13-15/08/2026 - Bittersweet Festival - Poznań

Info o koncercie? Zlocie? Imprezie? Patrz tutaj

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 9827
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: 13-15/08/2026 - Bittersweet Festival - Poznań

Post autor: Zajzajer »

ale są też takie zespoły, które same zapraszają fanów na scene
Zajzajer on the Road 2026:
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12410
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: 13-15/08/2026 - Bittersweet Festival - Poznań

Post autor: Bon Dzosef »

Zajzajer pisze: ndz sie 16, 2026 12:45 pm ale są też takie zespoły, które same zapraszają fanów na scene
No to spoko, ja na takie nie chodze :D . Za to ta kartkoza postępuje i rozlewa się na normalne gigi
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Awatar użytkownika
Shedao Shai
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6335
Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
Skąd: Wrocław

Re: 13-15/08/2026 - Bittersweet Festival - Poznań

Post autor: Shedao Shai »

Po przyjemnym doświadczeniu jakim był jednodniowy wypad na Biitersweeta w zeszłym roku, niewiele potrzebowałem żeby dać się zachęcić na tegoroczną edycję. I tak już się stało po pierwszym ogłoszeniu (Gorillaz), a potem to ewoluowało, bo żona się podjarała dalszymi ogłoszeniami i oświadczyła, że też chce xD Więc w końcu okazało się, że miałem być na całym festiwalu. Potem, im bliżej eventu, tym mój entuzjazm opadał, bo jak tak na chłodno przyjrzałem się lineupowi, to stwierdziłem że okej, jest kilka takich nazw "przy okazji", ale żadnej, która by była dla mnie wielkim magnesem. Nowa płyta Gorillaz podpasowała mi tak, jak cztery poprzednie, czyli wcale, więc i koncert jakoś przestał mnie jarać. Lorde - no spoko, widziałem ją na Openerze w 2017 i mi się podobało, ale od tego czasu kompletnie spadła mi z radaru, przegapiłem parę jej płyt i właściwie to ani trochę mnie nie ekscytowała. Robbiego Williamsa widziałem parę lat temu w Krakowie, i było zajebiście, ale no właśnie - to kolejna powtórka, czego niekoniecznie potrzebowałem. Gdzieś tam w drugiej linii było parę nazw do zobaczenia, ale sumarycznie ekscytacji czułem niewiele. Tak to jest, jak najpierw jest "ogień, jedziemy!!!" a dopiero potem chłodna analiza. No ale było już za późno, żeby zmienić plany, więc nie pozostało mi nic innego jak stwierdzić, że zobaczymy co to będzie.

Na świeżo do powyższych wątpliwości doszła jeszcze kwestia tego, że ledwo co byłem na Uroczysku w którym absolutnie się zakochałem, i mentalnie byłem zupełnie gdzie indziej, niż wielkomiejski festiwal z gwiazdami. Wolałbym być na Uroczysku i dbałem o to, żeby odpowiednio często przypominać o tym małżonce (czyli co ok. kwadrans) (nie, nie zajebała mnie) (też nie wiem, czemu).

Przyjechaliśmy do Poznania w czwartek po 14 i od razu udaliśmy się do MTP, gdzie był punkt wymiany opasek. Poszło bardzo sprawnie, czuliśmy się bardzo sprytni, że już to ogarnęliśmy, ale okazało się, że niepotrzebnie - wymiana opasek w punkcie przed festem też szła sprawnie. No ale na luzie można było się udać do hotelu i potem na jedzenie. Niedaleko hotelu mieliśmy taką odgrodzoną przestrzeń stylizowaną na plażę(?) gdzie było sporo budek z jedzeniem, poszlismy tam z zamiarem zjedzenia sobie obiadu w takiej specjalizującej się w greckiej kuchni. Na wejściu zdziwko, bo tam ogłoszenie, że do którejś godziny (19-20, nie pamiętam) wejście za darmo. Za darmo? Znaczy, że potem trzeba zapłacić? Zapłacić żeby wejść na teren gdzie jest budka z jedzeniem za które potem też sobie zapłacisz? Kurwa, klasyczny Poznań. Za długo tam chyba nie byłem, że mnie to zdziwiło. No ale zjedliśmy sobie, było smacznie, dopchaliśmy jeszcze lodami. Aa, zapomniałem - w hotelu czekała na nas butelka wina, więc oczywiście skorzystałem i się tak całkiem przyjemnie zaprawiłem. Dodać do tego solidną porcję żarcia od pana Greka i byłem w kondycji raczej na położenie się na kanapie i drzemkę, a nie festiwal, ale niestety w perspektywie miałem to drugie.

