mimski pisze:
Dla mnie to dopisywanie teorii. Tak jak z tym całym "muzyka to nie zawody". Moim zdaniem pitolił. Możesz tu przywołać jeszcze wiele argumentów jakiego to wielkiego przesłania nie miało. Dla mnie było to słabe muzycznie. Hendrix to nie filozof. Miał dobrze grać, a zagrał marnie. Koniec pieśni z mojej strony. Co do ćwiczenia... Ty chyba w ogóle nie rozumiesz co chcę przekazać, albo o czym piszę. Wymyślasz na siłę argumenty, moje toki myślenia, przekorne pytania itd. Mój przekaz jest jasny. Wyraziłem swoje zdanie, a Ty się z tym możesz zgodzić bądź nie. Ale dla jasności. Samo ćwiczenie nie jest dla mnie wyznanikiem jakości. Jest pewną cechą, która mówi o pracy jaką ktoś włożył, ale to nie znaczy, że dana osoba nie może być "ciulem", "złamasem" i szacunek się wówczas nie należy. Można być w czymś dobrym, ale pozostałe czynniki decydują o tym, że na szacunek dana osoba nie zasługuje. Przynajmniej mój.
To nie dopisywanie teorii. To stwierdzenie faktu. Chcesz tego czy nie chcesz, Hendrix zapisał się w historii tym występem nie tylko pod względem muzycznym.
Co do umiejętności i ćwiczeń: "Nie ma sprawy. Do mnie taki Vai też nie przemawia, ale do gościa szacunek mam."
Opierałem się między innymi na tym. Jeśli na podstawie tego stwierdzenia wyciągnąłem złe wnioski, wskaż mi błąd w rozumowania, a także przedstaw mi pewność że Vai nie jest ciulem.
mimski pisze:Jak co? Sam zwrot "po kim jak po kim, ale po Tobie tak socjalistycznego argumentu się nie spodziewałem". No to co to jest? Ja nie dramatyzuje, ale już na samym starcie klasyfikujesz, że moje poglądy nie pozwalają na przyjęcie takiego toku rozumowania. Że musi być coś nie tak, albo z jedną teorią, albo drugą. Pomijam już, że nie ma to ze sobą nic wspólnego. Jak dla mnie bezsensowne wtrącenie, które nic nie wniosło do "dyskusji".
Jeśli tak to odebrałeś, to wybacz.
mimski pisze:Ewidentnie czytasz, a nic nie rozumiesz. Nie dyskutujesz ze mną tylko forsujesz swoje koncepecje i argumenty. Jeśli nie widzisz różnicy to chyba czas zakończyć "dyskusje", bo do niczego nie dojdziemy, szkoda naszego czasu. Ja piszę jedno, a Ty wyciągasz jakieś wnioski, które nie mają nic wspólnego z tym od czego ja wyszedłem. Nie dyskutujesz ze mną, tylko przypisujesz mi wymyślone przez siebie wnioski, by potem pokazać, że są absurdalne. Sam wymyślasz teorie, które następnie gnoisz.
To wszystko Twoje zdanie, masz do niego prawo, ja jednak do prostej dyskusji o muzyce nie wtrącam argumentów pokroju "ludzie nie mają co do garnka włożyć". Jeśli jedno z drugim Ci się nie kłóci i uważasz taką retorykę za trafną, wtedy chyba faktycznie nie mamy o czym rozmawiać
mimski pisze:Kolejny dowód, że nie czytasz tego co piszę... Gdybym wszystko brał na poważnie, to bym nie słuchał Anal Cunt. Znów to napiszę... jeśli nie dostrzegasz różnicy między pewnego rodzaju prowokacją, żartem, zgrywą, a głupotą, to znaczy że nasza dyskusja jest bezcelowa.
Dla mnie dyskusja jest bezcelowa jeśli uważasz, że zniszczenie gitary jest wymierzoną w Ciebie kpiną
mimski pisze:Moim zdaniem żeby wymyśleć scenariusz, nakręcić film, uzyskać odpowiednie efekty specjalne trzeba trochę wiedzy, doświadczenia, wizji, talentu. Żeby rozpierdzielić wzmacniacz nie trzeba nic. Małpa też skutecznie zdemoluje sprzęt. Wiesz, że ja też bym to świetnie zrobił? Ale już filmu nie nakręcę. Nie znam się na tym i nie zniszczę auta, tak żeby to było dobrze, efektownie nakręcone. Jeśli nie dostrzegasz różnicy i niszczenie auta w filmie, a niszczenie gitary na scenie są dla Ciebie analogiczne, to nie dojdziemy do konstruktywnych wniosków.
