28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Info o koncercie? Zlocie? Imprezie? Patrz tutaj

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

nugz
SMERF MARUDA
Posty: 11507
Rejestracja: ndz lip 15, 2018 10:08 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: nugz »

blackcocker pisze: ndz sie 02, 2026 11:03 pm CZEMU TO JEST DALEJ FORUM MAIDEN???!!!!

PRIEST PRIEST PRIEST PRIEST PRIEST PRIEST

przednia zabawunia, jestem bardzo kontent. Dzięki ekipa Opusa, absolutny rozpierdol i dyskoteka
I jak mam nie pisać, że bcc to jest Najlepszy Kolorowy 😀👊🏻
Awatar użytkownika
Sardi
-#Moderator
-#Moderator
Posty: 7656
Rejestracja: sob sty 23, 2016 11:06 pm
Skąd: Born in the BZ Land

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Sardi »

Wczorajsza Ostrawa to był taki Torwar Premium. Rob rozkręcony na maksa, Sentinel najlepszy od 2004, a może i jeszcze wcześniej, bez porównania z 2022. Painkiller podobnie jak w stolicy. Organizacja beznadziejna, informacje znikome, a jak już się pojawiały to sprzeczne. Poza tym bardzo dziwne wpuszczanie, które z BHP miało tyle wspólnego ile kręcenie jednej sceny przez pewnego buskiego filmowca i aktora z użyciem ciągnika na którym siedziały 4 osoby.

Towarzystwo zajebiste i Richie Faulkner też. Technik, technik pokaż rogi, dam Ci sera na pierogi.
BRUCE SPRINGSTEEN, JAN BO I RICHIE FAULKNER PONAD WSZYSTKO
https://www.last.fm/pl/user/sardynex
setlist.fm/user/matt01
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13235
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Schizoid »

Oooooo panie. Co za wieczór!

Generalnie po krótce należałoby opisać go jako „Wawa, ale lepiej”. Repertuar ten sam, zresztą raczej nie przewidywałem tutaj żadnych zmian, ale Rob niesamowicie szybko się rozkręcił na tej trasie. Otwarcie standardowe, YGATC mają ograne co do nuty, więc bez zaskoczeń, ale te pojawiły się podczas Metal Gods. Po Wawie razem z Sardim kręciliśmy nosami, że Halford na tej trasie śpiewa ten numer tak, jak został nagrany na płytę, a w XXI w. standardem były różne dodatkowe smaczki, które go urozmaicały i do których przywykłem… No to łysy postanowił nam zaserwować bonusowe screamy na finał dokładnie takie, jakie można usłyszeć na… Live Insurrection!!! Nosz kurwa!!! Oj, piękny moment i wtedy poczułem, że to może być ciekawy gig. No i był ciekawy, m.in. dlatego że zaraz potem się okazało, że lecą utwór po utworze - nie było ani jednej gadki, nie było "The Priest is back...", nie było kazania o trzymaniu wiary przed DtG. Mega dziwne, wydawało się, że to nie było obgadane wcześniej, bo techniczny w pewnym momencie nawet przyniósł Robowi krzesełko, na którym Halford zwykł siadać podczas swojego drugiego bantera. Nie wiem, czym to było podyktowane, no niecodzienna sytuacja, aczkolwiek nie wpłynęła na mój odbiór koncertu, choć byłem zaskoczony.

The Ripper raczej bez zaskoczeń, ale The Sentinel, o Jezus Maria, cóż za wykon! Potężnyyyyy był. Jak już Sardi napisał, dawno nie słyszałem tak udanej wersji, na pewno najlepszy performance na moim liczniku. Desert Plains klasa sama w sobie, wiadomo, ale Halford znowu postanowił się nie oszczędzać i rąbał piękne screamy :lol: W ogóle mam wrażenie, że Metal God bawił się w tej Ostrawie wyśmienicie, bo było sporo momentów (m.in. właśnie podczas numeru z 1981), kiedy wyciągał te górki, a następnie wyraźnie oczekiwał na aprobatę publiczności :lol: No i ogólnie mega ruchliwy był, cały czas łaził po tej scenie, tupał sobie po niej (XDDD), tańczył, podczas Steelera to w ogóle ze 2 kółka po scenie zrobił, chyba pobrał sobie Stravę i podbija statystyki. Z Robem było też dużo kontaktu wzrokowego, od czego się odzwyczaiłem w ostatnich latach. Lightning Strike też mocniejsze niż w Wawie, choć bez szczególnych zaskoczeń, po prostu lepszy wokal, no i w sumie to wystarczyło, żebym się na nim dobrze bawił. No i Turbo Lover, kuuuurwa - co za imprezka się rozkręciła za sprawą polskiej ekipy :D Siadł jak zły. Do tego podczas TL udało mi się strzelić jedną z lepszych fot Priest, jakie kiedykolwiek zrobiłem, więc fajnie, fajnie :D

Steelera tym razem odebrałem niestety gorzej niż we wtorek, bo nagłośnienie nie było najlepsze - dawno nie byłem na tak głośnym gigu Priest, do teraz szumi mi w uszach, chyba pierwszy raz od 2018. Nie było tragedii, ale mogło być lepiej pod tym względem, a Steeler to taki numer, że jednak selektywność instrumentów jest mile widziana, zwłaszcza w kwestii finałowej części numeru. Kolega @BCC miał stopery i nie narzekał, ja tym razem ich zapomniałem, więc mam nauczkę na przyszłość ;) W Delivering the Goods - w przeciwieństwie do polskiego koncertu - Rob ładnie wyciągnął górki w momencie "faster, higher!", więc jestem ukontentowany.

Karkołomny blok Panic Attack - Painkiller był świetny. Sam Painkiller na poziomie Wawy, ale on interesował mnie najmniej. Natomiast pozostałe numery, kuuuurde... Reprezentant Invincible Shield doszczętnie rozwalił mi bębenki uszne za sprawą górek Halforda, Victim zagrany z mega powerem, Valhalla też świetna, ani razu nie siadł Robowi głos. Nota bene widać, że Rysiek bardzo się cieszy grając swoje numery i widząc, że ludzie je znają i lubią.

Bisy jak zwykle takie same, ALE! Pod koniec Hell Bent for Leather Rob dodał niescenariuszowego screama na wzór zakończeń niektórych wykonów Freewhel Burning, także... "I'M HELL BENT FOR FUCKIN' LEATHEEEEEER"! Kurdebele, ale to robotę zrobiło :D Jak mówiłem, Rob był bardzo ruchliwy i na koniec utworu zsiadł z motocykla i wyszedł śpiewać finałowe wersy HBfL na front sceny, czego nie widziałem w sumie chyba nigdy :lol: No i Living After Midnight impreza totalna. A potem? I'm gone, I'm gone. The Priest will be back. Końcowy ukłon w pełnym składzie i... Rob, zamiast szybko zejść ze sceny, zachęcał ludzi do skandowania "Priest, Priest, Priest", cofnął się, usiadł tyłem na swoim jednośladzie i dalej zachęcał ludzi do skandowania xD

Koncert rewelacyjny, widziałem 1, może 2 występy Priest, które były porównywalne formą do niedzielnego gigu (Oberhausen 2026, Budapeszt 2022). Nie wiem, jakim cudem Potężny Gej był w stanie wyrobić taką formę w tak krótkim czasie, bo Wawę i Ostrawę dzielił zaledwie jeden przystanek na trasie, Wacken. A w Czechach zespół brzmiał, jakby od startu Faithkeepers minęło dobrych kilka tygodni. Cokolwiek nie do końca wyszło w Wawie, zostało dostarczone w Ostrawie - i to ze sporą nawiązką, bo dostaliśmy od kapeli ekstremalnie sycącą dawkę heavy fuckin' metal. Forma mutant, boję się myśleć, co będą wyprawiali jakieś 5 koncertów później :lol:

In Loving Memory jak zawsze średniawa i niesmaczne, gig 1:1 Wawa, te same przemowy, wszystko to samo, ale na szczęście 10 minut krócej grali.