Podjechaliśmy tramwajem i znaleźliśmy się w morzu ludzi sunących na Cytadelę. Wejście było sprawne pomimo solidnych tłumów. Ochrona sprawdzała nas pobieżnie, co miało oczywiste plusy i minusy. Można było ze sobą wnieść butelki z wodą, z czego ochoczo korzystaliśmy, bo z dnia na dzień robił się coraz większy upał. Na miejscu można było korzystać z darmowych beczkowozów, ale te były srogo oblężone i trzeba było się liczyć z kilkunasto/dziesięcio minutowym czasem oczekiwania.

O 19 na mainie miała grać Jessie J i był to pierwszy występ, który - uśredniając - nas interesował (mnie nie, żonę tak). Stanęliśmy sobie dość blisko sceny, grzało przyjemnie słoneczko, wokół ludzi było tak w sam raz. Dopiero potem doznałem szoku, gdy zobaczyłem zdjęcie tłumu z perspektywy kogoś stojącego z tyłu. Po prostu w którymś miejscu tłum musiał być na tyle gęsty, że więcej ludzi nie przedostało się na przód, gdzie były luzy. No ale w tamtym momencie żyliśmy jeszcze w błogiej nieświadomości, ja co najwyżej uraczyłem żonę informacją że jest "troszkę" więcej ludzi niż w zeszłym roku (i dużo więcej niż na Uroczysku, na którym wszystko było lepiej). Wyszła Jessie J, zagrała, solidna godzinka pozytywnego popu. Podobało mi się. Potem poszliśmy sobie do beczkowozu i do WC, i tu już nastąpiło zderzenie z rzeczywistością, bo po wodę staliśmy w prawie półgodzinnej kolejce, a do WC mniej, ale to dlatego, że nie ustawiliśmy się w "głównej" kolejce, do której automatycznie ustanawiali się nowi, tylko przebiliśmy się przez zator przy wejściu do strefy, a w środku już było dużo luźniej. Kurczę - dotarło do nas - ludzi tu jest w chuj. Zew Uroczyska stawał się coraz silniejszy. I tu może zatrzymam opowieść, żeby skupić się na największym problemie festiwalu: ludzi było za dużo. Biittersweet 2 zaliczył kompletny soldout, rzekomo na 40k ludzi dziennie, i niestety ta liczba była za wysoka w porównaniu do realnych możliwości terenów Cytadeli. Tłumy pod scenami, głównie mainem, były nieludzkie, ale tak po prawdzie to na całym terenie festiwalu było mocne obłożenie. Gdzie nie poszedłeś, tam miałeś wchujzylion osób na metr kwadratowy. Było to bardzo wyczerpujące. Trochę festiwali już w swoim życiu mam za sobą, ale na taką sytuację chyba jeszcze nie trafiłem. I to niestety zamordowało cały chill vibe, przyjemny klimat który pamiętam z zeszłego roku. Ciężko czuć relaks, jeśli gdzie nie pójdziesz, jesteś w tłumie, a najczęściej nigdzie nie idziesz, bo nie masz ochoty przedzierać się przez tłum. Siadasz sobie na trawkę, żeby odpocząć? Proszę, tylko wciśnij się między 10000000000 innych osób które wpadły na ten sam pomysł xD i tak dalej. Chyba łapiecie obraz sprawy. Tam powinno być o kilka tysięcy mniej ludzi, tylko który org odmówi sobie czystego wpływu z biletów, idącego w miliony, tylko po to, żeby uczestnicy się na niego nie wkurwiali? Pomarudzą, pomarudzą, a większość i tak przyjedzie za rok jeśli lineup będzie się zgadzał. A na miejsce zniechęconych przyjdą nowi.