Moim zdaniem, żeby stworzyć w swoim czasie taką muzykę jaką tworzył Hendrix, trzeba trochę wiedzy, doświadczenia, wizji, talentu. A potem można nawet i podpalać gitarę. Jeśli nie chcesz tego dostrzec, to nie dojdziemy do konstruktywnych wniosków.
mimski pisze:No ja jednak byłbym dumny z chłopka, z którego czerpią inspiracje miliony gitarzystów i wspierał go w każdym etapie życia. Pomijam już fakt, że moje pytanie było inne.
OK, ustosunkuję się więc dosłownie do pytania: tak, przyznaję, branie heroiny nie jest chwalebne i zaiste, lepiej ćwiczyć z metronomem a potem, kiedy już nam się znudzi, można o siebie zadbać i troszkę przypakować jak Pietrucha

Ale ja mam to gdzieś. Pytanie czy chciałbym żeby mój syn brał heroinę nie wnosi kompletnie nic do dyskusji pt. "Dlaczego Nirvana jest słaba". Inspirujący miliony Phil Anselmo kiedyś prawie się zaćpał na śmierć, podobnie jak inspirujący, może nie miliony, LG Petrov jest alkoholikiem; nie zmienia faktu, że Pantera/Down i Entombed to znakomite zespoły i kiedyś będę je podsuwał synowi, nie zastanawiając się nad tym, czy on też zostanie ćpunem/alkoholikiem. Pewnie teraz też nie czytam ze zrozumieniem?
mimski pisze:Tylko w teorii. Bo w praktyce nie trawię Vaia, nie lubię Presleya, kompletnie nie przemawia do mnie Tool. Ale nigdy nie powiedziałbym, że Presley był słaby. Jeśli Ty nie masz z tym problemu, to gratuluje dobrego samopoczucia i wysokiego mniemania o sobie.
No ale jeśli Ty nie widzisz różnicy pomiędzy zestawianiem ze sobą Presleya a Dream Theater to, zastosuję Twój chwyt, nie mamy o czym rozmawiać. Czym innym jest opinia, że słabe jest DT a czym innym że Presley, czym innym jest obiektywny szacun dla Black Sabbath za ich spuściznę, a czym innym rzekomo należny obiektywny szacun dla Dream Theater za ich spuściznę.
mimski pisze:Moim zdaniem Gilmour gra inną muzykę, a inną Pietrucha. Gilmour nie zagra dobrego solo w Lashed To The Slave Stick, a Sanders nie sprawdzi się w Shine On You Crazy Diamond. Tak jak do wbijania gwoździ używasz młotka, a nie wiertarki, tak oni dobierają odpowiednie środki do oddania swojego przekazu. Ja uwielbiam zarówno solo z Comfortably Numb i z Voices DT. W szkoleniu własnego warsztatu gitarowego wykorzystuje solo ze Stairway To Heaven, albo Whole Lotta Love, ale też chętnie sięgam do Erotomanii. Ot i koniec pieśni z mojej strony. Moim zdaniem podejście z nastawieniem: "szred=gówno" jest idiotyczne i bardzo ograniczone, ale jak sam powiedziałeś, jak kogoś to jara to ok.
Szred, jak każde efekciarstwo za którym nie idzie kompletnie żadna treść, jest gównem. Powtórzę się- przesadne epatowanie umiejętnościami nie jest tym o co chodzi w muzyce rockowej. Z tego powodu, nie uważam aby Dream Theater należało się z tego tytułu jakieś specjalne uwielbienie i szacunek, tak samo jak z tego samego powodu grające prosto zespoły z automatu nie zasługiwały na uwagę. W muzyce Dream Theater nie znajduję niczego poza umiejętnościami. W muzyce Morbid Angel, choć też technicznej, jak najbardziej. Ot różnica.
mimski pisze:To tak jak ja nie widzę różnicy pomiędzy kolejnymi albumami Nirvany. Wszystkie są nudne i słabe muzycznie.
