(ogólnie caly festiwal był kosmiczny, jesli ktoś sie wacha czy warto wydac kupę kasy na jakiś porżadny fest np. w niemczech to podpowiem - WARTO PO STOKROĆ)
tu w sumie bez komentarza, uczucie porównywalne do 3 godzinnego seksu zakonczonego orgazmem na wysokosci solówki w comfortably numb
cudownie zobaczyc zespół, na którym człowiek sie praktycznie wychował. Pełen luz na scenie, a mit o nieruchomych niemcach można wyrzucić do kosza. Apogeum bylo na given to fly, kiedy cały amfiteatr dosłownie pulsował w rytm muzyki
to byla mniej wiecej pierwsza trójka. Parę innych fajnych momentów:
Drugi raz z tym Panem na żywo, dlatego tez poza pierwszą trójką:) Ale zagrane z prawie hardrocową werwą "Sheep" ze słupami ognia buchającymi wzdłuż całej sceny wryło sie w pamieć.
kilkadziesiąt tysięcy ludzi leżacych na trawie, patrzacych w rozgwiezdzone niebio ze łzami w oczach, lub przytulacych sie wzajemnie. A ze sceny saczą sie dźwięki które mógli wymyslic tylko wyjątkowi muzycy...dla mnie wpaniałe zakonczenie wspaniałego (POLSKIEGO!) festiwalu.
Axl Rose owinięty w polską flage, śpiewający "Patience" i biegający po scenie jak za starych dobrych lat...Paradise City z tonami conffetti w finale...i kolejna legenda kilkaniasice metrów ode mnie...
No, to by było na tyle.