Poznaliśmy trochę ludzi, w tym zajebistego Czecha, który był bardzo kumaty i który lubi wpadać do Krakowa, także relacje z ambasadorami Priest w innych krajach są nieustannie budowane :) Polaków trochę było, ale nie przywieźli ze sobą bydła (to robiliśmy my podczas Turbo Lover). Znowu odniosłem wrażenie, że publika była dość młoda. Może trochę starsza niż w Wawie, ale sporo nastolatków naliczyłem. No i venue praktycznie się wyprzedało, zostały jakieś pojedyncze krzesełka, głównie te z ograniczonym widokiem.

NATOMIAST MUSZĘ TEŻ WSPOMNIEĆ O ORGANIZACJI TEGO WYDARZENIA.

Pod Ostravar Arena zameldowaliśmy się o 10 rano. Przed nami była jedna Czeszka. Dość szybko okazało się, że do obiektu są 2 wejścia. My staliśmy pod tym głównym i wyglądało na to, że było ono wejściem właściwym. Wiecie - spore, teren areny odgrodzony dodatkowymi metalowymi bramkami, porozstawiane kosze. Coś jak na Tauronie na schodach pod areną, czy od pewnego czasu też Papp Laszlo. No ale ludzie ustawiali się raczej pod tym drugim wejściem. Ochrony nie było, jeden typ obstawiający okolicę dla tour busów gadał o tym "naszym" wejściu, ale nic w zasadzie nie wiedział i niezbyt umiał w angielski. Od obsługi areny padło hasło o otwarciu dwóch wejść i rzekomo oba miały być dla wszystkich typów biletów. Wejście główne (choć formalnie chyba oba wejścia są nazywane głównymi) w teorii powinno być dla nas lepsze, bo prowadziło na płytę od boku sceny, podczas kiedy tym drugim wychodziło się na końcu płyty i trzeba było przebiec całą jej długość, by dostać się na barierki. Uznaliśmy, że chuj, dobra, skoro nawet lokalsi nic nie wiedzą, to się podzielimy na 2 grupy i będziemy koczować w 2 miejscach jednocześnie, więc udałem się pod to drugie wejście. Wcześniej przezornie napisałem do czeskiego Live Nation w tym temacie, które... Kazało mi kierować się na to mniejsze wejście XDDD Super, nie? Zero oznaczeń, żadnej mapki eventu, NIC. No ale dobra, reszta ekipy dobiła i zadekowaliśmy się na wejściu od ulicy Ruskiej. Ochrona kazała nam odejść od drzwi dalej od murów areny. Nie dziwię się, bo jakieś żelastwo służące do regulowania ruchu mas ludzkich tam stało, no i pod samymi drzwiami niekiedy pojawiały się dostawczaki, więc trzeba było zrobić im miejsce. Problem pojawił się, kiedy grupa starych kurwa metali nie potrafiła respektować tego układu i oczywiście, że ta czwórka pierdolonych boomerów stała pod samymi drzwiami. Nikt tych kretynów nawet stamtąd nie usunął, bo komendy dostawali od obsługi strefy gastro, a nie od ochrony.

Zaczęło się robić nerwowo, ludzie stopniowo podchodzili coraz bliżej obiektu. Nasi zwiadowcy też zaczęli się kręcić pod drzwiami, dość niepozornie i z humorem, ale jednak :lol: W pewnym momencie podszedłem do nich zamienić parę słów, po czym zacząłem się cofać do czekających we "właściwym" miejscu, by zobaczyć, że... W końcu nerwy puściły i zaczął się bieg. No to obstawiliśmy kilka wejść, były łącznie 3. Bohaterska ochrona kazała nam się cofnąć do wyznaczonego miejsca, a następnie... Ustawiła jakieś kurwa metalowe płotki ZA NAMI XDDDDD Nie wiem, czemu to miało służyć, ale był to tylko przedsionek wiekopomnych wydarzeń spod Ostravar Arena i inteligencji tamtejszej załogi. Zaraz przed wybiciem godziny otwarcia obiektu podeszły do nas 3 osoby, które... Nie mam pojęcia, co miały zrobić. Chyba sprawdzić, czy w ogóle mamy bilety i nas przeszukać (oraz odebrać od nas nieregulaminowe przedmioty, sądząc po tym, że mieli ze sobą duże worki foliowe), ale tam zaczął dziać się taki chaos, że absolutnie kurwa nikt nie sprawdził tego, z czym wchodzę na arenę - i ja tutaj nie byłem wyjątkiem, a regułą. Zgodnie z ustalonym wcześniej planem, obstawiliśmy kilka wejść. Mnie, @Manicheanowi i kilku innym przypadło środkowe. Teoretycznie najgorsze, bo bezpośrednio za tymi drzwiami nie było skanera, więc należało kierować się do któregoś z dwóch punktów po naszej prawej i lewej. Tak by mówiła logika, nie? No to wyobraźcie sobie, że te jebane parówy otworzyły TYLKO nasze wejście XDDDDD Działy się sceny dantejskie. Z bezpieczeństwem to nie miało NIC wspólnego, bo jak poczułem ten ścisk, to parcie, to miałem w głowie tylko "o ja pierdole, ktoś tu dziś zginie". To był przepis na tragedię, zwłaszcza że drzwi szczególnie szerokie nie były. Byłem jednym z pierwszych wchodzących do obiektu, przede mną tuż za progiem jakaś baba się spektakularnie wywaliła, więc ją ominąłem i zaskakująco sprawnie zeskanowałem bilet jak kartę pokładową na lotnisku. Potem już tylko bieg pod barierkę, no i był mój klasyczny spocik pod Faulknerem, ale przez ten burdel udało mi się zająć miejsce tylko dla 3 osób łącznie ze mną, bo reszta dżentelmenów dobiła na miejsce dość długo po mnie. I tak nie mieli źle, bo ani ja ani @BCC kolosami nie jesteśmy, więc widok z 2 rzędu trafił im się raczej dobry. Aaaaaa, no i to domyślne wejście zostało otwarte, ale jeśli ktoś z biletem na GA chciał przez nie przejść, to... W środku areny musiał robić okrążenie 1/4 jej obwodu i podbić pod te skanery na wejściu od ul. Ruskiej. Ale bym się wkurwił, gdybyśmy jednak postanowili rozlokować się od strony dużego wejścia. Całe szczęście, że LN łaskawie mi odpisało, bo bez tego byłyby ciężary, mimo faktu, że byliśmy naprawdę sporą grupą, co też sporo ułatwiało (7 osób, licząc osoby spoza forum).

Plus za rozdawanie wody, ale Boże święty, to był tragicznie zorganizowany event, absurdalnie wręcz zorganizowany. Chyba pobił u mnie zeszłoroczne Niemcy, gdzie też doszło do okrutnej fuszerki (pisałem o niej w detalach rok temu, jak ktoś lubi takie tematy, to polecam swój tekst o wchodzeniu na arenę w Oberhausen). Tutaj było brak jakiejkolwiek komunikacji i brak jakichkolwiek standardów bezpieczeństwa. Totalna amatorka i ogólnie straszne doświadczenie, w życiu nie sądziłem, że ten koncert pod względem organizacyjnym wywoła u mnie takie PTSD. Sam występ na szczęście wynagrodził te przeżycia, ale no naprawdę... Tragiczna organizacja.

Pozdrowienia dla wszystkich spotkanych, w tym ofc forumowej ekipy: @Sardi, @Manichean, @BCC, @Caracal.

