Nomad pisze:
Bo ostatnio w rocku jest jakiś taki boom na te emocje...dla mnie tam najważniejszy jest warsztat kompozycyjny i umięjętności, dopiero mając to można sie zastanawiać nad emocjami.
W rocku zawsze był boom na emocje i na świeżość. Genialne aranżacyjne, wypieszczone, szybciutkie kapele nigdy mnie nie zachwycały tak bardzo jak te szczere, które były dużo gosze pod względem technicznym, ale za to dużo lepsze pod względem emocjonalno muzycznym.
Przykłady?
Pierwsze rzeczy jakie mi przychodzą do głowy.
1. Pierwszy Black Sabbath z Ozzym i ze swoimi zrzynkami z Zeppelin i prostackimi utworami.
2. Pink Floyd przez lata krytykowany za brak umiejętności technicznych (warto dodać, że 10000 razy bardziej wolę 3 dźwięki solówki Gilmoura niż całą płytę Vaia czy popisy Petrucciego, dlaczego? bo właśnie o emocje chodzi)
3. Budgie (niedoceniony zespół który wolę od tuzów hard rocka lat 70tych)
4. AC/DC - 172 takie same płyty oparte na 3 prostackich akordach
5. Motorhead - 347 takich samych płyt opartych na 2 dźwiękach basu
6. Ramones - bez komentarza, nie mają wypieszczonych kawałeczków jak wielcy dzisiejszego punk rocka, ale to oni zawsze będą numerem jeden.
7. pomyśl o płytach Maiden z Di'Anno, zbyt genialne kompozycyjnie i wykonawczo to one nie są...
Czy wolę emocję od techniki?
Tak wolę emocje od techniki...
Czy do legendy przechodzą zespoły grające emocjami czy techniką?
Zdecydowanie te pierwsze...
Nad techniką można pracować i część wymienionych wyżej zespołów urosła później do rozmiaru gigantów, a ich muzycy do miary wirtuozów, ale nie tym zdobywali sławę i nie tym się wybili.
Nie techniką zdobyli sławę Led Zeppelin, Deep Purple, Budgie, Ac/Dc, Motorhead, Pink Floyd, The Doors, choćby Iron Maiden czy wielu innych.
Cały rock wywodzi się nie z dopieszczonego technicznie jazzu i nie z fenomenalnej kompozycyjnie muzyki klasycznej tylko z chamskiego korzennego 12taktowego, czarnego bluesiora z bawełnianych pół Luizjany i z błota Missisipi, gdzie murzyni plumkali coś na 2 strunach od starej, żartej przez korniki gitary. Nie jest muzyką gdzie najważniejsze było wykonawstwo tylko właśnie emocje.
Jasne, że technika może tylko pomóc, ale stwierdzenie, że jest najważniejsza to jakiś absurd.
Prosty przykład, przeanalizuj sobie listy najlepszych solówek wszechczasów we wszelakcih plebiscytach. Zobaczysz tam w czołówce "Comfortably numb" albo "Stairway to heaven".
Potem odpal sobie takie "In the name of God" Dream Theater czy jakieś inne "Arpegios from hell" Yngwie Malmsteema i powiedz mi co wolisz. Trzy dźwięki na 10 sekund które miażdżą czy 1000 dźwięków na sekundę które po minucie nużą, mimo, że jeden z drugim Gilmour z Pagem by się zesrali, a nie dali by rady czegoś takiego pojechać.
A co do ankiety- Metallica. Nie wiem czy jest lepszym zespołem niż Megadeth, ale na pewno jest zespołem ważniejszym i bardziej zasłużonym. Nawet ostatnie teoretycznie niewybaczalne wpadki nie znaczą nic w porównaniu z tym co ten zespół zrobił dla metalu.