale "do zapamiętania".
Najbliższe koncerty w 2026: Geoff Tate, Eric Clapton, Frontiers Rock Festival, Neil Zaza, Paul Quinn, Uli Jon Roth, SBB, IRON MAIDEN
- Shedao Shai
- -#Nomad

- Posty: 5877
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: Ogólnie o koncertach
W weekend odbył się event, który dla mnie ze sporą dozą pewności był wydarzeniem roku. W warszawskiej Progresji zagrał zestaw Carbon Based Lifeforms + Solar Fields + Sundial Aeon. Zdaję sobie sprawę, że forumowiczom mówi to jedno wielkie nic, więc trochę przybliżę temat.
Dość ciężko jest skategoryzować muzykę graną przez Carbon Based Lifeforms, najbliższą odpowiednią ich muzyce definicją byłby ambient, ale z zastrzeżeniem że nie zawsze, nie do końca, jest to tylko próba wrzucenia zespołu pod jakąś etykietkę żebyście wiedzieli w którym mniej więcej kierunku idziemy. CBL tworzy dwóch Szwedów - Johannes Hedberg i Daniel Vadestrid, grają już przeszło 30 lat. W każdym razie, od kilku lat, odkąd się w nich wkręciłem, jest to mój ulubiony zespół i jeżdżę na nich gdy tylko jest okazja. No i taka kolejna okazja właśnie miała miejsce w zeszłą sobotę, ale to nie wszystko. Bo w składzie znalazł się również Solar Fields - projekt, w którym solowo tworzy Magnus Birgersson, prywatnie dobry kumpel chłopaków z CBL, pochodzą z tego samego miasta - Gothenburga i znają się od lat szczenięcych. O ile CBL to najbardziej znany projekt w tej niszy, to Solar Fields można by nazwać numerem dwa. Zatem była to prawdziwa uczta dla fanów. A do tego doszedł Sundial Aeon - zespół z Polski, chyba "najwięszy" z rodzimych jeśli chodzi o tę stylistykę. Wszystkie trzy bardzo lubię i cenię. Przekładając to na język forumowy, wyobraźcie sobie, hmm, co-headlinerski koncert Iron Maiden i Judas Priest, z Helloween jako specjalnym gościem. Zapewne większość z Was byłaby dość mocno zajarana. Tym właśnie był dla mnie ten sobotni wieczór. Dawno już nie ekscytowałem się tak mocno na jakiś koncert, wręcz odliczałem dni do niego, był to dla mnie ten jeden termin na który się czeka z niecierpliwością.
A smaczku dodawał jeszcze fakt, że Solar Fieldsa i Sundial Aeon jeszcze nigdy nie widziałem. I tu przechodzimy do bolączki tej sceny około-ambientowej. Otóż ci artyści zazwyczaj grają bardzo mało koncertów, bywa i że jeden na rok albo rzadziej. CBL są tu chwalebym wyjątkiem. Taki Solar Fields np. zagrał:
3 koncerty w 2019 (UK, Węgry, Holandia)
0 koncertów w 2020
0 koncertów w 2021
5 koncertów w 2022 (Węgry, 4xSzwecja)
2 koncerty w 2023 (USA, Węgry)
0 koncertów w 2024
1 koncert w 2025 (Węgry)
No i teraz mamy Warszawę i na 2026 jest zaplanowany jeszcze jeden wystep na Węgrzech. Zapewne zauważyliście, że dużo tu Węgier - z jakiegoś powodu Węgrzy bardzo lubią taką muzę i często jeśli się chce zobaczyć jakiegoś wykonawcę, to występuje on właśnie tam.
Tak czy siak - złapać Solar Fieldsa live nie jest łatwo. Toteż kiedy ogłosił koncert w Polsce... chyba się domyślacie.
Z Sundial Aeon, mimo że są Polakami, też nie jest lekko. Nie chce mi się już robić podobnych statystyk, ale są one podobne co u Solara.
Dochodzi tu jeszcze taka kwestia, że zespoły okołoambientowe często mają tak, że jak już w ogóle gdzieś zagrają, to jest to jakiś hipisowski festiwal w szczerym polu na kompletnym zadupiu, tak rozreklamowany że dowiadujesz się o nim na kilka dni przed, ale to i tak nie szkodzi, bo jak sprawdzisz sobie dojazd to wiesz, że i tak byś nie pojechał. Raz już miałem plan wybrać się na takowy w karkołomnych okolicznościach, ale plany wykoleiły mi się kiedy dowiedziałem się, że nie ma biletów jednodniowych, tylko karnety za kilka stówek xDD
Wszystko to powoduje, że okazja zobaczenia tych trzech zespołów w cywilizowanej Progresji była czymś niepowtarzalnym. Ale zanim przejdziemy do samej opowieści, jeszcze jedna kwestia. Otóż jakiś czas po ogłoszeniu tego koncertu, dorzucono jeszcze występ CBL w Krakowie, dzień wcześniej. Mówi się trudno i zamienia pojedynczy wypad do Wawy w mini-trasę xD
W piątek, piąteczek urwałem się wcześniej z pracy i udałem na Flixbusa do Krakowa. Na A4 było stabilnie, znaczy był wypadek i korek, więc kierowca do Brzezimierza jechał polnymi drogami, fundując nam tzw. trasę krajobrazową oraz - na szczęście - tylko 15 minut spóźnienia. W Krakowie udałem się prosto do hotelu, gdzie chwilę odpocząłem i już musiałem ruszać na obiad i do klubu. Koncert odbywał się w klubie Kwadrat - nigdy wcześniej w nim nie byłem. Wyczaiłem na mapce, że blisko niego jest pizzeria która może sprostać moim oczekiwaniom, czyli taka serwująca chamską, polską pizzę (nazywa się Babilon, może forumowa sekcja krakowska kojarzy). Na miejscu okazało się, że działa ona na parterze studenckiego akademika. Klimat taki jaki lubię, czyli prosty, pizza taka jaką chciałem, więc zjadłem całą i ze smakiem. Zdziwiłem się tylko, że nie serwują tam piwa, bo ja już myślami zapijałem pickę jakimś koncernowym truneczkiem, a tu musiałem obejść się ze smakiem. Trudno. Zjadłem akurat chwilę przed 20, a o 20 zaczynali wpuszczać do Kwadratu, więc udałem się na miejsce, myśląc: trudno, najwyżej chwilę poczekam przed klubem. Okazało się, że poczekałem znacznie dłużej niż chwilę, bo do wyjścia była kolejka, taka skręcajca za budynek.