Nic na tej trasie nie złapałem (w sumie sytuacja dla mnie nowa, bo chyba z każdej trasy jakiegoś fanta mam), ale ja już nic nie muszę łapać ;)

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
johnny_o
Ten, Który Czyta Wszystko
Posty: 9576
Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
Skąd: Prawie Warszawa

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: johnny_o »

Zajebista relka, bardzo sugestywna :) Kolejny raz piszesz że już niczego nie musisz łapać, co to konkretnie oznacza? Masz komplet fantów od całego zespołu, jakieś wielosztuki?
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13235
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Schizoid »

Mam nie wiem ile kostek od Faulknera i co najmniej po jednym fancie od reszty, z wyłączeniem Andy'ego, bo po prostu nigdy pod nim nie stoję. Fajnie by było to kiedyś tam nadrobić, ale ciśnienia nie mam. Natomiast bardziej chodziło mi o to, że to co mam jest więcej niż wystarczające i po prostu na tym etapie nie zwracam już uwagi na fanty, w zasadzie w ogóle, nie tylko w kontekście Priest.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
nugz
SMERF MARUDA
Posty: 11507
Rejestracja: ndz lip 15, 2018 10:08 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: nugz »

Oznacza pewnie to, że ma w te fanty wyjebane i jest tam dla wyższych celów duchowych, przed ukochanym zespołem :)

Czyli mimo tej samej setlisty, spontanu na scenie nadal tyle, że można go pokroić i dać Maidenom z prezencie na kolejne dwie trasy ;) A oni i tak nawet nie otworzą paczki XDD
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12413
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Bon Dzosef »

Wow, to chyba pierwszy raz jak czytam o spontanicznym Halfordzie, nigdy na Priest nie widziałem, żeby wychodził poza skrypt i raczej zawsze poza wokalem to wycofany/zamulony. Fajna relka, ale nie żałuję, że zostałem w domu.
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13235
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Schizoid »

nugz pisze: pn sie 03, 2026 2:14 pm Oznacza pewnie to, że ma w te fanty wyjebane i jest tam dla wyższych celów duchowych, przed ukochanym zespołem :)
Tak, ogólnie tak jest. Wiadomo, człowiek był młodszy, to mu takie rzeczy imponowały. Zresztą nie powiem, nadal są muzycy, od których chciałbym tego rodzaju pamiątkę, no ale tylko głupi by nie podniósł z ziemi kostki przykładowego Gilmoura. Ale generalnie to ciśnienia nie mam, tego Sneapa to tak bardziej dla formalności bym chciał, absolutnie bez napinki :)
Bon Dzosef pisze: pn sie 03, 2026 2:24 pm Wow, to chyba pierwszy raz jak czytam o spontanicznym Halfordzie, nigdy na Priest nie widziałem, żeby wychodził poza skrypt i raczej zawsze poza wokalem to wycofany/zamulony. Fajna relka, ale nie żałuję, że zostałem w domu.
On wokalnie potrafi być bardzo spontaniczny, ale tak, jeśli chodzi o mobilność itp, to zazwyczaj absolutnie nie jest.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1211
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: manichean »

Ode mnie idzie nieco większe, bo po Warszawie nie chciałem odrazu wrzucać swojej relki.

Tydzień Judasowych wrażeń dobiegł u mnie końca, więc mogę coś skrobnąć o obu koncertach, które szczęśliwie były tym razem w miarę w zasięgu ręki. Przygotowania od strony biletowej zaczęły się średnio, bo o ile wlotę do Ostrawy kupiłem na TM zawczasu, tak z wejściówką na Torwar przycwaniłem i było trochę czatowania, co skończyło się dorzuceniem do ceny wyjściowej za płytę 50 zł. Jest nauczka za niedocenianie popytu Priest ;)

Chyba przez przesycenie w ostatnich dwóch latach (a już na pewno rok temu), nieco później niż normalnie zacząłem sobie odświeżać Judaszowe kompozycje. Na trasę nakręcałem się głównie pod kątem szerszego repertuaru ze SWOD i Turbo. A tu wleciała nagle setlista z BOB Festu i był nie mały „zonk”. Odczułem wtedy zarówno rozczarowanie, jak i zadowolenie, gdzie to drugie wyrównało nastroje przed koncertowe takimi cackami jak Delivering the Goods czy HALLS OF VALHALLA, ale również Victimem i Desert Plains.

Warszawa:
Do miasta z Mazowsza ruszyliśmy wspólnie z Sardem za pomocą Flix Busa. Z uwagi na dość małą, tycią rzekłbym chętkę na oglądanie coverbandu coverbandu, 50 minutowe opóźnienie naszego przyjazdu na dworzec autobusowy na Warszawie Zachodniej wcale nas nie przejęło. W sumie nawet zdarzyło nam się jeszcze skoczyć jeszcze po hotdogi :D. Tuż pod Torwarem objawił się nam na chodniku @BonDzosef i razem ruszyliśmy do kontroli. Nieźle tam kazali pokazywać kieszenie. Po nieskorzystaniu z pięknej fotobudki zespołu (Tylko 30PLN!), ruszyliśmy do głównej hali. Na widok wyświetlającego się loga mina nieco zrzedła. W trakcie występu Synów nieboszczyka, do grona dołączyli jeszcze @pz, @czystezlo i @barsiarz, także sanatoryjny zestaw rósł cały czas w siłę. Bastardzi skończyli najbardziej nieemocjonującym wykonem Heroes, jaki dotąd słyszałem. Przychylam się za to do spostrzeżeń innych koncertowiczów - ten nowy na wokalu był znośniejszy. Ale mniejsza o nich, do creme de la creme zostało raptem 30 min i humor zaczynał się ładnie uwydatniać :)

Moment na War Pigs, i oto pierwszy raz słuchałem na otwarcie utworu, który powinien koncerty JP zamykać. Nie uraziło to jednak realnie mej estetyki, bo YGTAC tak czy siak uwielbiam i od razu zaczęło człowieka od niego nosić. Postaliśmy jakoś 15 metrów od sceny do końca Metal Gods, by po nim od razu namierzyć pobudzony od Brejkin de Lo tłum po stronie Rysia. Dobiliśmy tam po przebyciu małego kotła mniej więcej do 6 rzędu, gdzie, przynajmniej ja, spędziłem resztę koncertu. No i właśnie, spodziewałem się tam stałego falowania, masowania pleców itp. Nic z tych rzeczy, było to najspokojniejsze JP nad Wisłą. Na Sentinelu miałem jeszcze szybkie spotkanie wzrokiem z Richiem, który rozpoznał „bywalca” – wskazał na mnie i uderzył się w pierś z uśmiechem. No jak tu sukinkota nie kochać :D

Całość koncertu to była, bodajże, najlepsza Judasowa zabawa, na której dotąd byłem. Ligthing Strike, na które psioczyłem przed wyjazdem, podrzuciło mnie w pierwszych sekundach do góry. PA po interze również siadło, a HALLS OF VALHALLA wlało gdzieś w głębi mnie wzrusz za czasy Judasowe, których nie doświadczyłem wtedy jeszcze live. Trójca z ery Rysia zrobiła swoje. Na Steelerze i Hell Bent trochę odpoczywałem, więc to najmniej pamiętne momenty koncertu. Living After Midnight, które nieraz chcę by opuściło set, dało (o ironio, znowu) tak fantastyczne bujanie na koniec, że odwołuje swoje chrząkania i chcę, by leciało na finał koncertów już do końca ich kariery. Przed Painkillerem betowaliśmy z Dzosefem, jak źle zaraz będzie, ale Robuś szybko ustawił do pionu. Trzeci koncert na trasie i była forma, bezapelacyjnie.

Nie tak łatwo wskazać konkretny highlight z tego wieczoru. Na poprzednich trasach były jednak momenty ewidentnie charakteryzujące dany koncert na przyszłość, więc na warszawskim gigu do przodu wysunęło się chyba najbardziej Victim of Changes. Jednak były to u mnie, i u wielu innych z forumowiczów aż cztery lata rozłąki, jako że utwór „postanowił” ominąć Dublin i Kraków w 2024. Przez czasową rozłąkę również Desert Plains miało swój urokliwy moment w moim odbiorze.