No i tak minęła nam godzinka między koncertami - na kolejkowaniu w sprawach podstawowych. O 21:15 wyszła Lorde. Oczekiwania miałem bliskie zerowych, a tymczasem dała świetny występ. Bardzo dobrze się bawiłem, choć sporej ilości kawalków nie znałem. Ma dziewczyna talent. Potem... zostaliśmy przy mainie, bo tłum zgęstniał na tyle, że nie mieliśmy ochoty nigdzie iść. Nadeszła godzina 23:30 i koncert Gorillaz. Tu niestety zawód - nie podobało się. IMO Albarn mocno się postarzał, miałem wrażenie że często nie dawał rady ze śpiewem, wyglądał na zmęczonego i bez ikry. Poziom energii, jakiego spodziewam się jadąc z tatą na jakieś old pipol muzik prog rock z lat 60, a nie na Gorillaz. Rozczarowanie było duże, szczególnie że to był mój trzeci ich koncert, a poprzednie dwa bardzo mi się podobały.

Początek koncertu wprowadzał raczej w konsternację niż w euforię - dwa kawałki z nowej płyty (The Mountain i The Happy Dictator). Dziwne i niepasujące do zespołu. I tak popadałem w coraz większe zmieszanie aż do piątej piosenki, kiedy poleciało "19-2000". I to chodzi, po to tam byłem. Pierwszy moment frajdy na tym koncercie. Każdy kawałek z debiutu jest na wagę złota. Mogliby w ogóle zrobić Gorillaz plays "Gorillaz" i by było najlepiej. Potem było róznie, raz fajniejsze kawałki, raz mniej, do tego plejada nikomu niepotrzebnych gości, jakieś murzyńskie chórki, po co to? Nie wiem. Końcówka to był killer, no ale jak może być inaczej gdy kończysz "Feel Good Inc." i "Clintem Eastwoodem"? Fajnie. Ale ogólnie to raczej kończę swoją koncertową przygodę z tym zespołem, chyba że będzie Gorillaz plays "Gorillaz".

Po koncercie dowiedziałem się, że jednym z gości, na utworze "The God of Lying", był Joe Talbot z Idles. Nie poznałem xD

Byliśmy już dość zmęczeni, była 1 w nocy, w planach było jeszcze pójście na drugą scenę (na której tego dnia wcale nie byliśmy), na Paula Kalkbrennera. Ale odpuściliśmy. I w sumie to był błąd, bo przy wyjściu spędziliśmy tyle czasu, że równie dobrze można było posłuchać Kalkbrennera i wyjść później. Tłum wychodzący po Gorillaz był nieludzki, często po parę minut staliśmy w miejscu i czekaliśmy bo się zakorkowało. Gdyby wówczas wybuchła jakaś panika, to mielibyśmy tam taki licznik ofiar, że do tej pory główna Onetu by płonęła, a Tusk wygłosiłby płomienne przemówienie o konieczności lepszej kontroli imprez masowych xD To było po prostu niebezpieczne. No, nic się nie stało, więc nie muszą się przejmować i za rok mogą napchać tyle samo ludzi, ale to była tylko kwestia szczęścia, a nie dobrej oganizacji.

Następnego dnia spaliśmy sobie do oporu, odpoczywaliśmy i nie mieliśmy żadnych planów aż do wyjścia na obiad i potem na festiwal. Zajmowałem się winkiem i do tego jeszcze kupiłem sobie piwo, i tak dzień mijał leniwie i wesoło. W końcu udaliśmy się do knajpki - wyczaiłem taką niewielką, specjalizującą się w żeberkach (Mięso na płocie). Zobaczyłem fotkę tych żeberek no i tak chodziły za mną, wiedziałem że muszę xD I spełniły oczekiwania!! Były przepyszne i ogromne. Ledwo podołałem. Uczciwa porcja. Żona wzięła schabowego, był tak wielki, że w momencie kiedy odpadła, na talerzu wciąż miała ogromny kotlet. W niektórych knajpach to wyjściowo nie podają tyle, ile ona tam zostawiła. Oczywiście zabrałem się za dojadanie go, więc już się chyba domyślacie, że na teren Bittersweeta dotarłem ponownie w stanie agonalnym xD Ja to się umiem przygotować na festiwal. Ale było zajebiście. Polecam tę knajpkę jak ktoś będzie w Poznaniu, nie jest daleko od dworca.