Na wejściu już niezbyt miła niespodzianka w postaci obowiązkowej szatni, czego pilnowali ochroniarze. I na nic zdały się moje tłumaczenia, żeby tylko wpuścili mnie na górę, gdzie na merczyku kupię sobie płytki, schowam je do kurtki i zejdę zdać tę kurtkę do szatni, żeby nie męczyć się z tym bagażem przez cały koncert. Nie, na górę nie można wejść z kurtką, zapraszamy wypierdalać do szatni xD No więc grzecznie wróciłem do kolejki do szatni.
Tu czas na małe interludium. Byłem bardzo napalony na zakup merczyku, miałem taki plan, że w czwartek wykupuję wszystko co się da od CBL, a w sobotę w Wawie - od SL i SA. Miałem celowo odłożonego tysiaka na zakupy, zamierzałem tam wbić i rozpierdolić im to stoisko, wykupić wszystko co się da, koszulki, torby, płyty których mi brakuje, no wszystko xD
Podchodzę do stoiska z merchem, a tam... 3 płyty. Plus dwie powtórzone na winylu. I kilka... naklejek. Koniec. Co gorsza, te 3 płyty to były akurat te 3, które miałem xD Bardzo liczyłem na zakup tych innych, bo ostatnio zrobili reedycje 5 innych, ale przez neta one są kosmicznie drogie, a na koncercie - znacznie tańsze. Pytam pani łot de fak, a ta, że na poprzednich dwóch koncertach (grali dzień wcześniej w Paryżu i dwa dni wcześniej w Nantes) "crowd went wild" i wszystko wykupił. No kurwa xD
Mówi się trudno, rozczarowanie, idziemy na salę.
Skład tego dnia był bardzo... surowy, znaczy o 21 wchodzili CBL i tyle. Organizator tego występu był inny niż w Wawie - za to ten sam, co we Francji (niejacy PsyOver Events). Wyglądało mi to tak, że zespół miał dzień luki, i tak przybywał do Polski, więc dobrali im jeszcze jeden występ. No i fajnie.
Klub był dość przyjemnie zapełniony - klapy nie było na pewno, ale też udało się uniknąć strasznego ścisku. W sam raz dla wszystkich. Chłopaki wyszli punkt o 21 i od razu rozwalili mi mózg. Dalej zajmę się tym, co #nikogo, czyli setlistą, no ale skoro wytrwaliście tak długo to dacie radę jeszcze trochę xD
Jestem w przypadku koncertów CBL na etapie jarania się najbardziej deep cutami i piosenkami, których jeszcze nie słyszałem, co robi się coraz cięższe. Tu taką zaczęli - "Transmission/Intermission". Skakałem tam z radości, ale byłem sam, bo to bardzo spokojny utwór i raczej nie do rozkręcania tłumów. Dla mnie, niemniej, była to petarda. Po czym odpalili kolejną, czyli "Gryning", którego też wcześniej nie słyszałem na żywo. A potem... "World of Sleepers", którego ja również wcześniej nie. Na tym etapie byłem już ledwo żywy z radości, jaki piękny początek koncertu mi zafundowali. Potem przyszedł czas na stałe punkty programu, największe hity, co w przypadku zespołu grającego taką muzykę może nie znaczyć wiele, ale jednak na niektóre kawałki publika reagowała znacznie bardziej żywiołowo niż na inne. Było fantastycznie, najmocniejszy punkt programu to był dla mnie - jak zawsze zresztą "Accede" płynnie przechodzący w "Supersede". Set zamknęli magicznym "Rymden3000", po czym zeszli ze sceny i jeszcze powrócili na dwa bisy. Koncert zamknęli jednym z moich ulubionych kawałków - "Loss Aversion", dla mnie to perfekcyjne zakończenie. Grali godzinę i 45 minut, tak że po występie zdążyłem jeszcze pobiec do Żabki po dwie butelki wody xD Potem zamówiłem sobie Ubera, bo ten Kwadrat to niezłe wypizdewie, więc hotel wziąłem sobie s p r y t n i e, tak że Uberkiem to było parę minut przemknięcia ul. Stella-Sawickiego/Nowohucką i już lądowałem w śpiulkolocie.