Spod Torwaru skoczyliśmy na dworzec, czekaliśmy potem 20 minut w Częstochowie i dostaliśmy (a raczej głównie Sard) wykład o nagłaśnianiu koncertów. Teraz już wiem, że floor ma być delikatnie rozłożony na przodzie, max 120 hz :D No i dobrze też, że miałem zdalkę od 10 rano, bo w biurze byłaby najpewniej mogiła.

Ostrawa:

Reszta tygodnia zleciała całkiem szybko. To było dziwne uczucie, bowiem dotąd na drugie JP na danym legu czekałem przynajmniej z dwa tygodnie, a wręcz dłużej. Także 5 niepełnych dni rozłąki było w tym przypadku bardzo małą przerwą. Z uwagi na to, że w niedzielę rano miasto Kraków postanowiło zamknąć kilka ulic w centrum pod niezwykle potrzebny wszystkim triatlon, musiałem się kimnąć u Schiza. Ruszyliśmy rano w ekipie z @Sardim i @blackockerem. Pod areną pojawiliśmy się mniej więcej po 10. Zaraz po wysiadce zajęliśmy miejsce pod bramą odgradzającą jedno z wejść do areny Ostrawskiej. Od ochrony obiektu nie dało się specjalnie dowiedzieć, które wejścia będą dokładnie otwarte, czy jest podział wejście GA – wejście trybuny, gdzie się ustawić. I tu też zaczęły się NIESAMOWITE przygody z tym jakże wybitnym miejscem. Progres sytuacji wyglądał do otwarcia mniej więcej tak:

- po kilku obchodach dostaliśmy info od LN czeskiego, że jednak powinniśmy stać od drugiego wejścia
- wszyscy czekali tuż pod drzwiami
- po 13 padło info, że mamy się przesunąć za siatkę przed wejściem (barierki nie były rozstawione)
- po powolnym przesuwaniu się wszystkich (spowodowanym przez czterech dziadów morawskich, którzy mieli w dupie pozostałych i zapowiadali, że się nie cofną) następuje samoczynny szturm na drzwi po 17
- cofają nas i rozstawiają dziwacznie barierki, które cały dzień stały sobie oparte o ścianę (nikt się za nimi nie ustawia)
- na kwadrans przed otwarciem wysyłają czterech nastolatków do trzepania ludzi w rzędach PO 40 OSÓB
- wszyscy zaczynają biec i olewają kontrolę
- trzecia wizyta pod drzwiami do areny – drzwi także były na trzy kolejki
- punkt 18 otwierają WYŁĄCZNIE środkowe drzwi pod którymi stałem
- ludzie się prawie stratowali
- nie działał skaner do mojego biletu, trzy osoby zaczęły podkładać agresywnie swoje kody, finalnie nawet nie wiem czy mój został zeskanowany, ale baba od kontroli przytrzymała mnie co najmniej 15s przez to.

Kur-wa mać. Wszystkie poprzednie złe doświadczenia z wchodzeniem na areny zostały pobite. Tam chyba każdy z obsługi miał pierwszy dzień pracy na wydarzeniu masowym. No koszmar. Gdyby nie to, że Schizowi bardziej się poszczęściło ze skanerem, o barierce moglibyśmy zapomnieć - będąc w zasadzie pierwszymi osobami czekającymi od rana. Żenada i obciach, nie chce już jeździć na koncerty do południowych sąsiadów. Plus, że arena była faktycznie nieźle chłodzona i ratownicy rozdawali wodę po Bastardach i bliżej końca JP.

Kolejnym genialnym punktem wieczoru były 2 godziny czekania na wiekopomny support. W oczekiwaniu na niego próbowałem lunąć swój bilet na TicketSwapie. W sumie było 50/50 szans, że nie został wcześniej zeskanowany. Miałem jednak dziwne problemy z wystawieniem oferty, a kiedy już się to udało, to spadła po 15 minutach. Może sam coś kliknąłem niewłaściwie. Zero powiadomienia co było nie tak, odechciało mi się w to po tym bawić. Czytałem potem i TS nie ma dostępu do bazy TM by sprawdzić, czy dany bilet został już użyty. Co było nie tak, to już się pewnie nie wyjaśni.

Synkowie wczoraj byli znośniejsi z tej prostej przyczyny, że set był krótszy o 10 min od tego warszawskiego. Mam nadzieję, że klątwa się już wyczerpała i naprawdę ich już więcej nie zobaczę. Koncert ten również dał na sobie odczuć, że głośniki są MOCNO podkręone, i raczej będzie trzeszczeć po obu występach w uszach. 30 minut dla technicznych Priest, i po raz kolejny w tym tygodniu wybrzmiało War Pigs. Coś pięknego, momentalnie zapomniałem, że arena w Ostrawie istnieje i ktoś tam organizuje koncerty na krzywy ryj. Od samego początku niosło wyśmienicie. Spot klasyczny, ale i tak nieco bliżej środka, co jest dla mnie rzadszym ustawieniem na Priest. To także wpływało na to, że mój wzrok mógł częściej powędrować na Iana i Andyego, którzy normalnie mi totalnie giną z widoku, a szkoda mi czasem połowicznego obserwowania co się dzieje na scenie.

Koncert sobie leciał w najlepsze, a tu nagle Robuś – na piątym koncercie na trasie – zaczął wierzgać. Oj bił, lał do bólu – moje uszy to nadal czują, zresztą o tym jeszcze na koniec. Wyciągnął absolutnie absurdalnie dobrze na końcowych partiach Metal Gods, Sentinela, LS, PA, czy Victima. Ale efekt wow nie był wyłącznie na końcowych aktach, Rob leciał praktycznie cały koncert w formacie premium. To była znacząco wzmocniona forma względem Warszawy, absolutnie bez porównania. Ba, rok temu chłop robił takie rzeczy w Oberhausen dopiero na koniec europejskiego legu, do tego nie na aż tylu utworach. Jest rok starszy i znowu wspina się na wyżyny możliwości. Niesamowity, niebywały wręcz człowiek. Z moich 9 koncertów Priest, chyba najmocniej wczoraj przygrzał. Z drugiej strony, zero gadki było z jego strony. Nawet w Warszawie powiedział klasyczne The Priest is Back, a wczoraj cisza.

Tym razem najlepsze wspomnienia mam zdecydowanie z HALLS OF VALHALLA. Po pierwsze, to poniekąd dla mnie główna perełka tej trasy, po drugie, w jego trakcie zarówno Rob, jak i Richie, podeszli na bezpośrednie śpiewanie do naszego kącika dociekliwych koneserów. Temu drugiemu ewidentnie się podobało, że stare Z-tki cieszą ryjce do utworu ze swojej pierwszej płyty z Priest. Co zresztą już widział w Dublinie 2 lata temu :D Poza tym, Sentinel. Zdecydowanie najlepszy wykon tego kawałka u mnie, to był baaaardzo potężny wykon. Również Victim był ponownie mocniejszą częścią koncertu, co raczej nie budzi zaskoczenia – ale tutaj mimo wszystko preferuję wykony z 2022. W sumie tym razem nie było nic, co przeczekałem lub przyjąłem neutralnie, Steeler i HBL jak najbardziej weszły.

Turbo Lover i Living After Midnight to największe przeboje heavy metalowe, koniec kropka.

Po bisach Ian rzucił na mnie kostkę, która otarła mi się o ramię. Odwróciłem się i poleciałem po nią na ziemię. Zadrapałem sobie przy okazji skórę przy łokciu, tylko po to, żeby odkryć, że była to kostka Richiego, najpewniej rzucona w trakcie koncertu :lol:. No nic, kostki Ryśka z logiem IS jeszcze nie miałem, także fajnie.

Koncert genialny i na pewno zapisujący się wysoko w annałach moich przygód z Priest. Spokojnie mogę go zaliczyć do mojego Judasowego top 3.