Wtoczyłem się na fest. Na mainie grał Mrozu - żona była zdziwiona, bo myślała że to raper, a okazało się że to takie męskiegranie-core. Czyli bez szału, ale jednak o kilka poziomów lepiej niż raper. Pamiętam, jak lata temu na Openerze nakłoniłem ją, żebyśmy poszli na koncert Taco Hemingwaya. Myślała, że to jakiś hiszpański gitarzysta. Aaach, jej mina jak się zaczęło, aaach, aaa, ooo, zapamiętam na zawsze xDD
Mrozu nas nie interesował, więc poszliśmy pod scenę Enea, czyli tę drugą, której jeszcze nie widzieliśmy. Przesunięto ją nieco w głąb festiwalu w porównaniu z zeszłym rokiem. Ludzi było znowu od groma. Udało się upolować leżaki i tak zaległem i słuchałem sobie Ashnikko, która była spoko. Ale byłem głównie zajęty jęczeniem że ojojo jaki jestem pełny. I że na Uroczysku się tak nie przejadłem. Potem poszliśmy na maina, gdzie grała Rita Ora. I tu miałby sens iść pod scenę, bo to fajna dupa, ale niestety nie chciało nam się przedzierać przez srogi tłum, który już się naszykował na twenty one pilots. Siedliśmy sobie na trawce na pagórku i tak spędziliśmy koncert Rity. Też był spoko, przyjemne popowe granie. Potem powrót na Eneę, gdzie grał Chet Faker. Zaczynałem już dochodzić do siebie xD, pogoda dopisywała, było cieplej niż dzień wcześniej, choć prawdziwy upał miał przyjść w sobotę. Chet też dał dobry występ. Na mainie zaczął grać Tom Odell, ale z pobieżnej obczajki czułem, że to będzie chujowizna, więc poszliśmy trochę zwiedzić teren festiwalu. Przygotowany był on świetnie - dużo barów, bud z jedzeniem, stref sponsorskich pełnych różnych atrakcji itd. Gdyby tylko wszystko to nie było tak zajebane ludźmi. Ale uczciwie trzeba przyznać, że kolejki do gastro były niewielkie, a to sztuka przy takim nabiciu.

W końcu z niechęcią udaliśmy się na Odella, i od razu po przebiciu się przez tłum na maina poczuliśmy, że niechęć była uzasadnienia. Chłop wył jak obdzierany ze skóry kot. Nie cierpię takiego nurtu pedalkowatego singer-songwriterstwa. Wiecie, wielkie emocje przekazywane każdym brzdęknięciem gitary, obnażanie swojej duszy itd. Nie wytrzymaliśmy ani kwadransa i wróciliśmy eksplorować teren festu. Na Enei grać mieli Parcels, o których pamiętałem, że pisał @blackcocker, ale raz, że nie zebrałem się żeby ich obczaić, więc nie znałem, a dwa, że już wówczas zupełnie nie miałem ochoty na muzyczne wrażenia. Połaziliśmy po różnych stoiskach, poeksplorowaliśmy te mniej znane tereny (ogólnie fest miał 4 sceny, tylko te dwie pozostały to takie #nikogo). Kurde, to naprawdę fajnie pomyślany teren festiwalowy, dobrze udekorowany, oświetlony, rozplanowany, wszystkiego było dużo. Odjąć kilka tysi ludzi i jest tam super.

