Dzięki
Ogólnie o koncertach
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
Re: Ogólnie o koncertach
- blackcocker
- -#Moderator

- Posty: 12617
- Rejestracja: czw cze 14, 2018 9:04 pm
- Skąd: HerbacianePolaBatumi
Re: Ogólnie o koncertach
Spotkanie nudziarskiego ukra z nudziarskiego zespołu na randomowej stacji metra - top. Fajna relacja, widzę, że na Mystiku będzie oszczędzanie na kolejne... Tym razem EE 
#blackcocker2023
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Re: Ogólnie o koncertach
Gdyby nie ten Mystic, to dzisiaj pewnie siedziałbym w samolocie do Hamburga 
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
Re: Ogólnie o koncertach
Znowu będziecie w tym tygodniu uruchamiać SPECJALny licznik?
- blackcocker
- -#Moderator

- Posty: 12617
- Rejestracja: czw cze 14, 2018 9:04 pm
- Skąd: HerbacianePolaBatumi
Re: Ogólnie o koncertach
Hopefully 


#blackcocker2023
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9573
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: Ogólnie o koncertach
Świetna relacja Prezes, jeden fragmencik dostanie ode mnie nominację na koniec roku 
Re: Ogólnie o koncertach
za ten fragmencik to ostrzeżenie mogłoby polecieć
Pamiętam LP sprzed 25 lat, to była w zasadzie antymuzyka. Teraz z tą dziewczyną jest bez porównania lepiej, nie przeszkadzają mi te dźwięki.
Najbliższe koncerty w 2026: White Buffalo, Hollywood Vampires, Doogie White, Blaze Bayley, Mostly Autumn weekend, Hallas, Coroner, Deep Purple, Quidam, Europe, Maiden United, Still of the Night ...
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9573
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: Ogólnie o koncertach
Dokładnie o tym samym pomyślałem jeśli chodzi o ten fragment, ale miałem na myśli inny, całkiem niewinny 
To ja mam na odwrót - pierwsze dwie płyty w szczególności na zawsze w moim sercu i dla mnie LP to Chester, a z nową wokalistką... Cóż, nawet przyjemne ale zlewa mi się z innymi zespołami.
To ja mam na odwrót - pierwsze dwie płyty w szczególności na zawsze w moim sercu i dla mnie LP to Chester, a z nową wokalistką... Cóż, nawet przyjemne ale zlewa mi się z innymi zespołami.
Re: Ogólnie o koncertach
Na MF będą się modlić za nasze zbawienie, a tymczasem Vaderowi chcieli odwołać za "szatańskość"
https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114 ... slowa.html
https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114 ... slowa.html
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
Re: Ogólnie o koncertach
Reprezentant pedofilskich zwyroli, ma problem z jedną z ulubionych praktyk kolegów po fachu, o ironio.
Re: Ogólnie o koncertach
Ale to że w 2026 roku wciąż gdzieś w Polsce potrafi istnieć zjawisko Satanic Panic to jednak jest niezły absurd.pz pisze: ↑pn cze 01, 2026 10:52 am Na MF będą się modlić za nasze zbawienie, a tymczasem Vaderowi chcieli odwołać za "szatańskość"
https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114 ... slowa.html
www.last.fm/user/darkfuneral18
Re: Ogólnie o koncertach
Istnieje nie tylko w Polsce, ale bardziej bawi mnie, że jego ofiarą pada VADER 
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9573
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: Ogólnie o koncertach
Nie ma to jak katolicka postawa pokory XD
Re: Ogólnie o koncertach
Jebani hipokryci. Wychodzę z tego tematu, bo przedpołudniowy trigger mi wjechał 
Re: Ogólnie o koncertach
A ja w robocie ostatnio spotkałem Marka Pająka. Na zakupach był z rodzinką. Pogadaliśmy chwilkę na jakieś lajtowe tematy. Rodzinka (żona i syn) też spokopz pisze: ↑pn cze 01, 2026 10:52 am Na MF będą się modlić za nasze zbawienie, a tymczasem Vaderowi chcieli odwołać za "szatańskość"
https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114 ... slowa.html
www.MetalSide.pl
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9573
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: Ogólnie o koncertach
Czarnoskóry poeta uliczny A$AP Rocky wyprzedał Atlas Arenę 13. września, więc dodano drugi koncert dzień później.
Gdyby ktoś był zainteresowany to może sobie wybrać pre-sale
Artist pre-sale: wtorek, 2 czerwca g. 9:00
Mastercard pre-sale: środa, 3 czerwca g. 9:00
Ticketmaster pre-sale: czwartek, 4 czerwca g. 9:00
Spotify pre-sale: czwartek, 4 czerwca g. 11:00
On-sale: piątek, 5 czerwca g. 9:00 na LiveNation.pl
Gdyby ktoś był zainteresowany to może sobie wybrać pre-sale
Artist pre-sale: wtorek, 2 czerwca g. 9:00
Mastercard pre-sale: środa, 3 czerwca g. 9:00
Ticketmaster pre-sale: czwartek, 4 czerwca g. 9:00
Spotify pre-sale: czwartek, 4 czerwca g. 11:00
On-sale: piątek, 5 czerwca g. 9:00 na LiveNation.pl
Re: Ogólnie o koncertach
ale polski, czy to afropolak?!
Najbliższe koncerty w 2026: White Buffalo, Hollywood Vampires, Doogie White, Blaze Bayley, Mostly Autumn weekend, Hallas, Coroner, Deep Purple, Quidam, Europe, Maiden United, Still of the Night ...