Co do trasy, jestem mega zadowolony z tych ekranów LCD po bokach i z tyłu. Zmiana kierunku oświetlenia na scenie nieco zmieniła klimat ostatnich koncertów. Wydaje się ona jakoś naturalnie większa, więcej się dzieje na scenie i ogólnie, ma to jakiś świeży sznyt. Taka zmiana wystroju scenicznego to postępujący trend, i nie mogę powiedzieć, bym jakoś tęsknił za czysto analogowymi dekoracjami z małym ekranem z tyłu. Kolejny plus, Scott jest teraz oświetlany prawie cały czas osobnymi światłami. To też jest niezły ruch, bo nie dość, że jest zawsze z tyłu, to często niezbyt na niego światło padało. A tak to mogłem wczoraj oglądać jak majstrował na garach. A co do setlisty, ta rok temu oczywiście bardziej wyciskała soki z człowieka, natomiast aktualna z Faithkeepers okazała się być naprawdę udanym przekrojem dyskografii. Chociaż nadal, lekki smutek za brak Reckless czy Out in the Cold pozostanie.

W trakcie powrotu był szampański klimat, który nieco mi popsuła informacja o odwołaniu mi przez żydków noclegu na OFFa. Jeszcze nie wiem jak to rozwiążę, a to między innymi przez kwestię tego, że mam aktualnie totalnie zatkane prawe ucho XD No bo właśnie, koncert był głośny, ale jak Rob parę razy przytentegował ostry slide na wokalu, to z pewnością przekroczyło 130db. Plus, mogło mnie zawiać (w Ostrawie nie było wczoraj za ciepło). Śmiesznie rusza ten tydzień.

Pozdrawiam całą ekipę wyjazdową @BCC, @Sardi, @Schizoida, dla którego idą osobne podziękowania za zapewnienie dla mnie miejsca do spania. Pozdro również dla @Caracalized który stał z nami od pewnego momentu we wspaniałej kolejce i na koncercie.

EDIT: pozdrowienia pisałem do Ostrawy, więc mi się trochę omsknęła Warszawa. Pozdrowienia również dla @pz @czystezlo @barsiarz @Bon Dzosef @BroWar i dla nowo poznanych forumowiczów :pijak:
Ostatnio zmieniony pn sie 03, 2026 6:14 pm przez manichean, łącznie zmieniany 2 razy.
nugz
SMERF MARUDA
Posty: 11507
Rejestracja: ndz lip 15, 2018 10:08 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: nugz »

Schizoid, propsuję, to Twoja naturalna ewolucja jako Turbo-Fana Priest :) W sumie gdybyś dalej miał uganiać się za fantami, czy tam żebrać pod sceną, to nie do końca by mi sie to zgrywało z Twoją aurą w temacie JP :)
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13235
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Schizoid »

Nie no, to też nigdy nie było tak, że jakoś szalałem za tymi fantami. Jak ma się -naście lat, to fanty są naturalnie bardziej interesujące. Ale no po prostu albo wpadały, albo nie. Z reguły wpadały. Może nie na każdym gigu, ale na każdej trasie już tak. Doświadczenie muzyki na żywo zawsze było priorytetem, a żebracy zawsze byli jebani ;)

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
nugz
SMERF MARUDA
Posty: 11507
Rejestracja: ndz lip 15, 2018 10:08 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: nugz »

I bardzo fajnie, nie bądź za wszelką cenę fant-keeperem ;)
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13235
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Schizoid »

O, mam jeszcze takie jedno mikrospostrzeżenie, które miałem już we wtorek, ale zapomniałem o nim napisać. Nie kojarzę tego z poprzednich tras.

Już bardzo dawno temu "choreografia" (nadużycie tego słowa, bo to drobnostka) na Victim wyglądała w ten sposób, że podczas "takes another drink or two..." Rob podchodził do Glenna, opierał mu się o ramię i śpiewali to razem, co można zobaczyć na wielu video z tamtych czasów. Tutaj przykład z US Festival '83, ale na takim Epitaph wciąż to robił:
Zrzut ekranu 2026-08-03 165845.png
Teraz ten manewr robiony jest z Faulknerem zamiast Tiptona. Trochę smutne, trochę symboliczne.

No po prostu taka ciekawostka.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
nugz
SMERF MARUDA
Posty: 11507
Rejestracja: ndz lip 15, 2018 10:08 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: nugz »

VoC, right there, po jednym slajdzie ;)
A dobra, czyli to nie była zagadka :D
Dodałem posta, Schiz w tym samym czasie też, strona na fonie zjechała na dół i zobaczyłem głównie fotę i tekst pod nią ;)
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1953
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Caracalized »

Czekam sobie w pubie The Little Owl znajdującym się w Bickenhill z 20-30 minut piechotą od lotniska w Birmingham na margeritę, opaskę z Bloodstocku ciągle na sobie mam i niesamowicie oczekuję lotu do Łodzi, w której nawet bieganie psom szkodzi, który jest dopiero za 6,5 godziny, dlatego też to świetna okazja przynajmniej do rozpoczęcia relacji z mojego pobytu w środkowej Anglii, czy może bardziej zachodnio-środkowej.

Ale zanim do tego przejdę to na krótko napomnę jak było w Ostrawie, a nic właściwie przez ten czas nie pisałem, bo to co napisać mogłem zostało dobitnie podane przez innych kolegów. Na tym koncercie tym razem nieco bardziej się skupiłem na laserkach i oświetleniu i też zwróciłem uwagę, że Halford nie zrobił growlu pod koniec Metal Gods, a w Warszawie był i to dosyć wyrazisty. Widocznie raz go robi, a raz nie, w Mönchengladbach, Halle i wczoraj na Bloodstocku też go nie było o ile ta krótka pamięć mnie jeszcze nie zawodzi, a może być z nią tylko gorzej, o czym wspomnę w dalszej części tego wpisu. W każdym razie, pod tymi różnymi względami był to wybitny koncert i naprawdę głośny, co bez zatyczek bardzo odczuwałem. Ogarnijcie sobie, że do Czech zapomniałem tych zatyczek po prostu zabrać, a wczoraj natomiast jedną zgubiłem i znowu Judas Priest musiałem bez nich słuchać, a wolę już słuchać koncertu bez zatyczek niż z jedną w jednym uchu xD Wejście wraz z organizacją było wybitnie chujowe, jedno z najgorszych w moim życiu, ale mimo tej chujowizny Kraków 2,5 roku temu wspominam równie źle przez tę niemożliwą nie robiącą przez długi czas żadnego progresu kolejkę, ale mimo tego czeski koncert nadal uważam za najlepszy z tych co widziałem na tej trasie, albo najlepszy na równi z Halle, lecz najlepszej formy samego Halforda doświadczyłem zdecydowanie u naszych południowych sąsiadów. W tym miejscu dziękuję przede wszystkim Schizoidowi, który już w Warszawie mi powiedział, że spokojnie mogę się dołączyć do jego ekipy te kilka dni później, więc czułem się naprawdę mile widziany tam dzięki niemu. Sorry tylko, że byłem trochę przygaszony i nic się prawie nie odzywałem, ale Sardiego, manicheana, Blackcockera i nieforumowych kolegów również pozdrawiam