Nadeszła 23:15 i udaliśmy się na maina gdzie wchodził headliner, zespół Twenty One Pilots. Kompletnie ich nie znam i po pobieżnej obczajce postanowiłem, żeby tak pozostało. No i nie było dobrze. Jakiś taki pop-rock, muzyka tzw. bezjajeczna. Obejrzeliśmy z pół godziny, będąc na pagórku na drugim końcu terenu, bo tłum był nieludzki (wiem, powtarzam się z tym tłumem, no ale co poradzę, tak było xD) i poszliśmy na tramwaj. Dzięki urwaniu się z headlinera oszczędziliśmy sobie korków jak dzień wcześniej, więc sprawnie wyszliśmy.
Tu warto jeszcze dodać, że TOP zrobili IMO sporą częśc frekwencji tego dnia. Fanów w ich koszulkach można było spotkać na każdym kroku, było ich prawdziwe zatrzęsienie. Bittersweet dobrze strzelił z tą nazwą.

Średnio wypadł ten drugi dzień muzycznie, z początku tam trzech wykonawców było ok, ale ogólnie to trochę niewarte zachodu. Na tym etapie byłem już dość zniechęcony, bo ogólnie jakichś większych uniesień muzycznych brak, ale przynajmniej było kiepskie quality of life na festiwalu.

Nadeszła sobota. Znowu pospałem, popiłem, był relaksik. Na obiad zaplanowaliśmy sobie kebaba, znalazłem takiego niedaleko, co miał w ofercie jakieś fikuśne egzemplarze. Wziąłem bydlaka z frytkami, sosem serowym, prażoną cebulką i boczkiem. Zero warzyw. Pan spytał, czy mały czy duży... wtedy stanąłem na rozdrożu, miałem opcję nie pójść kolejny dzień z rzędu obżarty jak prosię. Nawet mi to przeszło przez myśl przy ladzie. Niestety, domyślacie się, co wybrałem. Był to tak zapychający bydlak, że nawet nie miałem siły dojeść po żonie. Ja pierdolę, nie uczę się na błędach. Dotarliśmy na fest, na mainie grała Ciara - takie R&B popularne z 15-20 lat temu. Średnie. Ale co ja tam mogę wiedzieć, ja leżałem na trawie i dochodziłem do siebie xD Boże, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu to mój główny grzech. Dobrze, że nie chodzę za często do knajp.

Ciara skończyła, a o 21 miał wchodzić Robbie Williams. Przenieśliśmy się bliżej sceny, bo pamiętałem z Krakowa że Robbie dowozi i warto go widzieć z bliska. I faktycznie tak było. Fantastyczny koncert, dla mnie numer jeden Bittersweeta. Gość ma świetny głos, jest charyzmatyczny, łapie piękny kontakt z publiką. To był występ pełen pozytywnych emocji. Po nim na mainie grali Major Lazer, też ich widziałem - kilkanaście lat temu na Openerze. Pamiętałem, że to dobra wiksa. I faktycznie - wyszli, po minucie już cała płyta skakała. Po prostu dobra zabawa, czysta energia. I zagrali jeden kawałek Marie Vaunt, czym ujęli mnie ponadprzeciętnie. W trakcie musieliśmy się zbierać na drugą scenę, ale robiliśmy to z żalem, bo chętnie obejrzelibyśmy całość. Tu warto zwrócić uwagę, że tak jak pierwszego dnia, trzeciego do tego momentu nie ruszyliśmy się spod maina. Nikt nie miał na to ochoty. Dopiero na koniec festiwalu, kiedy na Enei grać miało Faithless.

Z racji tego, że o 9:30 w niedzielę mieliśmy pociąg, stwierdziliśmy że nie zostajemy na całości - poczekamy aż zagrają "Insomnię" i idziemy. A wg. amerykańskiego portalu często ma to miejsce w okolicach trzeciego kawałka. I rzeczywiście tak było. Fajnie, posłuchane, podobało się, ale było już późno i się zebraliśmy. Wychodząc jeszcze trochę zamarudziliśmy, więc żegnały nas jeszcze dźwięki "God Is a DJ" - fajnie. Powrót do hotelu, 5h spania, dość bolesna pobudka i na pociąg. Pociąg oczywiście zawalony festiwalowiczami, ale mieliśmy miejscówki.