- Caracalized
- -#Moonchild

- Posty: 1951
- Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
- Skąd: Catland
Re: Ogólnie o koncertach
Podczas, gdy koledzy z forum w najlepsze bawili się na Omenie w Warszawie, a dzień wcześniej właściwie również i w Krakowie, ja równolegle zaszczyt miałem być w Barcelonie, po to, by po raz trzeci usłyszeć i zobaczyć na żywo swój obecnie ulubiony zespół, czyli Current 93. Zastanawiałem się czy wstawiać tę relację tutaj czy w temacie poświęconym wspomnianej grupie, ale doradzono mi, bym może lepiej zrobił to tutaj. I czy zadowolony jestem z tej podróży? W jednym wielkim skrócie, tak. Na całe szczęście, udało mi się oblecieć w obie strony bez większych problemów, a nie wiedziałem jeszcze dwa miesiące temu czy w ogóle tam polecę, bo biletu nie miałem, mogłem go kupić dopiero 17 kwietnia, kiedy weszła do sprzedaży pula dla osób, które nie mają karnetu na właściwą Primaverę; bałem się, że może mi się nie udać, ale jednak mi się udało i co ciekawe, w niedzielę dzień przed koncertem nadal były dostępne jakieś bilety. Samą wejściówkę kupiłem bez większego zgrzytu, tylko większym wyzwaniem było zarejestrowanie jej w drugiej aplikacji, bo jakieś błędy mi wyskakiwały. W jednej aplikacji bilet się kupowało, ale zarejestrować go trzeba było w jeszcze innej, co wymagało więcej zachodu niż naprawdę powinno, ale w końcu po iluś próbach się udało i jak miałem ten kod QR to od tego czasu mentalnie byłem już naprawdę gotowy tam być i nie mogłem się doczekać swojego kolejnego zagranicznego wypadu w tym roku, odhaczając na swojej drodze kolejny obcy kraj, który nie jest Czechami.
Od początku nie nastawiałem się na wielkie zwiedzanie, więc katalońska stolica nie została nie wiadomo jak przeze mnie wyeksplorowana, ale przez tak krótki i ograniczony czas udało mi się gdzieś pochodzić i czegoś doświadczyć. Pierwszym miejscem, które rzuciło mi się wyraźnie w oczy po wyjściu z lotniskowego autobusu i przejściu parę minut dalej spacerkiem było Museu National d'Art de Catalunya. Jak już widać po nazwie, muzeum, znajduje się dość wysoko i trzeba przejść niezliczoną ilość stopni w górę, by się do niego dostać, ale po drodze im głębiej się szło to tym bardziej odkrywało się kolejne warstwy tego miejsca, jakieś place i parki, rzeźby, fontanny, kolumny... cóż, generalnie dosyć fajne miejsce i porobiłem parę zdjęć, które potem pokazałem johnny'emu. W środku tego budynku nie byłem, nawet nie przyszło mi do głowy, by do niego wchodzić, ale na zewnątrz i tak było czym nacieszyć oko i na samym szczycie był niezły widok na przynajmniej część barcelońskiego krajobrazu. Nawet natrafiłem tam na jakiegoś grajka i razem z innymi ludźmi obejrzałem część jego występu, jeden czy dwa utwory przeleciały i poszedłem dalej coś oglądać. Nie mam pojęcia czy śpiewał po hiszpańsku czy katalońsku, oba te języki są urzędowe tam. Po zejściu niżej wszedłem w boczną alejkę z kafelkowymi schodami. Znaczy, same stopnie kafelkami nie były pokryte, ale z boku te ścianki były i to właściwie jedyne kafelkowe lub około-kafelkowe miejsce, które widziałem w Barcelonie, od razu skojarzyło mi się z Porto, gdzie, jak pewnie pisałem przy relacji z wypadu na koncert Diamandy Galas, mają kafelkową architekturę. Wszedłem po tych schodach na górę, przeszedłem przez jakiś most i z oddali słyszałem, że gdzieś był grany jakiś rockowy koncert, więc ciekawie, że po przed chwilą wspomnianym grajku moje uszy ponownie wychwyciły coś muzycznego, a brzmiało to jak live, nawet ludzie się do tego darli, ale już nie chciało mi się bardziej obczajać, w którym miejscu to w ogóle było, lecz słyszałem z oddali. Nie nastawiałem się na to, że gdzieś się jeszcze przejdę, w moich planach na ten dzień było wyłącznie dotarcie do Barcelony, wydostanie się jakoś z lotniska El Prat, zameldowanie się w swoim lokum i pójście spać, ale po drodze jednak pomyślałem, że ogarnę jeszcze zawczasu, gdzie ten klub Paral·lel 62 się w ogóle znajduje i jak wygląda, a że przy okazji jeszcze ujrzałem coś tak okazałego na kształt jakiegoś pałacu to pomyślałem, że muszę zobaczyć przynajmniej okolice tego obiektu!