Od tamtego wydarzenia 6 dni czekałem na wylot z Krakowa do Birmingham, miałem oczywiście lekkiego stresa, bo nigdy wcześniej nie byłem w UK i z jakiegoś powodu tej kontroli paszportowej bardzo się obawiałem, ale ostatecznie wszystko poszło elegancko. Chciałem zrezygnować z tego wypadu i już nawet przeboleć te 800 czy 900 zł za lot, których i tak by mi pewnie nie zwrócili, bilet na Bloodstock przynajmniej ubezpieczyłem i nocleg też mogłem odwołać bez problemu, ale to nadal na tyle dużo pieniędzy, że jak już tyle w to zainwestowałem i nerwów sobie zjadłem to już zdecydowałem się tam polecieć i chuj, w najgorszym wypadku będzie źle, ale przynajmniej będę sie trzymał tego co sobie zaplanowałem. Jak kupowałem bilet na ten Bloodstock to Judas Priest ciagle poza tym festiwalem mieli ogłoszony jedynie występ na Reload w Niemczech i mijały miesiące bez żadnych nowych ogłoszeń, więc pomyślałem, że to może być jedna z zaledwie dwóch okazji do zobaczenia ich w tym roku, więc bodajże we wszystkich świętych kupiłem wejściówkę na niedzielę i na opłacenie przelotu zdecydowałem się jakieś 10 dni później. Tak, dlatego właśnie zdecydowałem się tam polecieć, bo zespół tylko dwa występy na ten rok miał ogłoszone, a jakiś miesiąc później jak na złość ogłosili "resztę dat" na 2026 rok. Napisałem to w cudzysłowie, bo w marcu dogłosili jeszcze inne daty do 21 września i przez to kolejne ogłoszenie zdecydowałem siebie jeszcze Rzymem dobić, więc póki co mam miesięczną przerwę od Bogów Metalu na żywo, chociaż równie dobrze mógłbym mieć dożywotnią, bo czuję, że w tym roku i tak wystarczająco sobie użyłem ich gigów. Tak, 3-4 koncerty z tą samą setlistę są jak najbardziej wystarczające, więcej to już nikomu niepotrzebna dobitka, no ale jak już się zaplanowało tyle wypadów to trzeba je sfinalizować. Pojebało mnie. Tyle słowem podsumowania mógłbym napisać, ale do niego trochę jeszcze zostało.

Paszport wyrobiłem sobie dopiero w drugiej połowie czerwca, ale nawet tydzień nie minął i już go mogłem odebrać. Świetnie. Jak już go odebrałem to zarejestrowałem się do ETA w domu i do któregoś czerwca 2028 roku mogę podróżować do Wielkiej Brytanii, więc jak nadarzy się okazja jeszcze to zajebiście, a jak nie to pieniądze trochę wyjebane w błoto, no ale przynajmniej paszport jest na 10 lat i z nim mogę do Japonii i w inne obce miejsca polecieć. I ja z tą Japonią, a szczególnie z Osaką, odbiegałem myślami w przyszły rok parę miesięcy temu, bo jest tam jeden festiwal noise'owo metalowy, na którym są C.C.C.C., Whitehouse czy Intestine Baalism, ale jak zobaczyłem ceny tych lotów i jak długo trzeba tam lecieć, i to z przesiadką, a nie tak bezpośrednio, to zrezygnowałem. Nie na moją kieszeń podróż do krainy kwitnącej wiśni jeszcze jest, a w samej Polsce jest tyle Azjatek, że kiedyś może mi się uda jakąś wyrwać ;)

Caracal in delusion, here we fuckin' go!

No ale trzymając się tematu, jak miałem wszystko co do wylotu miało być potrzebne to byłem trochę spokojniejszy i nawet zaczynałem się nim jarać, lecz wciąż jednak z oczywistą myślą, że gdybym miesiąc jeszcze się wstrzymał to nawet by mnie tam nie było, ale nie wycofuję się już za nic w świecie. A jedną z atrakcji poza Judas Priest było też bardzo powierzchowne zwiedzenie samego Birmingham. Tak więc, pochodziłem i coś tam zobaczyłem. O sabbathowski most zahaczyłem. Ogromnego na 33 stopy byczusia również zobaczyłem, ma na sobie oksy Ozzy'ego nawet teraz i na cześć Ozzy'ego właśnie nazwali go Ozzy. Fajnie zobaczyć z bliska taką konstrukcję. I jeszcze parę metrów od dworca na New Street jest otwarta dla każdego o bylejakiej dowolnej godzinie miejska minigaleria, w której znajdują się murale z płytami Rio, Vol. 4 i Labour of Love oraz parę jakichś dzieł sztuki. Spodobało mi się to miejsce, ale zabrakło mi w nim Judas Priest, bo oni też przecież są z tego miasta. Co tam jeszcze widziałem? Baskerville House, pozłacany pomnik Boultona, Murdocha i Watta, Library of Birmingham, te wszystkie miejsca co wymieniłem są praktycznie obok siebie, no i ogólnie to co w mieście można zobaczyć, ale też bardzo lubię ceglaną architekturę i te niektóre okołogotyckie zabudowania były miodem dla moich oczu. Czułem się bezpiecznie, nikt nawet krzywo na mnie nie spojrzał, jeden gość spytał mnie tylko o papierosa, ale w grzeczny sposób, inny osobnik chciał parę pensówek do biletu, ale nic nie miałem, bo jakieś pół godziny wcześniej jakiemuś czarnemu grajkowi perkusiście dałem ostatni brytyjski bilon jaki miałem wtedy, i niech się cieszy z tych dwóch funtów 😁 A dla tego biedaka na dworcu nic nie mogłem znaleźć. Karma nie wraca, więc nie nastawiam się na to, że ktoś mi nagle da zapomogę za to gówno, które sam robię, chciałem to wrzuciłem do futerału i nie żałuję. Tak czy siak, nie czułem się mniej bezpiecznie niż w Polsce, być może nawet i bardziej niż w niej. Chuj, że trochę muzułmanów i czarnuchów jest, nic nikomu nie robią, a przynajmniej nie byłem świadkiem jakiejś chociażby jednej przykrej sytuacji; zajmują się sobą i mają gdzieś ludzi, którzy nie mają z nimi nic wspólnego, no ale może za krótko tutaj byłem, by tak jednoznacznie to ocenić. Jak patrzyłem dzień przed wylotem jeszcze za jakimiś brytyjskimi knajpami z wegańskim lub wegetariańskim jedzeniem to zwróciła moją uwagę jedna w Soho, ale jak przeczytałem, że to najniebezpieczniejsza dzielnica Birmingham, w której pełno ćpunów i różnej maści bandytów jest to zrezygnowałem z odwiedzenia tego miejsca. Zresztą, zaraz przy hotelu była knajpa, w której też serwowali coś bezmięsnego, więc w niej zjadłem i mi wystarczyło, nie chciałem kombinować w ogóle z szukaniem nie wiadomo czego. Wspomniałem o tym miejscu zaraz na samym początku w pierwszym akapicie i od jakichś trzech i pół godziny w nim nie jestem, w tej chwili siedzę sobie na lotnisku już dawno będąc po kontroli bezpieczeństwa i cieszę się, że tak spokojnie tu teraz jest, żadnego hałasu, rozmów, wkurwiających bachorów - po prostu cisza. Luksus!

Sobota była stosunkowo udana, dzisiejszy poniedziałek też jest, ale czas na bardziej ponurą i rozczarowującą część tej relacji. Początek niedzielnego poranka nie był ani zły ani dobry, łazienkę mi zalało po prysznicu, bo coś tam przedziurawione pod tą kabiną jest, ale obsługa to posprząta prędzej czy później, więc to jeszcze nic. Gorzej, że musiałem z toalety na parterze potem korzystać, bo w swojej bym się utopił. Jajecznicę zjadłem i popiłem sokiem pomarańczowym, bo śniadanie miałem w cenie swojego pobytu to skorzystałem i nie musiałem potem przymierać głodem przez długie godziny. Była jeszcze fasolka w jakimś sosie, ale nie chciałem ryzykować przed koncertami. Nie znam się na brytyjskiej kuchni, ale jakiejs wykwintności to oni chyba nie mają, bo jak szukałem czegoś regionalnego w wariancie, który mnie interesuje, no to co było w ofercie niektórych barów? Fish and chips 😂 Pewnie tak mnie to rozpierdala, bo kojarzy mi się to z Gracjanem Roztockim, który swego czasu chwalił się swoimi umiejętnościami kulinarnymi na swoim Youtube i nawet podśpiewywał do tego "Fish and chips, siabadabadaba, fish and chips, lalalalalala, fish and chips" czy jakoś tak i ciągle mi to siedzi w głowie jak o tym myślę. Iks de na potęgę i martwość xD