Po niezbyt dobrze przespanej nocy (nie wiem czemu), o 8 wstałem, zszedłem na śniadanie i pojechałem na dworzec, bo o 10:50 czekał mnie już Flix do Warszawy. Podróż minęła spokojnie i bez przygód, chyba że za taką policzyć fakt, że pierwszy raz przejeżdżałem przez Kielce (big przygoda). Po 15 wysiadłem na Zachodnim, schowałem sobie większość bagażu w dworcowej skrytce i... no właśnie. Plan miałem taki, żeby pójśc sobie do jakiegoś kina - nie sieciowego - na jakiś film. Lubię tak podczas wizyty w innym mieście zaliczyć jakieś nietypowe kino, plus w tym przypadku dochodził motyw wypoczęcia przed podróżą i przed długą nocą. Repertuar siłą rzeczy był ograniczony ścisłym wymaganiem godzinowym, ale nie o niego tu chodziło. Po uprzednim researchu wyznaczyłem sobie dwie opcje: "Głos Hind Rajab" w kinie Amondo albo "Projekt Hail Mary" w KinoGram. To pierwsze wydało mi się jednak potencjalnie przesadnie dołujące, czego na ten dzień nie potrzebowałem, więc stwierdziłem że pojadę obczaić tego nowego Goslinga.
I tu, niestety, dochodzimy do kluczowej kwestii którą sam siebie zaorałem. "Projekt Hail Mary" był ciut później, więc poszedłem sobie jeszcze na szybki obiad, po czym pojechałem... ale do tego drugiego kina, Amondo xD Na miejscu pani była dość zdziwiona, powiedziała że oni tego tu nie grają. Ja też zdziwiony, nie ogarnąłem od razu co się stało, wyszedłem. Po konsultacji ze swoim smartfonem odkryłem, co odjebałem, niestety "Głos Hind Rajab" trwał już od 20 minut więc przestał być opcją, natomiast nadal mogłem - na styk - zdążyć do KinoGram. No to podjechałem, parę minut przed seansem podchodzę do kas, a tam... przykro nam, bilety na ten seans się wyprzedały xD Ostatnie dwa kupił tata z synem którzy byli przede mną w kolejce. Ale zonk. No, koniec końców może i dobrze wyszło, przynajmniej oni sobie weszli, gdybym ja wykupił jeden to by się odbili od seansu, a to słabo jak masz z dzieckiem plany a nie wypalają. No ale niemniej, wciąż, nagle znalazłem się w sytuacji, gdzie jest 16:30, bramy progresji otwierają o 19, o 19:30 startuje support, o 20:30 Sundial Aeon, Słowem, miałem kilka godzin do zabicia i żadnego pomysłu, co z nimi zrobić. Czynik zostawiłem w skrytce na dworcu, no bo sądziłem że idę na film a potem na koncert i nie będę go potrzebowal.Z żadnymi ziomeczkami się nie umawiałem, bo nie chciałem przed takim eventem pić alkoholu, a tak by się to skończyło. Zresztą tak na ostatnią chwilę kogoś zwoływać i to na chwilę - to też słabo. No i tak siadłem na ławeczce przy Fabryce Norblina (swoją drogą, absolutnie obrzydliwe, hipsterskie miejsce, jak Wy, Warszawiaki, możecie tak żyć?) i nie bardzo wiedziałem, co ze sobą począć. Okazuje się, że kiedy odpadają opcje alkoholowe to nie mam pomysłu na wolny czas. To coś do przepracowania kiedyś xD, ale póki co to napisalem do żony opisując sytuację, ale ta zaczęła coś mówić o przejściu się do muzeum więc zrozumiałem, że nijak mi nie pomoże xD Na spacer niespecjalnie miałem ochotę, pogoda była zdradliwa, taka: z jednej strony zaświeci słoneczko, z drugiej zawieje zimny wietrzyk, do tego niska temperatura, tak że w sam raz na spocenie się, zmarznięcie i pochorowanie. Stwierdziłem że mówi się trudno, nie chcę ale muszę, trzeba zahaczyć się gdzieś na piwo. Całkiem blisko był Browar Warszawski, a ja zawsze priorytezuję browary, ale tamten to tak traumatyczna chujnia, że już wolałem pojechać do zwykłej knajpy. Wiedziałem, że potrzebuję czegoś chłopskiego. Padło na pub Adres na Wolskiej. Fajne, klimatyczne miejsce, no i piwo za 12 zł (Zwierzyniec). Fajnie tam było, swojsko. Odpocząłem trochę, nawadniając się we właściwy sposób i chwilę przed 19 udałem się w końcu do Progresji. Tam wchodzenie było sprawne, co zapewne było zasługą wczesnej pory, jeszcze nikt nie grał. Poszedłem na merczyk, a tam... CBL - smętne resztki po smętnych resztkach z Krakowa, SF i SA - nic. Koniec końców, nic nie wziąłem, bo i nie było co. Rozczarowanie.
Główna sala Progresji była praktycznie pusta. Podszedłem, cyknąłem sobie dekoracje sceny (fajne, psychodeliczne), siadłem sobie pod ścianą i tak przeczekałem do pierwszego występu. O 19:30 swój godzinny set zaczęło duo Janusz Jurga + Filip Sroka. Nie słyszałem o tych panach, niespecjalnie celowałem początkowo w ich występ, ale okoliczności ułożyły się tak a nie inaczej i zobaczyłem cały. I dobrze wyszło. Solidna, ciekawa muza. Szybko minęło.
Nadeszła 20:30 i na scenę wyszli Sundial Aeon... a właściwie wyszedł, bo duo reprezentował tu tylko jeden muzyk - drugi rzekomo miał jakieś problemy zdrowotno-rodzinne i nie dał rady. Słabo, ale co poradzisz. Na szczęście chłop w pojedynkę dźwignął występ, wpadło dużo znanych i lubianych (przeze mnie) kawałków. Podobało mi się, spełniło oczekiwania.