Po niesamowicie słabo przespanej nocy, prawie że nieprzespanej, bo udało mi się pospać może ze 2,5 godziny, miałem zamiar odlecieć w najgłębszy sen we wszechświecie i obudzić się nie wcześniej niż o dziesiątej rano następnego dnia, lecz jednak obudziłem się ok. 6 czy 7. Po załatwieniu małych potrzeb miałem zamiar dalej zasnąć, ale jednak długo nie mogłem i oczy mi się zmrużyły dopiero z dwie godziny później. Udało mi się jako tako wypocząć, wziąłem prysznic, brakiem suszarki byłem srogo rozczarowany, ale jakoś udało mi się wysuszyć i wyszedłem na zewnątrz w 26 stopniowy upał. Próbowałem i nawet chciałem odwiedzić jakąś knajpę z lokalnym jedzeniem, oczywiście w wegańskiej wersji, lecz jednak poszedłem na łatwiznę i wybrałem lokal z burgerami o jakże wdzięcznej nazwie Mad Mad Vegan, który znajdował się ok. 25 minut dalej z buta, bo nie miałem zbyt dużo czasu na to, aby nie wiadomo jak głęboko kombinować i szukać czegoś normalniejszego do zjedzenia. Burgerek był dobry, w gratisie jeszcze mieli frytki z trzema wariantami do wyboru i zdecydowałem się na sweet potatoes, pojadłem sobie tym, jeszcze wziąłem do tego sok i za wszystko zapłaciłem niecałe 16 euro, więc chyba nie najgorzej jak na Barcelonę. Myślałem o dotarciu do popularnej, ponoć jeszcze nieskończonej, katedry Sagrada Familia zaprojektowanej przez Antoni Gaudiego, lecz ostatecznie zdecydowałem się na inną alternatywę i poszedłem do gotyckiej dzielnicy, bo była bardziej po drodze z celem tej podróży i cóż, dupa mi się nie urwała z zachwytu. Za to urywała mi się później jak szedłem już do klubu po drodze zahaczając o byle jaki lokal z ubikacją, aby sobie ulżyć - nie było w nim papieru, a już wydaliłem to co wydalić miałem, ale na szczęście parę minut wcześniej kupiłem sobie chusteczki i jakoś sobie poradziłem w tej trudnej, niemalże survivalowej, sytuacji. Wojownicy potrafią wyjść z tak druzgocących opresji! Zanim przejdę do koncertu to krótko nadmienię, że Barcelona generalnie ma swój urok, ale Porto jednak lepsze wrażenie na mnie zrobiło i szczerze powiedziawszy chętniej bym wrócił tam jak miałbym wybierać. Na ulicach śmierdzi, czysto za bardzo nie jest, no i co mogę jeszcze powiedzieć? Wiadomo, jest to ogromne i turystyczne miasto, ale mimo wszystko, Warszawa i Kraków chyba jednak lepiej wyglądają, a w jednym miejscu było tak nasrane, że nie chcę już przytaczać tutaj szczegółów. Pod względem bezpieczeństwa jako takiego, czułem się bezpiecznie, nikt mi nie groził, nikt mnie nie okradł, tutaj było dobrze, ale pod względem czystości jednak mogłoby być lepiej. Ludzie mili czy niemili? W większości raczej neutralni, zdarzyło mi się mieć parę lepszych interakcji, lecz i pod tym względem Porto oceniam lepiej. Cóż, w ogólnym rozrachunku, źle nie było, a i zawsze mogłoby być sporo gorzej jak to mawiają.
Pod Paral·lel 62 pojawiłem się dwie godziny przed otwarciem bram, bo bardzo chciałem zająć miejsce przy barierce. Spodziewałem się, że ktoś już będzie czekał, ale jednak przyszedłem pierwszy, a potem dołączył do mnie rok ode mnie młodszy argentyński fan mieszkający w Barcelonie. Dzięki rozmowie z nim te dwie godziny zleciały bardzo szybko i dowiedziałem się od niego, że Tibet wspominał o Nostradamusie w jednym wywiadzie. Wiedziałem, że on kocha Judas Priest, bo w jednym wywiadzie, który czytałem, wyraźnie się do tego przyznawał, ale byłem zaskoczony, że jeszcze przy innych okazjach gdzieś wspomniał o brytyjskim zespole. Później poszukałem tego tekstu i nie tylko ten album nadmienił, ale i wymienił go wśród pięciu swoich ulubionych w ogóle! Cała apokaliptyczna tematyka tej płyty bardzo do niego pasuje, więc w sumie nie powinno nikogo to szczególnie dziwić, i jeszcze w tym samym wywiadzie zapytany o to, z kim chciałby kolaborować w przyszłości odpowiedział, że z Robem Halfordem - teraz tylko czekam na to jak to się naprawdę wydarzy! Obaj kochają koty, więc to nie mogłoby się nie udać
To byłby naprawdę sztos, gdyby Bóg Metalu pojawił się gościnnie na płycie Current 93, albo i całkiem zrobił z Tibetem jakiś nowy i oddzielny projekt, w każdym wypadku w dowolnym możliwym wariancie chciałbym taką kolaborację usłyszeć. Davidowi udało się do tej pory nawiązać współpracę z wieloma lubianymi przez niego artystami, więc Halforda też może byłby w stanie jakoś przekonać do takowej.