Zamówiłem bolta, bo Bloodstock jest na jakimś chujowym niekomunikatywnym zadupiu, na które żadne pociągi czy autobusy nie dojeżdżają, ale jeden minimalny plus jest taki, że wydałem na niego w obie strony mniej niż byłem na to nastawiony. Jak wyszedłem z terenu festiwalu to długo krążyłem i szedłem tak długo póki przestanie być ruchliwie i będę miał jakieś połączenie z netem, bo w takim miejscu oczywiście i z netem ciężko. I jak doszedłem tam gdzie mogłem tego bolta zamówić, nie wiem ile ten spacer mi zajął, z 15 o ile nie nawet 20 minut, to właściwie nadal byłem przy terenie festiwalu, a ściślej mówiąc przy jakimś polu namiotowym czy kamperowym. Połączenie z netem było, ale bałem się o swoją najbliższą przyszłość, bo jeden kierowca najpierw zaakceptował przejazd, a parę sekund później go anulował. Drugi tak samo. Za to kolejny, do trzech razy sztuka, podjął wyzwanie i po mnie przyjechał! Czekałem na niego dwadzieścia parę minut, a z jakimkolwiek boltem wcześniej próbowałem chyba przez dziesięć się połączyć, ale najważniejsze jest to, że się udało i bezproblemowo wróciłem do hotelu.

Nie dałem rady wcześniej tam dojechać i nastawiałem się na to, że barierki miał nie będę, ale po Bootyard Bandits, pierwszej niedzielnej kapeli, trochę ludzi sobie poszło i udało mi się zająć miejsce w drugim rzędzie. Scena dosyć daleko, niektórzy muzycy, w tym i Wylde, nie potrafili kostek w ogóle wyrzucić w publikę. Riley potrafiła swoją jedyną kostkę bardzo fajnie dorzucić do trzeciego rzędu (nawet przeleciała obok mnie 🥶), a chłopy pokazali w porównaniu z nią amatorszczyznę. Chuck Billy rzucał czymś zawiniętym w jakąś taśmę, wyglądało to na koszulki i w niemalże atletyczny sposób sprostał zadaniu, ale czymś takim chyba łatwiej rzucić niż kawałeczkiem plastiku. Ale fanty fantami, od razu wspomnę, że nic nie złapałem i nie był to absolutnie mój dzień i to nie tylko pod tym względem. Zacznijmy od czegoś przyjemniejszego, czyli od muzyki i samych występów. Bootyard Bandits to jakiś redneckowy kowbojski... country metal? Nie podoba mi się taka muzyka, więc nieciężko tu zgadnąć, że nie dostarczyli mi żadnych duchowych wrażeń. Po nich, jak pisałem, udało mi się przystanąć w drugim rzędzie i kilkanaście minut po tym swój koncert zaczęło Graphic Nature. Nie mam pojęcia czy to nu metal czy nie, ale było to strasznie generyczne i byle jakie, po prostu nic godnego uwagi. O Castle Rat dużo pisać nie muszę, ale te świeczki i lampy były im absolutnie niepotrzebne na scenie, bo w tym słońcu kompletnie żadnego klimatu nie było. Muzycznie dobrze, ale wokal szczurzej królowej mógłby być nieco głośniejszy i mogło być przynajmmiej trochę selektywniej instrumentalnie, bo niektóre momenty na dynamice traciły, ale źle nie było. I te elementy teatralne zajeżdżają jednak tandetą, lecz ogólnie i tak oceniam ten występ na plus. Kittie mi się podobało chyba nawet bardziej, kobity widziałem z drugiego rzędu i mogę ze swojej perspektywy powiedzieć, że są niezłe. Podobało, ale skręcało mnie jak te dziewczynkowate wokale słyszałem, lecz jak refreny drugi raz wchodziły to bardziej potrafiły siąść. Ogólnie to jest jakiś metal z elementami thrashu czy czymś innym, ale nie potrafię tego teraz określić, były niezłe riffy, potrafił być i rozkurw i te cukierkowate wokale, które mnie drażniły, ale aż tak experience'u mi nie popsuły całościowo, było dobrze. Ale to też koncert, od którego na większą skalę pływacy zaczęli się uaktywniać. Jestem debilem, że okularów w hotelu nie zostawiłem, bo myślałem, że nie będzie źle, ale one o dziwo jeszcze są całe i mam je na sobie. Zatyczka wypadła mi pod koniec koncertu Body Count, więc cud, że aż do nich udało mi się wytrzymać z tyloma pływakami nad sobą. Nie wiem czy w całym UK to u nich jakiś sport narodowy jest czy na Bloodstocku tylko, ale w całej swojej karierze koncertowej tyle ich nie widziałem. Kurwa, na jednym Kittie było ich więcej niż na wszystkich koncertach jakich byłem razem wziętych wcześniej i oczywiście, parę razy mnie skopali (między innymi po głowie, dlatego o tej pamięci na początku wspomniałem, że może być z nią gorzej tylko teraz), jakieś zadrapanie mam na szyi, jedna laska z łokcia w jedno szkło mi przyjebała (cud, że jest całe). W takich warunkach nie da się zupełnie na muzyce skupić, więc z tych koncertów od Kittie do Body Count ile wyniosłem to wyniosłem, więc ten festiwal nie jest dobrym miejscem na spokojną zabawę i obczajenie sobie koncertów, jest wręcz fatalny. No, chyba że gdzieś z tyłu się pójdzie, gdzie jest się wolnym od pływaków. Bardziej bałem się mosh pitów różnych, ale były dosyć daleko od mojego miejsca i mi nie przeszkadzały. Za to tych pływaków zapierdoliłbym każdego po jednym tak jak Odyseusz zrobił to z zalotnikami. No kuurrrrrrwa, to było tak wkurwiające, bo zamiast na koncercie to się trzeba skupiać na tych jebanych bestiach, aby Ci z buta nie zajebały albo Ciebie nie przygniotły. Wiem, że diverzy mają wspaniałą zabawę jak to robią, ale gwałciciele też mają wspaniałą zabawę jak kogoś wykorzystują, dręczyciele mają wspaniałą zabawę jak kogoś dręczą, złodzieje jak kogoś okradają, itd. Nie wiem co tu mogę napisać. Może to wstyd, że akurat przed Judas Priest zaraz odpuściłem swoje miejsce, i akurat w niemalże 15-rocznicę mojego ich pierwszego gigu (dzisiaj jest), bo już po prostu miałem dość i chociaż ich chciałem w spokoju posłuchać bez przejmowania się tymi zjebami i kurwami. Nic, tylko to zgładzić w cholerę. Nigdy w tym roku nie miałem tak spierdolonego humoru na jakimkolwiek muzycznym wydarzeniu i odechciało mi się wszystkiego, nawet właśnie Judas Priest, ale jednak obejrzałem już z czystego obowiązku. Na dwóch koncertach tej trasy byłem na barierce i dwóch innych w drugim rzędzie, to na tym miałem jednak widok na tyle i lepiej te lasery i światła się oglądało. Cóż, to zawsze niby coś innego, playlista przed gigiem też była nieco inna, ale za to setlista (no czegóżby innego oczekiwać...) kropka w kropkę taka sama, jeden do pierdolonego jeden. The Ripper na innych koncertach bardziej mi się podobał, Halford nie odleciał tak jak w Ostrawie, ale ten fragment Painkillera przy "PAIN! PAIN! KILLER! KILLER!" chyba najlepiej mu wyszedł na tej trasie póki co i Panic Attack było wspaniale odśpiewane, przy "wild neurotic memes!" był absolutny rozkurw, ale tak jak i na innych koncertach, ten falset przy "digitally criminally INSAAAAAANE" był krótszy niż w studyjnym oryginale. Ale fajnie usłyszeć ten progres jaki Rob zrobił w tym kawałku od pierwszego koncertu! Poza tym Ripperem jakoś, wokalnie było wybornie, i instrumentalnie bez wielkich zmian, na każdym gigu oni wszyscy dopieprzają do pieca tak jak trzeba. I można się zgadzać lub nie, ale Delivering the Goods to chyba największy banger w tym secie. Morda zawsze mi się cieszy jak to grają. Perfekcyjny otwieracz na Killing Machine i kawał porządnego rockowego wpierdolu koncertowo, ciężko znaleźć słowa do tego jak porządne jest riffowanie w tym kawałku. Głośno też było, ale dlatego, że dalej stanąłem to może nic drastycznego mi się nie przytrafi po tym gigu - jeszcze słyszę na oba uszy, więc źle nie jest. Nie wiem tylko co zrobić przed Savatage i Nevermore jutro, czy znaleźć jakiś sklep z porządnymi zatyczkami czy może wypchać sobie chusteczkami oba uszy (fuck yeah, kuleczki z chusteczek!) czy może iść na ryzyko i słuchać tych koncertów "na goło"? Heavy metalowa maszyna z Birmingham jest wspaniała, ale nawet i nią można się lekko przejeść i zupełnie niewarto wybierać się na tak okropny festiwal po to, by po raz piąty ten sam set usłyszeć. Dla Halforda ten festiwal jest wyjątkowy z jakiegoś powodu, że razem z judaszową ekipą pojawił się na nim aż trzy razy w ciągu ostatniej dekady. Pewnie im sporo płacą za występ na nim, to pewnie nie mogą mu odmówić wyjątkowości pod tym względem. Natomiast moim zdaniem to jest gówno obsrane ojszczane i nie róbcie sobie tego i nie lećcie tam nigdy! Tak, niby odhaczyłem kolejny renomowany festiwal metalowy na swojej mapie koncertowej, ale nigdy więcej tej katastrofy nie chcę powtarzać, i o ile przyszły rok przechodził mi lekko przez głowę przez Mercyful Fate tak teraz nie przejdzie mi nigdy. Przez cały obecny dwa tysiące dwudziesty szósty póki co nie byłem tak wkurwiony na ludzkość jak wczoraj. Nic, tylko rozszarpanie przez lwy się im należy. No, albo stratowanie przez byki. Skurwysyny, kurwy jebane i czarownice. JEBAĆ BLOODSTOCK!