Punkt o 22 na scenę wyszedł Solar Fields. Nie powiem, emocjonowałem się mocno. I była to prawdziwa petarda. Poleciało co miało polecieć, oczywiście były braki (szkoda, że nie było "Funeral for the Abandoned"), ale wszystkiego w dwie godziny nie upchniesz.
Pojawił się za to problem natury innej, czyli dopadło mnie zmęczenie całego dnia. Była już 23, dla mnie już dawno pora śpiulkolotu, a tu jeszcze godzina Solara a potem jeszcze dwie CBL. No nienajlepiej. Ale nie narzekam na czasówkę, psychicznie byłem nastawiony że wszystko potrwa do 4-6, albo że sety będą skrócone, a nie stało się ani to ani to. Tylko trzeba było jakoś przetrwać. Wczoraj o tej porze kończyli się już CBL, tu jeszcze do ich koncertu była godzina, za mną już 3 występy, dużo emocji itd. Czułem się nieco przeładowany tym wszystkim.
Nadeszła w końcu północ i czas CBL. Wyszli na scenę, uściskali się z Magnusem i było to bardzo sympatyczne, widząc jak się cieszą z tego, że są razem na scenie. Zaczęli grać i... znowu mózg rozjebany, bo zaczęli od "Epicentre", czyli kolejnego kawałka którego wcześniej nie znałem. Potem od razu poszli w tłuste, czyli "Frog" i "Derelicts", i tak sobie to leciało, aż nagle poleciały dźwięki których nie bardzo kojarzyłem... co to kurrr... po chwili zczaiłem - "Epicentre Second Movement"!!! Wg. amerykańskiego portalu nigdy wcześniej nie grany, co nic nie oznacza, bo zapis setlist CBL jest tam dziurawy jak sitko, więc pewnie nieraz już leciało, no ale wciąż - to już deep cut jak cholera, cieszyłem się jak dziecko. Coś wyjątkowego. A po tym poleciało "Central Plains", którego - zapewne się domyślacie - też wcześniej nie słyszałem. Ja pierdolę!!!
Set był dłuższy niż w Krakowie, bo dwugodzinny (a de facto dołożyli jeszcze 5 minut), co z kolei przełożyło się na ilość kawałków - z krakowskich 18 wzrosło do 21. Na uznanie zasługują też zmiany wobec Krakowa, ponieważ w Warszawie poleciało aż 8 innych utworów. Pod tym względem fani CBL naprawdę nie mają co narzekać, rotacje w setlistach są duże.
Bis był tylko jeden, "...and On", też fajny kawałek, ale to nie taki cios jak "Loss Aversion". Mam problem, żeby wskazać która setlista była lepsza, mogę za to powiedzieć że obie dzień po dniu przepięknie się uzupełniły. I były dla mnie świeże, co - zważywszy na to, że w latach 2022-2024 widziałem ich 5 razy, a to były numery 6 i 7 - nie było takie oczywiste. Przecież ja zazwyczaj już kiedy widzę zespół po raz drugi to mam ziew, pruuu, mmmh, no fajnie, fajnie, a która to godzina, a ile to do końca, kiedy do domu xD
Frekwencja była zacna, Progresja solidnie nabita, moze nie tak, żeby nie było komfortowo, ale w pewnym momencie przyciskanie się przez tłum do wyjścia i ku toaletom było ciężkie.
O 2:05 chłopaki skończyli grać, a po nich wszedł kolejny Polak, CJ Art. Grał spoko, ale ja już ledwo stałem, a w perspektywie miałem jeszcze podróż powrotną. Nie brałem już w Wawie noclegu, zakładając że na kilka godzin nie warto się kłaść, bo rano będę wtedy umierał, a tak to cyk do Flixika, tam drzemka i rano jestem już w domu. I tak właśnie było, po 4 wyjechałem z Zachodniego, przed 9 byłem już w domu.
Był to dla mnie naprawdę świetny weekend, nie wszystko zagrało w nim tak, jak planowałem, czasem nie z mojej winy (brak merchu), czasem z mojej (fuckup z kinem), ale to, co najważniejsze - czyli muzyka - dowiozło w 100%. Pełnia satysfakcji.
Dość ciężko jest skategoryzować muzykę graną przez Carbon Based Lifeforms, najbliższą odpowiednią ich muzyce definicją byłby ambient, ale z zastrzeżeniem że nie zawsze, nie do końca, jest to tylko próba wrzucenia zespołu pod jakąś etykietkę żebyście wiedzieli w którym mniej więcej kierunku idziemy. CBL tworzy dwóch Szwedów - Johannes Hedberg i Daniel Vadestrid, grają już przeszło 30 lat. W każdym razie, od kilku lat, odkąd się w nich wkręciłem, jest to mój ulubiony zespół i jeżdżę na nich gdy tylko jest okazja. No i taka kolejna okazja właśnie miała miejsce w zeszłą sobotę, ale to nie wszystko. Bo w składzie znalazł się również Solar Fields - projekt, w którym solowo tworzy Magnus Birgersson, prywatnie dobry kumpel chłopaków z CBL, pochodzą z tego samego miasta - Gothenburga i znają się od lat szczenięcych. O ile CBL to najbardziej znany projekt w tej niszy, to Solar Fields można by nazwać numerem dwa. Zatem była to prawdziwa uczta dla fanów. A do tego doszedł Sundial Aeon - zespół z Polski, chyba "najwięszy" z rodzimych jeśli chodzi o tę stylistykę. Wszystkie trzy bardzo lubię i cenię. Przekładając to na język forumowy, wyobraźcie sobie, hmm, co-headlinerski koncert Iron Maiden i Judas Priest, z Helloween jako specjalnym gościem. Zapewne większość z Was byłaby dość mocno zajarana. Tym właśnie był dla mnie ten sobotni wieczór. Dawno już nie ekscytowałem się tak mocno na jakiś koncert, wręcz odliczałem dni do niego, był to dla mnie ten jeden termin na który się czeka z niecierpliwością.