Barcelona jest częścią Katalonii, a że w słowie Catalonia jest CAT to nie zaskoczyło mnie specjalnie to, że w tym miejscu Tibet zdecydował się wykonać swoją sztukę z sześcioma wspierającymi muzykami. Pod klubem nie stanąłem sobie w do końca dobrym miejscu, wejście było zablokowane dwiema dużymi szybami i jedna z nich parę minut po 18:30 była podniesiona i pierwszy w kolejce ostatecznie nie byłem, a może szósty lub siódmy, bo inni ludzie, którzy przyszli później lepiej się ustawili, może już znali to miejsce akurat i wiedzieli gdzie stanąć, ale udało mi się i tak być w najlepszym możliwym spocie przy barierce, i to po nie jakimś błyskawicznym kupieniu broszury w formacie A4 informującej o barcelońskim koncercie; "broszury", bo plakatem bym raczej tego nie nazwał. Klasycznie, rozglądałem się co było na tym merchu, koszulki z Dogs Blood Rising i Nature Unveiled (wzór tej drugiej mi się nie podobał), jakieś rzeczy z winylem i zdjęciami w jednym pakiecie, ale ostatecznie zdecydowałem się tylko na tę broszurę. Początkowo, aż do wejścia Alasdaira Robertsa na scenę, ludzi na płycie było mniej niż w Warszawie, balkony były dosyć gęste, ale na parterze do tej 19:30 nawet 1/3 tej powierzchni się nie zapełniła. Potem było pewnie lepiej, ale jakoś nie chciało mi się już odwracać głowy do tyłu po koncercie Szkota. Co Alasdair Roberts zaprezentował to folk w dosyć brytyjskim wydaniu, jak odsłuchiwałem jego debiut to trochę jego muzyka kojarzyła mi się z Joan Baez, inne jego rzeczy już natomiast nie tak bardzo i na koncercie też dużych skojarzeń z nią nie miałem, ale generalnie, to jest po prostu taki o folk i tyle, w dwóch czy trzech miejscach nawet nieco podelektryzował tego swojego akustyka. Fanem raczej nie zostanę, ale było przyzwoicie. I że Tibet nie wziął na support nikogo z zewnątrz, a swojego własnego gitarzystę, to potem publiczność mogła go zobaczyć jeszcze przez dwie godziny na tej scenie. Zastanawiałem się czy Davide Pepe, co rucha kolege, pokaże jakieś kolejne wybitne kinematograficzne dzieło spod swojej ręki, najprawdopodobniej zmontowane i zedytowane na szybko w Windows Movie Makerze, i jeżeli tak to czy będzie ono pokazane bezpośrednio po występie Robertsa między 20:20, a 20:50, czy jednak od 20:50 wedle czasówki, którą ustalono dla Current 93? Odpowiedź na te rozterki poznałem oczywiście na miejscu i okazało się, że jednak było pół godziny przerwy i Pepe swój film Sounds from a Timeless Dimension pokazał o tej 20:50. Za każdym razem, kiedy C93 są w innym mieście, są w nim ukazane ujęcia, krajobrazy i odgłosy z tych miejsc, w których odbywają się koncerty i to wszystko, te budynki czy wszelaka infrastruktura, odgłosy ludzkie, nawet jakaś odległa muzyka, są przyśpieszone w czasie, a poza tym są pokazane jakieś dziwne i surrealistyczne animacje, które już chyba natomiast, w porównaniu z nagraną na miejscu miejską przestrzenią, nie ulegają zmianom, bo wydaje mi się, że w Warszawie były one takie same, w Pradze najprawdopodobniej też. W porównaniu z forumowym panem M nie narzekam na jakość tych dzieł, bo dla mnie osobiście, coś w nich jest i mają w sobie jakiś cel, a w poniedziałek w tych 30-minutach byłem wyjątkowo zatopiony, bo z pierwszego rzędu jednak łatwiej jest się wczuć w taką projekcję i przyznam, że wyjątkowo się w to wciągnąłem, a tym wszystkim obrazom jeszcze akompaniowały buczenie, bardziej ambientująca muzyka, takie jakby techno grające bardziej z oddali, lecz jednak na pierwszym planie był jakiś hałas, bardziej neutralny ambient, który może się kojarzyć z jakimś Tangerine Dream, no i nie wiem jeszcze co... Jest to świetne wprowadzenie do tibetowskiej sztuki i tematycznie mówi nam, co to może być, ten bezkresny bezczasowy wymiar, może to być wszystko i równie dobrze nic, czas płynie nieskończenie i nieubłagalnie i w całym tym naszym wymiarze dzieje się mnóstwo różnych rzeczy, bardziej lub mniej pozytywnych, okrutnych, przepięknych, paskudnych, związanych ze śmiercią, z miłością, z przeszłością, z teraźniejszością. I o to w tym wszystkim prawdopodobnie chodzi. Po Rivers of Babylon wspaniałym otwieraczem dla tego koncertu mógłby być utwór It Is Time, Only Time, ale niestety nie fani ustalają te setlisty, więc tego kawałka niestety nie usłyszałem, ani na wstępie ani później. Na start poleciał Maldoror is Ded Ded Ded Ded, w tej samej interpretacji, która była w Warszawie i ja się spodziewałem, że mogą rozpocząć koncert właśnie albo tym utworem albo Jesus Wept - wolałbym Raio no Terrasu, bo nie słyszałem go na żywo, ale na Maldorora nigdy nie będę narzekał. Po tym jak Andrew Liles wyszedł na scenę po zakończonej projekcji filmu Pepe i poleciał kawałek Bonnie M, to następnie podczas pierwszych minut Maldorora na scenę w duetach z pewnym odstępem czasowym wchodzili poszczególni muzycy, do kiedy nie wszedł na nią w końcu najważniejszy z nich wszystkich. I tak, przeleciał ten Maldoror zajebiście, wspaniałe to było wykonanie i napomnę od razu, że cały koncert pod różnymi względami podobał mi się bardziej od tego warszawskiego, David mi się wydawało, że był w lepszej formie wokalnej, setlista miała lepszą dynamikę i w ogóle, było wspaniale! Jak poleciały pierwsze dźwięki The Great, Bloody and Bruised Veil of the World to aż mnie dreszcze przeszły i coś mnie wzięło jak zagrali The Bench and the Fetch, trzeci raz słyszałem ten utwór na żywo, ale tym razem to wykonanie wydawało mi się jakieś takie naprawdę wyjątkowo piękne, i to zloopowane pisklę na projektorze dodatkowo dodało na wzruszającym charakterze całości. Nawet Looney Runes (czy tam Panzer Ruin) lepiej zabrzmiało, przemieniona aranżacja z syntezatorów na gitary elektryczne to jedno, ale wokalnie też wyszło to lepiej i mniej płasko. W Warszawie miałem lekki problem z zaakceptowaniem Robertsa w roli wspierającego wokalu, a teraz zabrzmiał dla