Ah, tak się rozpędziłem, że zapomniałbym wspomnieć o innych zespołach, które tam wystąpiły jeszcze przed głównym gwoździem programu. Orbit Culture takie se. Black Label Society takie se, Zakk za bardzo siebie kocha i naprawdę myśli, że jest najzajebistszym gitarzystą na świecie, a jest nudny w cholerę tak naprawdę. Nikt mu nie wytłumaczył chyba jeszcze, że pewne manualne czynności się uprawia w domu, przed publiką wygląda to jednak trochę niesmacznie. Testament bardzo zajebisty i szkoda, że nie dam rady w Krakowie ich zobaczyć. Zagrali naprawdę krótkiego seta i mam niedosyt! Body Count mi się podobało, lubię taki rozpierdol, trochę hardcore'owych czy punkowych klimatów, trochę thrashu. Ale wiadomi osobnicy, a raczej wilki w baranich skórach [aby trochę do Steelera nawiązać 😁] popsuły mi doświadczenie z obcowania nie tylko z Body Count, no ale ogólnie z tymi wszystkimi grupami od Kittie wzwyż. A trzeba przyznać, że Ice-T ze swoją ekipą miał najlepszy kontakt z publiką, tylko lekko niesmaczne było dla mnie wywoływanie dzieci na scenę i mówienie do nich słów w rodzaju motherfucker - "put these headphones off of your head, motherfucker" czy jakoś tak mnie lekko zażenowało w środku, chociaż ludzie wiadomo, że się z tego śmiali. I te dzieci albo będą mieć traumę do końca życia przez to albo uznają, że to był evening of their lifetime. To co ja przeżywałem pod sceną to był nightmare of a lifetime, ale wiadomo, że tak to jest w życiu, że jedni świetnie się bawią, a inni w tym samym czasie gdzieś przeżywają najgorsze udręki. Myślałem, że w Ostrawie było źle, przyznam tutaj, że nie miałem wtedy za bardzo dobrego humoru i ta poprzednia niedziela od początku słabo ze mną pogrywała jeszcze przed dotarciem do hali, i nie chcę tutaj wchodzić w żadne szczegóły co do tamtego dnia, ale Bloodstock to jednak był koszmar przy tym. Tak więc, warto pamiętać, że jak wydaje się Wam, że jest źle, to jednak nie doceniacie tego jak źle naprawdę może być, bo zawsze może być jeszcze gorzej :)

Nie wiem, jad chyba wylałem, co nieco wysyczałem, to nie mam pojęcia czy mam coś jeszcze do dodania. Jak we Włoszech niby też jest tak strasznie na koncertach to już się boję kolejnego Priest, ale przynajmniej nie jest to festiwal i tylko Nevermore przed nimi gra - jutro się przekonam czy to najlepszy support jaki JP mogli mieć w tym roku, chociaż Dirkschneider też mi pięknie dostarczył w Halle i wczoraj Testament, chociaż technicznie ci ostatni chyba nie byli supportem.
Ostatnio zmieniony wt sie 11, 2026 12:44 am przez Caracalized, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
krusejder
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 11503
Rejestracja: wt sie 10, 2010 12:46 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: krusejder »

Bardzo fajna relacja :)

Ale co do meritum, to się zgodzę. Trochę za dużo robisz Priestów w tym roku xD
Najbliższe koncerty w 2026: White Buffalo, Hollywood Vampires, Doogie White, Blaze Bayley, Mostly Autumn weekend, Hallas, Coroner, Deep Purple, Quidam, Europe, Maiden United, Still of the Night ...
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12413
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Bon Dzosef »

No kuurrrrrrwa, to było tak wkurwiające, bo zamiast na koncercie to się trzeba skupiać na tych jebanych bestiach, aby Ci z buta nie zajebały albo Ciebie nie przygniotły. Wiem, że diverzy mają wspaniałą zabawę jak to robią, ale gwałciciele też mają wspaniałą zabawę jak kogoś wykorzystują, dręczyciele mają wspaniałą zabawę jak kogoś dręczą, złodzieje jak kogoś okradają, itd. Nie wiem co tu mogę napisać. Może to wstyd, że akurat przed Judas Priest zaraz odpuściłem swoje miejsce, i akurat w niemalże 15-rocznicę mojego ich pierwszego gigu (dzisiaj jest), bo już po prostu miałem dość i chociaż ich chciałem w spokoju posłuchać bez przejmowania się tymi zjebami i kurwami. Nic, tylko to zgładzić w cholerę. Nigdy w tym roku nie miałem tak spierdolonego humoru na jakimkolwiek muzycznym wydarzeniu i odechciało mi się wszystkiego, nawet właśnie Judas Priest, ale jednak obejrzałem już z czystego obowiązku
Generalnie festiwale tak wyglądają, że są pływacy. Jeśli idziesz pod scenę na dużym spędzie, czy to Graspop, Brutal, po prostu tak to działa. Też nie lubię pływaków, zakazałbym tego, ale idac do pierwszych rzędów na festach musisz sie z tym liczyc.
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1953
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Caracalized »

No to dla mnie to jest dodatkowy argument do jebania festiwali tylko, ale na Mysticu przynajmniej nie było źle pod tym względem, raz czy dwa jakiś pływak był nade mną podczas Eyehategod w zeszłym roku, a poza ich koncertem nie przypominam sobie żadnych.
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12413
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Bon Dzosef »

Tegoroczny Mystic to np. najcięższy festiwal w moim życiu pod względem pływaków :)
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1953
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Caracalized »

No to świetnie, że ten karnet sprzedałem xD
ODPOWIEDZ