A smaczku dodawał jeszcze fakt, że Solar Fieldsa i Sundial Aeon jeszcze nigdy nie widziałem. I tu przechodzimy do bolączki tej sceny około-ambientowej. Otóż ci artyści zazwyczaj grają bardzo mało koncertów, bywa i że jeden na rok albo rzadziej. CBL są tu chwalebym wyjątkiem. Taki Solar Fields np. zagrał:
3 koncerty w 2019 (UK, Węgry, Holandia)
0 koncertów w 2020
0 koncertów w 2021
5 koncertów w 2022 (Węgry, 4xSzwecja)
2 koncerty w 2023 (USA, Węgry)
0 koncertów w 2024
1 koncert w 2025 (Węgry)
No i teraz mamy Warszawę i na 2026 jest zaplanowany jeszcze jeden wystep na Węgrzech. Zapewne zauważyliście, że dużo tu Węgier - z jakiegoś powodu Węgrzy bardzo lubią taką muzę i często jeśli się chce zobaczyć jakiegoś wykonawcę, to występuje on właśnie tam.
Tak czy siak - złapać Solar Fieldsa live nie jest łatwo. Toteż kiedy ogłosił koncert w Polsce... chyba się domyślacie.
Z Sundial Aeon, mimo że są Polakami, też nie jest lekko. Nie chce mi się już robić podobnych statystyk, ale są one podobne co u Solara.
Dochodzi tu jeszcze taka kwestia, że zespoły okołoambientowe często mają tak, że jak już w ogóle gdzieś zagrają, to jest to jakiś hipisowski festiwal w szczerym polu na kompletnym zadupiu, tak rozreklamowany że dowiadujesz się o nim na kilka dni przed, ale to i tak nie szkodzi, bo jak sprawdzisz sobie dojazd to wiesz, że i tak byś nie pojechał. Raz już miałem plan wybrać się na takowy w karkołomnych okolicznościach, ale plany wykoleiły mi się kiedy dowiedziałem się, że nie ma biletów jednodniowych, tylko karnety za kilka stówek xDD
Wszystko to powoduje, że okazja zobaczenia tych trzech zespołów w cywilizowanej Progresji była czymś niepowtarzalnym. Ale zanim przejdziemy do samej opowieści, jeszcze jedna kwestia. Otóż jakiś czas po ogłoszeniu tego koncertu, dorzucono jeszcze występ CBL w Krakowie, dzień wcześniej. Mówi się trudno i zamienia pojedynczy wypad do Wawy w mini-trasę xD
W piątek, piąteczek urwałem się wcześniej z pracy i udałem na Flixbusa do Krakowa. Na A4 było stabilnie, znaczy był wypadek i korek, więc kierowca do Brzezimierza jechał polnymi drogami, fundując nam tzw. trasę krajobrazową oraz - na szczęście - tylko 15 minut spóźnienia. W Krakowie udałem się prosto do hotelu, gdzie chwilę odpocząłem i już musiałem ruszać na obiad i do klubu. Koncert odbywał się w klubie Kwadrat - nigdy wcześniej w nim nie byłem. Wyczaiłem na mapce, że blisko niego jest pizzeria która może sprostać moim oczekiwaniom, czyli taka serwująca chamską, polską pizzę (nazywa się Babilon, może forumowa sekcja krakowska kojarzy). Na miejscu okazało się, że działa ona na parterze studenckiego akademika. Klimat taki jaki lubię, czyli prosty, pizza taka jaką chciałem, więc zjadłem całą i ze smakiem. Zdziwiłem się tylko, że nie serwują tam piwa, bo ja już myślami zapijałem pickę jakimś koncernowym truneczkiem, a tu musiałem obejść się ze smakiem. Trudno. Zjadłem akurat chwilę przed 20, a o 20 zaczynali wpuszczać do Kwadratu, więc udałem się na miejsce, myśląc: trudno, najwyżej chwilę poczekam przed klubem. Okazało się, że poczekałem znacznie dłużej niż chwilę, bo do wyjścia była kolejka, taka skręcajca za budynek.
Na wejściu już niezbyt miła niespodzianka w postaci obowiązkowej szatni, czego pilnowali ochroniarze. I na nic zdały się moje tłumaczenia, żeby tylko wpuścili mnie na górę, gdzie na merczyku kupię sobie płytki, schowam je do kurtki i zejdę zdać tę kurtkę do szatni, żeby nie męczyć się z tym bagażem przez cały koncert. Nie, na górę nie można wejść z kurtką, zapraszamy wypierdalać do szatni xD No więc grzecznie wróciłem do kolejki do szatni.
Tu czas na małe interludium. Byłem bardzo napalony na zakup merczyku, miałem taki plan, że w czwartek wykupuję wszystko co się da od CBL, a w sobotę w Wawie - od SL i SA. Miałem celowo odłożonego tysiaka na zakupy, zamierzałem tam wbić i rozpierdolić im to stoisko, wykupić wszystko co się da, koszulki, torby, płyty których mi brakuje, no wszystko xD
Podchodzę do stoiska z merchem, a tam... 3 płyty. Plus dwie powtórzone na winylu. I kilka... naklejek. Koniec. Co gorsza, te 3 płyty to były akurat te 3, które miałem xD Bardzo liczyłem na zakup tych innych, bo ostatnio zrobili reedycje 5 innych, ale przez neta one są kosmicznie drogie, a na koncercie - znacznie tańsze. Pytam pani łot de fak, a ta, że na poprzednich dwóch koncertach (grali dzień wcześniej w Paryżu i dwa dni wcześniej w Nantes) "crowd went wild" i wszystko wykupił. No kurwa xD
Mówi się trudno, rozczarowanie, idziemy na salę.