mnie w punkt, po prostu tak jak powinien i może to nie są żeńskie backing vocale jak w oryginałach, ale on jednak brzmiał nieraz tak zniewieściale, że w końcu byłem pod wrażeniem jego umiejętności. Jedyna rzecz, do której jestem w stanie się tylko przyczepić to setlista, bo była prawie że taka sama jak w naszej stolicy. Prawie, bo została skrócona i dosłownie ucięta o siedem kawałków i w zamian nie zagrali nic nowego, nad czym do tej pory ubolewam, ale w Barcelonie jednak pokazano jak koncert u nas pierwotnie powinien wyglądać i jak wszystko zrównoważyć tak, aby nie wyszło przesadnie. Nie brakowało mi kolejnego A Sadness Song, nie płakałem nad pominięciem The Summer of Love czy The Nudes Lift the Shields for War, w sumie nad niczym aż tak nie rozpaczałem, tylko Then Kill Caesar i The Descent of Long Satan and Babylon mogli już zostawić, bo ten drugi utwór świetnie działał na początek bisu, a jak nie zostawić to przynajmniej dać na miejsce jakiegoś Clouds at Teatime albo Mary Waits in Silence, i Time of the Last Persecution też trochę szkoda, ale muszę przyznać, że ten set jednak został ułożony z jakimś wyczuciem i wyobraźnią. Lider też był mniej rozmowny i miał mniejszy kontakt z publiką niż u nas, i można to zwalić na parę różnych czynników - albo nie miał nastroju na pogaduszki albo chciał się zmieścić w tę czasówkę tak dobrze jak to mogło być możliwe i to wyszło, bo ok. 23:18 było praktycznie po wszystkim. Tak, odchudzona Warszawa, z dwoma utworami na bisie zamiast czterech, bez The Cat is Dead i paru innych utworów w międzyczasie, ale mimo wszystko lepiej zrównoważona i na plus jak dla mnie, na tyle, że przynajmniej podczas Whilst the Night Rejoices Profound and Still nie słyszałem żadnego cmokania obok siebie, które mi nieco popsuło wtedy experience, przy czym i ten przepiękny utwór. Jak to johnny do mnie napisał, takiemu "psychofanowi" jak ja nie powinna przeszkadzać (prawie że) taka sama setlista, i w rzeczy samej jakoś nie ujmuje całości, ale i tak nie będę ukrywał, że po takim czasie nastawiałem się mimo wszystko na inny repertuar. I we wrześniu nie zdziwię się jak też będzie powtórka razy sześć, lecz wciąż łudzę się, że jakieś istotne zmiany się pojawią. O ile dożyję do wtedy, zobaczę jak będzie. W każdym razie, koncert w Barcelonie i tak był fenomenalny i bardzo się cieszę, że udało mi się na nim być! Po wszystkim paru ludzi jeszcze stało pod sceną, ja stałem, bo chciałem potem łatwiej wyjść z tego obiektu, bez problemu szło się dostać sporo sprawniej do wyjścia niż w Palladium i w sumie też byłem ciekaw czy ktoś cokolwiek daje ze sceny po tych gigach, ale jednak wszystkie setlisty trzymają dla siebie i nikomu ich nie dają. I w sumie dobrze, bo dzięki temu nikt nie jest poszkodowany potem, że ktoś, kto nie zasłużył dostał setlistę, a prawdziwego fana olano
To co chciałem i mogłem to chyba napisałem, ale jest jeszcze jedna rzecz, która może za mną jeszcze długo chodzić po wizycie w Barcelonie. Mianowicie, jak szedłem do swojego lokum po obczajeniu lokalizacji klubu Paral·lel 62 to minąłem dziewczynę, która jechała na wrotkach i miała na sobie bezrękawnik z logiem Kinga Diamonda, był to dosyć specyficzny i raczej niecodzienny dla mnie widok, aż się uśmiechnąłem do niej, ale ona chyba nie zczaiła o co chodzi i oboje zmierzyliśmy już po tym w swoją stronę
Od początku nie nastawiałem się na wielkie zwiedzanie, więc katalońska stolica nie została nie wiadomo jak przeze mnie wyeksplorowana, ale przez tak krótki i ograniczony czas udało mi się gdzieś pochodzić i czegoś doświadczyć. Pierwszym miejscem, które rzuciło mi się wyraźnie w oczy po wyjściu z lotniskowego autobusu i przejściu parę minut dalej spacerkiem było Museu National d'Art de Catalunya. Jak już widać po nazwie, muzeum, znajduje się dość wysoko i trzeba przejść niezliczoną ilość stopni w górę, by się do niego dostać, ale po drodze im głębiej się szło to tym bardziej odkrywało się kolejne warstwy tego miejsca, jakieś place i parki, rzeźby, fontanny, kolumny... cóż, generalnie dosyć fajne miejsce i porobiłem parę zdjęć, które potem pokazałem johnny'emu. W środku tego budynku nie byłem, nawet nie przyszło mi do głowy, by do niego wchodzić, ale na zewnątrz i tak było czym nacieszyć oko i na samym szczycie był niezły widok na przynajmniej część barcelońskiego krajobrazu. Nawet natrafiłem tam na jakiegoś grajka i razem z innymi ludźmi obejrzałem część jego występu, jeden czy dwa utwory przeleciały i poszedłem dalej coś oglądać. Nie mam pojęcia czy śpiewał po hiszpańsku czy katalońsku, oba te języki są urzędowe tam. Po zejściu niżej wszedłem w boczną alejkę z kafelkowymi schodami. Znaczy, same stopnie kafelkami nie były pokryte, ale z boku te ścianki były i to właściwie jedyne kafelkowe lub około-kafelkowe miejsce, które widziałem w Barcelonie, od razu skojarzyło mi się z Porto, gdzie, jak pewnie pisałem przy relacji z wypadu na koncert Diamandy Galas, mają kafelkową architekturę. Wszedłem po tych schodach na górę, przeszedłem przez jakiś most i z oddali słyszałem, że gdzieś był grany jakiś rockowy koncert, więc ciekawie, że po przed chwilą wspomnianym grajku moje uszy ponownie wychwyciły coś muzycznego, a brzmiało to jak live, nawet ludzie się do tego darli, ale już nie chciało mi się bardziej obczajać, w którym miejscu to w ogóle było, lecz słyszałem z oddali. Nie nastawiałem się na to, że gdzieś się jeszcze przejdę, w moich planach na ten dzień było wyłącznie dotarcie do Barcelony, wydostanie się jakoś z lotniska El Prat, zameldowanie się w swoim lokum i pójście spać, ale po drodze jednak pomyślałem, że ogarnę jeszcze zawczasu, gdzie ten klub Paral·lel 62 się w ogóle znajduje i jak wygląda, a że przy okazji jeszcze ujrzałem coś tak okazałego na kształt jakiegoś pałacu to pomyślałem, że muszę zobaczyć przynajmniej okolice tego obiektu!