Jeśli chodzi o koszta, to wliczając wszystko: karnety, hotel, jedzenie, dojazd, wyszło nas ok. 6000 zł. Czy było warto? Nie. A na Uroczysku było taniej i lepiej 8) Druga edycja Bittersweetu była... OK, ale stosunek kosztów do tego co otrzymałem jest wg. mnie zbyt niekorzystny. Dzień trzeci podratował sytuację muzycznie, widziałem parę mocnych nazw, ale jednak gdybym mógł cofnąć czas, to bym w odpowiednim momencie wygasił entuzjazm żonie i spędził te dni inaczej. Było, no... fajnie, ale jednak samo fajnie to trochę za mało. Przynajmniej to pierwszy fest w tym roku na którym nie zmarzłem ani nie zmokłem.

Publika była spoko, nie stwierdziłem jakiegoś specjalnego bydła. Nie byłem świadkiem żadnych krzywych akcji. Nie wiem jak z cenami, bo nie wydałem tam ani złotówki xD

A sam festiwal ma do przemyślenia kwestię frekwencji, bo to zarzut który przewijał się chyba we wszystkich relacjach z BS2. Po pierwszej edycji, i przed drugą, dzięki dobrej komunikacji, zbudowali sobie bardzo pozytywny wizerunek, na którym teraz pojawiła się rysa. Ciekawe, co z nią zrobią. W każdym razie, dalej im kibicuję i będę trzymał rękę na pulsie, bo widać tu sporo potencjału, no i udanie ścierają zarozumiały uśmieszek z twarzy Ziółka, a każda konkurencja jest dobra.

Sądzę, że przeprowadzka z Cytadeli jest kwestią nieuniknioną, bo raz, że skowyt lokalnych aktywistów miejskich jest coraz głośniejszy (mieli już tam jakieś happeningi, po necie lata filmik jak jakiś przegryw próbował wbić na teren Cytadeli w przededniu festiwalu w ramach protestu że mu zabierają przestrzeń publiczną i był oburzony, że ochrona nie pozwala xD), a dwa, że drugą edycją doszli do maksimum możliwości tego terenu - a nawet je przekroczyli. Jeśli dalej celują w najwyższą półkę, a tegoroczny zestaw headlinerów pokazał że tak jest, to prędzej czy później będą musieli się przenieść w inne miejsce. Choć z tego co czytam, to w Poznaniu za wiele alternatyw nie ma, bo każda potencjalna lokalizacja jest już dawno oprotestowana przez specyficznych mieszkańców wielkopolski xD
Awatar użytkownika
johnny_o
Ten, Który Czyta Wszystko
Posty: 9566
Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
Skąd: Prawie Warszawa

Re: 13-15/08/2026 - Bittersweet Festival - Poznań

Post autor: johnny_o »

Cudna relacja, jak zawsze, ale tym razem uśmiałem się bardziej niż zwykle :) Szczególne propsy za wylizanie żonie talerza :lol:
Awatar użytkownika
blackcocker
-#Moderator
-#Moderator
Posty: 12617
Rejestracja: czw cze 14, 2018 9:04 pm
Skąd: HerbacianePolaBatumi

Re: 13-15/08/2026 - Bittersweet Festival - Poznań

Post autor: blackcocker »

Parcels wydali tak słabą płytę, że dobrze może, że odpuściłeś :D spoko relka
#blackcocker2023

Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.

07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)

***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Awatar użytkownika
Shin
-#Prisoner
-#Prisoner
Posty: 145
Rejestracja: pt lip 24, 2026 8:49 am
Skąd: Łódź

Re: 13-15/08/2026 - Bittersweet Festival - Poznań

Post autor: Shin »

Shedao Shai pisze: wt sie 18, 2026 11:30 am pierwszy występ, który - uśredniając - nas interesował (mnie nie, żonę tak).
To tzw. "małżeński kompromis". Jak dobrze że jeszcze przede mną ;)

Świetnie się Ciebie czyta, Shedao :D
Awatar użytkownika
Cold
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 7359
Rejestracja: śr wrz 14, 2005 6:27 pm

Re: 13-15/08/2026 - Bittersweet Festival - Poznań

Post autor: Cold »

Świetny raporcik, jak zwykle.
Córa była, Gorillaz podobał się jej bardzo. Pojechała, by usłyszeć przede wszystkim "On Melancholy Hill" :D i Robbiego Williamsa.
ODPOWIEDZ