Skład tego dnia był bardzo... surowy, znaczy o 21 wchodzili CBL i tyle. Organizator tego występu był inny niż w Wawie - za to ten sam, co we Francji (niejacy PsyOver Events). Wyglądało mi to tak, że zespół miał dzień luki, i tak przybywał do Polski, więc dobrali im jeszcze jeden występ. No i fajnie.
Klub był dość przyjemnie zapełniony - klapy nie było na pewno, ale też udało się uniknąć strasznego ścisku. W sam raz dla wszystkich. Chłopaki wyszli punkt o 21 i od razu rozwalili mi mózg. Dalej zajmę się tym, co #nikogo, czyli setlistą, no ale skoro wytrwaliście tak długo to dacie radę jeszcze trochę xD
Jestem w przypadku koncertów CBL na etapie jarania się najbardziej deep cutami i piosenkami, których jeszcze nie słyszałem, co robi się coraz cięższe. Tu taką zaczęli - "Transmission/Intermission". Skakałem tam z radości, ale byłem sam, bo to bardzo spokojny utwór i raczej nie do rozkręcania tłumów. Dla mnie, niemniej, była to petarda. Po czym odpalili kolejną, czyli "Gryning", którego też wcześniej nie słyszałem na żywo. A potem... "World of Sleepers", którego ja również wcześniej nie. Na tym etapie byłem już ledwo żywy z radości, jaki piękny początek koncertu mi zafundowali. Potem przyszedł czas na stałe punkty programu, największe hity, co w przypadku zespołu grającego taką muzykę może nie znaczyć wiele, ale jednak na niektóre kawałki publika reagowała znacznie bardziej żywiołowo niż na inne. Było fantastycznie, najmocniejszy punkt programu to był dla mnie - jak zawsze zresztą "Accede" płynnie przechodzący w "Supersede". Set zamknęli magicznym "Rymden3000", po czym zeszli ze sceny i jeszcze powrócili na dwa bisy. Koncert zamknęli jednym z moich ulubionych kawałków - "Loss Aversion", dla mnie to perfekcyjne zakończenie. Grali godzinę i 45 minut, tak że po występie zdążyłem jeszcze pobiec do Żabki po dwie butelki wody xD Potem zamówiłem sobie Ubera, bo ten Kwadrat to niezłe wypizdewie, więc hotel wziąłem sobie s p r y t n i e, tak że Uberkiem to było parę minut przemknięcia ul. Stella-Sawickiego/Nowohucką i już lądowałem w śpiulkolocie.
Po niezbyt dobrze przespanej nocy (nie wiem czemu), o 8 wstałem, zszedłem na śniadanie i pojechałem na dworzec, bo o 10:50 czekał mnie już Flix do Warszawy. Podróż minęła spokojnie i bez przygód, chyba że za taką policzyć fakt, że pierwszy raz przejeżdżałem przez Kielce (big przygoda). Po 15 wysiadłem na Zachodnim, schowałem sobie większość bagażu w dworcowej skrytce i... no właśnie. Plan miałem taki, żeby pójśc sobie do jakiegoś kina - nie sieciowego - na jakiś film. Lubię tak podczas wizyty w innym mieście zaliczyć jakieś nietypowe kino, plus w tym przypadku dochodził motyw wypoczęcia przed podróżą i przed długą nocą. Repertuar siłą rzeczy był ograniczony ścisłym wymaganiem godzinowym, ale nie o niego tu chodziło. Po uprzednim researchu wyznaczyłem sobie dwie opcje: "Głos Hind Rajab" w kinie Amondo albo "Projekt Hail Mary" w KinoGram. To pierwsze wydało mi się jednak potencjalnie przesadnie dołujące, czego na ten dzień nie potrzebowałem, więc stwierdziłem że pojadę obczaić tego nowego Goslinga.