Po niesamowicie słabo przespanej nocy, prawie że nieprzespanej, bo udało mi się pospać może ze 2,5 godziny, miałem zamiar odlecieć w najgłębszy sen we wszechświecie i obudzić się nie wcześniej niż o dziesiątej rano następnego dnia, lecz jednak obudziłem się ok. 6 czy 7. Po załatwieniu małych potrzeb miałem zamiar dalej zasnąć, ale jednak długo nie mogłem i oczy mi się zmrużyły dopiero z dwie godziny później. Udało mi się jako tako wypocząć, wziąłem prysznic, brakiem suszarki byłem srogo rozczarowany, ale jakoś udało mi się wysuszyć i wyszedłem na zewnątrz w 26 stopniowy upał. Próbowałem i nawet chciałem odwiedzić jakąś knajpę z lokalnym jedzeniem, oczywiście w wegańskiej wersji, lecz jednak poszedłem na łatwiznę i wybrałem lokal z burgerami o jakże wdzięcznej nazwie Mad Mad Vegan, który znajdował się ok. 25 minut dalej z buta, bo nie miałem zbyt dużo czasu na to, aby nie wiadomo jak głęboko kombinować i szukać czegoś normalniejszego do zjedzenia. Burgerek był dobry, w gratisie jeszcze mieli frytki z trzema wariantami do wyboru i zdecydowałem się na sweet potatoes, pojadłem sobie tym, jeszcze wziąłem do tego sok i za wszystko zapłaciłem niecałe 16 euro, więc chyba nie najgorzej jak na Barcelonę. Myślałem o dotarciu do popularnej, ponoć jeszcze nieskończonej, katedry Sagrada Familia zaprojektowanej przez Antoni Gaudiego, lecz ostatecznie zdecydowałem się na inną alternatywę i poszedłem do gotyckiej dzielnicy, bo była bardziej po drodze z celem tej podróży i cóż, dupa mi się nie urwała z zachwytu. Za to urywała mi się później jak szedłem już do klubu po drodze zahaczając o byle jaki lokal z ubikacją, aby sobie ulżyć - nie było w nim papieru, a już wydaliłem to co wydalić miałem, ale na szczęście parę minut wcześniej kupiłem sobie chusteczki i jakoś sobie poradziłem w tej trudnej, niemalże survivalowej, sytuacji. Wojownicy potrafią wyjść z tak druzgocących opresji! Zanim przejdę do koncertu to krótko nadmienię, że Barcelona generalnie ma swój urok, ale Porto jednak lepsze wrażenie na mnie zrobiło i szczerze powiedziawszy chętniej bym wrócił tam jak miałbym wybierać. Na ulicach śmierdzi, czysto za bardzo nie jest, no i co mogę jeszcze powiedzieć? Wiadomo, jest to ogromne i turystyczne miasto, ale mimo wszystko, Warszawa i Kraków chyba jednak lepiej wyglądają, a w jednym miejscu było tak nasrane, że nie chcę już przytaczać tutaj szczegółów. Pod względem bezpieczeństwa jako takiego, czułem się bezpiecznie, nikt mi nie groził, nikt mnie nie okradł, tutaj było dobrze, ale pod względem czystości jednak mogłoby być lepiej. Ludzie mili czy niemili? W większości raczej neutralni, zdarzyło mi się mieć parę lepszych interakcji, lecz i pod tym względem Porto oceniam lepiej. Cóż, w ogólnym rozrachunku, źle nie było, a i zawsze mogłoby być sporo gorzej jak to mawiają.
Pod Paral·lel 62 pojawiłem się dwie godziny przed otwarciem bram, bo bardzo chciałem zająć miejsce przy barierce. Spodziewałem się, że ktoś już będzie czekał, ale jednak przyszedłem pierwszy, a potem dołączył do mnie rok ode mnie młodszy argentyński fan mieszkający w Barcelonie. Dzięki rozmowie z nim te dwie godziny zleciały bardzo szybko i dowiedziałem się od niego, że Tibet wspominał o Nostradamusie w jednym wywiadzie. Wiedziałem, że on kocha Judas Priest, bo w jednym wywiadzie, który czytałem, wyraźnie się do tego przyznawał, ale byłem zaskoczony, że jeszcze przy innych okazjach gdzieś wspomniał o brytyjskim zespole. Później poszukałem tego tekstu i nie tylko ten album nadmienił, ale i wymienił go wśród pięciu swoich ulubionych w ogóle! Cała apokaliptyczna tematyka tej płyty bardzo do niego pasuje, więc w sumie nie powinno nikogo to szczególnie dziwić, i jeszcze w tym samym wywiadzie zapytany o to, z kim chciałby kolaborować w przyszłości odpowiedział, że z Robem Halfordem - teraz tylko czekam na to jak to się naprawdę wydarzy! Obaj kochają koty, więc to nie mogłoby się nie udać
Barcelona jest częścią Katalonii, a że w słowie Catalonia jest CAT to nie zaskoczyło mnie specjalnie to, że w tym miejscu Tibet zdecydował się wykonać swoją sztukę z sześcioma wspierającymi muzykami. Pod klubem nie stanąłem sobie w do końca dobrym miejscu, wejście było zablokowane dwiema dużymi szybami i jedna z nich parę minut po 18:30 była podniesiona i pierwszy w kolejce ostatecznie nie byłem, a może szósty lub siódmy, bo inni ludzie, którzy przyszli później lepiej się ustawili, może już znali to miejsce akurat i wiedzieli gdzie stanąć, ale udało mi się i tak być w najlepszym możliwym spocie przy barierce, i to po nie jakimś błyskawicznym kupieniu broszury w formacie A4 informującej o barcelońskim koncercie; "broszury", bo plakatem bym raczej tego nie nazwał. Klasycznie, rozglądałem się co było na tym merchu, koszulki z Dogs Blood Rising i Nature Unveiled (wzór tej drugiej mi się nie podobał), jakieś rzeczy z winylem i zdjęciami w jednym pakiecie, ale ostatecznie zdecydowałem się tylko na tę broszurę. Początkowo, aż do wejścia Alasdaira Robertsa na scenę, ludzi na płycie było mniej niż w Warszawie, balkony były dosyć gęste, ale na parterze do tej 19:30 nawet 1/3 tej powierzchni się nie zapełniła. Potem było pewnie lepiej, ale jakoś nie chciało mi się już odwracać głowy do tyłu po koncercie Szkota. Co Alasdair Roberts zaprezentował to folk w dosyć brytyjskim wydaniu, jak odsłuchiwałem jego debiut to trochę jego muzyka kojarzyła mi się z Joan Baez, inne jego rzeczy już natomiast nie tak bardzo i na koncercie też dużych skojarzeń z nią nie miałem, ale generalnie, to jest po prostu taki o folk i tyle, w dwóch czy trzech miejscach nawet nieco podelektryzował tego swojego akustyka. Fanem raczej nie zostanę, ale było przyzwoicie. I że Tibet nie wziął na support nikogo z zewnątrz, a swojego własnego gitarzystę, to potem publiczność mogła go zobaczyć jeszcze przez dwie godziny na tej scenie. Zastanawiałem się czy Davide Pepe, co rucha kolege, pokaże jakieś kolejne wybitne kinematograficzne dzieło spod swojej ręki, najprawdopodobniej zmontowane i zedytowane na szybko w Windows Movie Makerze, i jeżeli tak to czy będzie ono pokazane bezpośrednio po występie Robertsa między 20:20, a 20:50, czy jednak od 20:50 wedle czasówki, którą ustalono dla Current 93? Odpowiedź na te rozterki poznałem oczywiście na miejscu i okazało się, że jednak było pół godziny przerwy i Pepe swój film Sounds from a Timeless Dimension pokazał o tej 20:50. Za każdym razem, kiedy C93 są w innym mieście, są w nim ukazane ujęcia, krajobrazy i odgłosy z tych miejsc, w których odbywają się koncerty i to wszystko, te budynki czy wszelaka infrastruktura, odgłosy ludzkie, nawet jakaś odległa muzyka, są przyśpieszone w czasie, a poza tym są pokazane jakieś dziwne i surrealistyczne animacje, które już chyba natomiast, w porównaniu z nagraną na miejscu miejską przestrzenią, nie ulegają zmianom, bo wydaje mi się, że w Warszawie były one takie same, w Pradze najprawdopodobniej też. W porównaniu z forumowym panem M nie narzekam na jakość tych dzieł, bo dla mnie osobiście, coś w nich jest i mają w sobie jakiś cel, a w poniedziałek w tych 30-minutach byłem wyjątkowo zatopiony, bo z pierwszego rzędu jednak łatwiej jest się wczuć w taką projekcję i przyznam, że wyjątkowo się w to wciągnąłem, a tym wszystkim obrazom jeszcze akompaniowały buczenie, bardziej ambientująca muzyka, takie jakby techno grające bardziej z oddali, lecz jednak na pierwszym planie był jakiś hałas, bardziej neutralny ambient, który może się kojarzyć z jakimś Tangerine Dream, no i nie wiem jeszcze co... Jest to świetne wprowadzenie do tibetowskiej sztuki i tematycznie mówi nam, co to może być, ten bezkresny bezczasowy wymiar, może to być wszystko i równie dobrze nic, czas płynie nieskończenie i nieubłagalnie i w całym tym naszym wymiarze dzieje się mnóstwo różnych rzeczy, bardziej lub mniej pozytywnych, okrutnych, przepięknych, paskudnych, związanych ze śmiercią, z miłością, z przeszłością, z teraźniejszością. I o to w tym