I tu, niestety, dochodzimy do kluczowej kwestii którą sam siebie zaorałem. "Projekt Hail Mary" był ciut później, więc poszedłem sobie jeszcze na szybki obiad, po czym pojechałem... ale do tego drugiego kina, Amondo xD Na miejscu pani była dość zdziwiona, powiedziała że oni tego tu nie grają. Ja też zdziwiony, nie ogarnąłem od razu co się stało, wyszedłem. Po konsultacji ze swoim smartfonem odkryłem, co odjebałem, niestety "Głos Hind Rajab" trwał już od 20 minut więc przestał być opcją, natomiast nadal mogłem - na styk - zdążyć do KinoGram. No to podjechałem, parę minut przed seansem podchodzę do kas, a tam... przykro nam, bilety na ten seans się wyprzedały xD Ostatnie dwa kupił tata z synem którzy byli przede mną w kolejce. Ale zonk. No, koniec końców może i dobrze wyszło, przynajmniej oni sobie weszli, gdybym ja wykupił jeden to by się odbili od seansu, a to słabo jak masz z dzieckiem plany a nie wypalają. No ale niemniej, wciąż, nagle znalazłem się w sytuacji, gdzie jest 16:30, bramy progresji otwierają o 19, o 19:30 startuje support, o 20:30 Sundial Aeon, Słowem, miałem kilka godzin do zabicia i żadnego pomysłu, co z nimi zrobić. Czynik zostawiłem w skrytce na dworcu, no bo sądziłem że idę na film a potem na koncert i nie będę go potrzebowal.Z żadnymi ziomeczkami się nie umawiałem, bo nie chciałem przed takim eventem pić alkoholu, a tak by się to skończyło. Zresztą tak na ostatnią chwilę kogoś zwoływać i to na chwilę - to też słabo. No i tak siadłem na ławeczce przy Fabryce Norblina (swoją drogą, absolutnie obrzydliwe, hipsterskie miejsce, jak Wy, Warszawiaki, możecie tak żyć?) i nie bardzo wiedziałem, co ze sobą począć. Okazuje się, że kiedy odpadają opcje alkoholowe to nie mam pomysłu na wolny czas. To coś do przepracowania kiedyś xD, ale póki co to napisalem do żony opisując sytuację, ale ta zaczęła coś mówić o przejściu się do muzeum więc zrozumiałem, że nijak mi nie pomoże xD Na spacer niespecjalnie miałem ochotę, pogoda była zdradliwa, taka: z jednej strony zaświeci słoneczko, z drugiej zawieje zimny wietrzyk, do tego niska temperatura, tak że w sam raz na spocenie się, zmarznięcie i pochorowanie. Stwierdziłem że mówi się trudno, nie chcę ale muszę, trzeba zahaczyć się gdzieś na piwo. Całkiem blisko był Browar Warszawski, a ja zawsze priorytezuję browary, ale tamten to tak traumatyczna chujnia, że już wolałem pojechać do zwykłej knajpy. Wiedziałem, że potrzebuję czegoś chłopskiego. Padło na pub Adres na Wolskiej. Fajne, klimatyczne miejsce, no i piwo za 12 zł (Zwierzyniec). Fajnie tam było, swojsko. Odpocząłem trochę, nawadniając się we właściwy sposób i chwilę przed 19 udałem się w końcu do Progresji. Tam wchodzenie było sprawne, co zapewne było zasługą wczesnej pory, jeszcze nikt nie grał. Poszedłem na merczyk, a tam... CBL - smętne resztki po smętnych resztkach z Krakowa, SF i SA - nic. Koniec końców, nic nie wziąłem, bo i nie było co. Rozczarowanie.
Główna sala Progresji była praktycznie pusta. Podszedłem, cyknąłem sobie dekoracje sceny (fajne, psychodeliczne), siadłem sobie pod ścianą i tak przeczekałem do pierwszego występu. O 19:30 swój godzinny set zaczęło duo Janusz Jurga + Filip Sroka. Nie słyszałem o tych panach, niespecjalnie celowałem początkowo w ich występ, ale okoliczności ułożyły się tak a nie inaczej i zobaczyłem cały. I dobrze wyszło. Solidna, ciekawa muza. Szybko minęło.
Nadeszła 20:30 i na scenę wyszli Sundial Aeon... a właściwie wyszedł, bo duo reprezentował tu tylko jeden muzyk - drugi rzekomo miał jakieś problemy zdrowotno-rodzinne i nie dał rady. Słabo, ale co poradzisz. Na szczęście chłop w pojedynkę dźwignął występ, wpadło dużo znanych i lubianych (przeze mnie) kawałków. Podobało mi się, spełniło oczekiwania.
Punkt o 22 na scenę wyszedł Solar Fields. Nie powiem, emocjonowałem się mocno. I była to prawdziwa petarda. Poleciało co miało polecieć, oczywiście były braki (szkoda, że nie było "Funeral for the Abandoned"), ale wszystkiego w dwie godziny nie upchniesz.
Pojawił się za to problem natury innej, czyli dopadło mnie zmęczenie całego dnia. Była już 23, dla mnie już dawno pora śpiulkolotu, a tu jeszcze godzina Solara a potem jeszcze dwie CBL. No nienajlepiej. Ale nie narzekam na czasówkę, psychicznie byłem nastawiony że wszystko potrwa do 4-6, albo że sety będą skrócone, a nie stało się ani to ani to. Tylko trzeba było jakoś przetrwać. Wczoraj o tej porze kończyli się już CBL, tu jeszcze do ich koncertu była godzina, za mną już 3 występy, dużo emocji itd. Czułem się nieco przeładowany tym wszystkim.
Nadeszła w końcu północ i czas CBL. Wyszli na scenę, uściskali się z Magnusem i było to bardzo sympatyczne, widząc jak się cieszą z tego, że są razem na scenie. Zaczęli grać i... znowu mózg rozjebany, bo zaczęli od "Epicentre", czyli kolejnego kawałka którego wcześniej nie znałem. Potem od razu poszli w tłuste, czyli "Frog" i "Derelicts", i tak sobie to leciało, aż nagle poleciały dźwięki których nie bardzo kojarzyłem... co to kurrr... po chwili zczaiłem - "Epicentre Second Movement"!!! Wg. amerykańskiego portalu nigdy wcześniej nie grany, co nic nie oznacza, bo zapis setlist CBL jest tam dziurawy jak sitko, więc pewnie nieraz już leciało, no ale wciąż - to już deep cut jak cholera, cieszyłem się jak dziecko. Coś wyjątkowego. A po tym poleciało "Central Plains", którego - zapewne się domyślacie - też wcześniej nie słyszałem. Ja pierdolę!!!
Set był dłuższy niż w Krakowie, bo dwugodzinny (a de facto dołożyli jeszcze 5 minut), co z kolei przełożyło się na ilość kawałków - z krakowskich 18 wzrosło do 21. Na uznanie zasługują też zmiany wobec Krakowa, ponieważ w Warszawie poleciało aż 8 innych utworów. Pod tym względem fani CBL naprawdę nie mają co narzekać, rotacje w setlistach są duże.