wszystkim prawdopodobnie chodzi. Po Rivers of Babylon wspaniałym otwieraczem dla tego koncertu mógłby być utwór It Is Time, Only Time, ale niestety nie fani ustalają te setlisty, więc tego kawałka niestety nie usłyszałem, ani na wstępie ani później. Na start poleciał Maldoror is Ded Ded Ded Ded, w tej samej interpretacji, która była w Warszawie i ja się spodziewałem, że mogą rozpocząć koncert właśnie albo tym utworem albo Jesus Wept - wolałbym Raio no Terrasu, bo nie słyszałem go na żywo, ale na Maldorora nigdy nie będę narzekał. Po tym jak Andrew Liles wyszedł na scenę po zakończonej projekcji filmu Pepe i poleciał kawałek Bonnie M, to następnie podczas pierwszych minut Maldorora na scenę w duetach z pewnym odstępem czasowym wchodzili poszczególni muzycy, do kiedy nie wszedł na nią w końcu najważniejszy z nich wszystkich. I tak, przeleciał ten Maldoror zajebiście, wspaniałe to było wykonanie i napomnę od razu, że cały koncert pod różnymi względami podobał mi się bardziej od tego warszawskiego, David mi się wydawało, że był w lepszej formie wokalnej, setlista miała lepszą dynamikę i w ogóle, było wspaniale! Jak poleciały pierwsze dźwięki The Great, Bloody and Bruised Veil of the World to aż mnie dreszcze przeszły i coś mnie wzięło jak zagrali The Bench and the Fetch, trzeci raz słyszałem ten utwór na żywo, ale tym razem to wykonanie wydawało mi się jakieś takie naprawdę wyjątkowo piękne, i to zloopowane pisklę na projektorze dodatkowo dodało na wzruszającym charakterze całości. Nawet Looney Runes (czy tam Panzer Ruin) lepiej zabrzmiało, przemieniona aranżacja z syntezatorów na gitary elektryczne to jedno, ale wokalnie też wyszło to lepiej i mniej płasko. W Warszawie miałem lekki problem z zaakceptowaniem Robertsa w roli wspierającego wokalu, a teraz zabrzmiał dla mnie w punkt, po prostu tak jak powinien i może to nie są żeńskie backing vocale jak w oryginałach, ale on jednak brzmiał nieraz tak zniewieściale, że w końcu byłem pod wrażeniem jego umiejętności. Jedyna rzecz, do której jestem w stanie się tylko przyczepić to setlista, bo była prawie że taka sama jak w naszej stolicy. Prawie, bo została skrócona i dosłownie ucięta o siedem kawałków i w zamian nie zagrali nic nowego, nad czym do tej pory ubolewam, ale w Barcelonie jednak pokazano jak koncert u nas pierwotnie powinien wyglądać i jak wszystko zrównoważyć tak, aby nie wyszło przesadnie. Nie brakowało mi kolejnego A Sadness Song, nie płakałem nad pominięciem The Summer of Love czy The Nudes Lift the Shields for War, w sumie nad niczym aż tak nie rozpaczałem, tylko Then Kill Caesar i The Descent of Long Satan and Babylon mogli już zostawić, bo ten drugi utwór świetnie działał na początek bisu, a jak nie zostawić to przynajmniej dać na miejsce jakiegoś Clouds at Teatime albo Mary Waits in Silence, i Time of the Last Persecution też trochę szkoda, ale muszę przyznać, że ten set jednak został ułożony z jakimś wyczuciem i wyobraźnią. Lider też był mniej rozmowny i miał mniejszy kontakt z publiką niż u nas, i można to zwalić na parę różnych czynników - albo nie miał nastroju na pogaduszki albo chciał się zmieścić w tę czasówkę tak dobrze jak to mogło być możliwe i to wyszło, bo ok. 23:18 było praktycznie po wszystkim. Tak, odchudzona Warszawa, z dwoma utworami na bisie zamiast czterech, bez The Cat is Dead i paru innych utworów w międzyczasie, ale mimo wszystko lepiej zrównoważona i na plus jak dla mnie, na tyle, że przynajmniej podczas Whilst the Night Rejoices Profound and Still nie słyszałem żadnego cmokania obok siebie, które mi nieco popsuło wtedy experience, przy czym i ten przepiękny utwór. Jak to johnny do mnie napisał, takiemu "psychofanowi" jak ja nie powinna przeszkadzać (prawie że) taka sama setlista, i w rzeczy samej jakoś nie ujmuje całości, ale i tak nie będę ukrywał, że po takim czasie nastawiałem się mimo wszystko na inny repertuar. I we wrześniu nie zdziwię się jak też będzie powtórka razy sześć, lecz wciąż łudzę się, że jakieś istotne zmiany się pojawią. O ile dożyję do wtedy, zobaczę jak będzie. W każdym razie, koncert w Barcelonie i tak był fenomenalny i bardzo się cieszę, że udało mi się na nim być! Po wszystkim paru ludzi jeszcze stało pod sceną, ja stałem, bo chciałem potem łatwiej wyjść z tego obiektu, bez problemu szło się dostać sporo sprawniej do wyjścia niż w Palladium i w sumie też byłem ciekaw czy ktoś cokolwiek daje ze sceny po tych gigach, ale jednak wszystkie setlisty trzymają dla siebie i nikomu ich nie dają. I w sumie dobrze, bo dzięki temu nikt nie jest poszkodowany potem, że ktoś, kto nie zasłużył dostał setlistę, a prawdziwego fana olano
To co chciałem i mogłem to chyba napisałem, ale jest jeszcze jedna rzecz, która może za mną jeszcze długo chodzić po wizycie w Barcelonie. Mianowicie, jak szedłem do swojego lokum po obczajeniu lokalizacji klubu Paral·lel 62 to minąłem dziewczynę, która jechała na wrotkach i miała na sobie bezrękawnik z logiem Kinga Diamonda, był to dosyć specyficzny i raczej niecodzienny dla mnie widok, aż się uśmiechnąłem do niej, ale ona chyba nie zczaiła o co chodzi i oboje zmierzyliśmy już po tym w swoją stronę