Bis był tylko jeden, "...and On", też fajny kawałek, ale to nie taki cios jak "Loss Aversion". Mam problem, żeby wskazać która setlista była lepsza, mogę za to powiedzieć że obie dzień po dniu przepięknie się uzupełniły. I były dla mnie świeże, co - zważywszy na to, że w latach 2022-2024 widziałem ich 5 razy, a to były numery 6 i 7 - nie było takie oczywiste. Przecież ja zazwyczaj już kiedy widzę zespół po raz drugi to mam ziew, pruuu, mmmh, no fajnie, fajnie, a która to godzina, a ile to do końca, kiedy do domu xD
Frekwencja była zacna, Progresja solidnie nabita, moze nie tak, żeby nie było komfortowo, ale w pewnym momencie przyciskanie się przez tłum do wyjścia i ku toaletom było ciężkie.
O 2:05 chłopaki skończyli grać, a po nich wszedł kolejny Polak, CJ Art. Grał spoko, ale ja już ledwo stałem, a w perspektywie miałem jeszcze podróż powrotną. Nie brałem już w Wawie noclegu, zakładając że na kilka godzin nie warto się kłaść, bo rano będę wtedy umierał, a tak to cyk do Flixika, tam drzemka i rano jestem już w domu. I tak właśnie było, po 4 wyjechałem z Zachodniego, przed 9 byłem już w domu.
Był to dla mnie naprawdę świetny weekend, nie wszystko zagrało w nim tak, jak planowałem, czasem nie z mojej winy (brak merchu), czasem z mojej (fuckup z kinem), ale to, co najważniejsze - czyli muzyka - dowiozło w 100%. Pełnia satysfakcji.
Re: Ogólnie o koncertach
Za 2 tygodnie jadę do Krakowa na Claptona i w związku z tym mam pytanie dotyczące wnoszenia rzeczy. Dokładnie chodzi o torebkę żony. W informacjach o wydarzeniu jest napisane "Zakaz wnoszenia jakichkolwiek toreb, plecaków i wszelkiego innego rodzaju bagażu, niezależnie od rozmiaru." Jak myślicie - wpuszczą ją z niewielką torebką czy może być z tym problem? Jeśli dobrze pamiętam, to na Maiden 3 lata temu w tym samym miejscu (Tauron Arena) nie było kłopotu.
Ostatnio zmieniony śr kwie 15, 2026 9:01 pm przez Pawlo84, łącznie zmieniany 1 raz.
- Shedao Shai
- -#Nomad

- Posty: 5877
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: Ogólnie o koncertach
Nie da się powiedzieć z pewnością, może wpuszczą, a może skierują do depozytu. Zależy od prikazu z góry danego dnia, poziomu służbistości danego ochroniarza i innych czynników na które śmiertelnik nie ma wpływu.
Re: Ogólnie o koncertach
Dzięki za reakcję. Ile mogą krzyczeć za depozyt?
Edit: Właśnie przeczytałem, że zazwyczaj ok. 50zł. Sporo.
Edit: Właśnie przeczytałem, że zazwyczaj ok. 50zł. Sporo.
- Shedao Shai
- -#Nomad

- Posty: 5877
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: Ogólnie o koncertach
50 zł.
Edit: no tak, sporo, nie po to dobre chłopaki z LN wprowadzają przepis mający na celu jedynie rypanie ludzi na kasę za depozyt, żeby potem nie rypać ludzi na kasę za depozyt
Edit: no tak, sporo, nie po to dobre chłopaki z LN wprowadzają przepis mający na celu jedynie rypanie ludzi na kasę za depozyt, żeby potem nie rypać ludzi na kasę za depozyt
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 11843
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: Ogólnie o koncertach
Z torebkami i plecakami to jest loteria na kogo trafisz.
Lubie Iron Maiden i Megadeth
pz = shakin stevens
oddawac długie podpisy
pz = shakin stevens
oddawac długie podpisy
Re: Ogólnie o koncertach
Jakaś mała torebka, przypominająca saszetkę (na klucze, telefon, smarkotki i pomadkę) powinna przejść bez problemu. Moja dorzuca do tego jeszcze jakiś stary inhalatorek na astmę (której nie ma
) + odpowiedni tekst, że musi mieć przy sobie leki. Jak dotychczas, nikt jeszcze nie odsyłał tego do depozytu.
- Shedao Shai
- -#Nomad

- Posty: 5877
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: Ogólnie o koncertach
Ooo kurde.... spryt, inspirujące!!! SzacunCold pisze: ↑śr kwie 15, 2026 10:26 pm Jakaś mała torebka, przypominająca saszetkę (na klucze, telefon, smarkotki i pomadkę) powinna przejść bez problemu. Moja dorzuca do tego jeszcze jakiś stary inhalatorek na astmę (której nie ma) + odpowiedni tekst, że musi mieć przy sobie leki. Jak dotychczas, nikt jeszcze nie odsyłał tego do depozytu.
Re: Ogólnie o koncertach
Znajomy kolejny raz zachwycony Maszynami, ale mówi, że koncert na 25th Anni BME nie do przebicia, peak.
Uff, na szczęście byłem i faktycznie - było nie do opisania
Różnie można gadać o Flynnie, ale zespół zabija na żywo, no i sporo miesza setami.
Uff, na szczęście byłem i faktycznie - było nie do opisania
Re: Ogólnie o koncertach
Dzięki za odpowiedzi. Sposób Colda warto zapamiętać.