A słuchałeś jakiegokolwiek w całości? Bo ja swego czasu CoB się jarałem. Oczywiście niczego nie sugeruję, pytam.
mimski pisze:Kolejny raz dajesz dowód że nie czytasz w ogóle tego co piszę. Co to za porównanie w ogóle, gdzie tu element wspólny? Dla mnie jakiekolwiek współpracowanie z MTV dyskwalifikuje kogokolwiek jako buntownika. Nie mam problemu, gdy jakieś zespoły grają dla tej stacji. Mam problem tylko w sytuacji, że ogłaszają wszem i wobec, że są buntownikami, po czym jadą grać w studiu MTV. Dla mnie to mogliby nawet się obnażyć przed kamerami, ale nie zmieni to mojego postrzegania, że nagrywanie dla MTV nijak ma się do buntu.
Tak uczciwie to nic nie wykazałeś, bo analogia kompletnie nie trafiona. Gdzie ja powiedziałem, że zamykanie się w beczce to definicja buntu? Zacytuj ten fragment. Podałem przykład dwóch prawdziwych moim zdaniem buntowników, którzy na prawdę sprzeciwiali się panującym w społeczeństwie standardom. Dla mnie buntem jest sprzeciw wobec powszechnie panujących zasad. To łamanie konwencji. To przeciwstawianie się społeczeństwu, w szczególnośc w słusznym celu, jak to robił Sokrates, Gandhi, czy Martin Luter King. Czym natomiast złamała konwencję Nirvana? Tym, że Kurt brał heroinę? To takich bohaterów są miliony. Tym, że strzelił sobie w łeb? Takich bohaterów również jest wielu. Tym, że grał dla MTV? Takich były setki przed nimi i po nich. Matt Pokora, też dla nich gra. Podobnie Rihanna i masa innego szajsu. Może tym, że zniszczył parę wzmacniaczy i gitar? Powiedz w jaki sposób Kurt się buntował, w jaki sposób łamał konwencję? Bo moim zdaniem takich jak Kurt; młodych ludzi z problemami ze sobą i swoją osobowością i charakterem, którzy uciekali w narkotyki i chcieli mieć dużo kasy i zaliczać panienki to jest wielu. Kurt będzie buntownikiem, jeśli za buntownika uznamy dzieciaki uciekające z domu w pogoni za przygodą. Dla mnie to jednak spłycenie tego słowa do banału.
Teraz to Ty naucz się czytać. Ty użyłeś, dla zdefiniowania buntu, wydumanych przykładów w postaci Sokratesa, ja z kolei, z przekory, sparafrazowałem tę wypowiedź i wyjechałem z Beethoven w kwestii muzyki, posługując się takimi samymi środkami. To Ty napisałeś, że "bez sensu, bo wynika z tego, że żeby tworzyć muzykę trzeba być głuchym", więc ja na dokładnie takiej samej zasadzie wyciągnąłem wniosek, że w takim razie aby być buntownikiem trzeba zamykać się w beczce. Rozumiesz kontekst, czy po prostu przeczytasz tamtą wymianę jeszcze raz? Po prostu, tak samo jak argument "ludzie nie mają co do garnka włożyć", wyjeżdżanie z Gandhim i Sokratesem w dyskusji o muzyce również jest dla mnie śmieszne. Ale do tego jeszcze wrócę potem. Z tym buntem tak w ogóle to jest dość ciekawe swoją drogą, bo ja nie przypominam sobie, żebym gdziekolwiek w dyskusji użył jako argumentu przemawiającego za Nirvaną, ich buntowniczości, w każdym razie nie ja rozpocząłem ten wątek

. To Ty sam to przywołałeś i jakoś tak zaczęło to żyć własnym życiem. Ale OK. Myślę, że sam fakt, że Nirvana zdetronizowała białe adidasy oraz wytapirowane fryzury i zaproponowała inną stylistykę niż ta która wówczas dominowała w mediach jest czymś zasługującego na uwagę w kwestii sprzyjania gustom mas. To po pierwsze. Po drugie zauważ- od początku chciałem dyskusję sprowadzić na tory muzyczne i nawet sam prowokowałem tym, że pisałem że ludziom nie pasuje w tym zespole strzał w łeb, heroina, sweter i tak dalej. I Ty doskonale wpasujesz się w tą konwencję; bo słowa o muzyce tu nie widzę. Moim zamiarem nie było przedstawianie Nirvany jako buntowników- wszystkie te przykłady, z TOTP itd. miały na celu pokazanie ich nie jako maszynek do zarabiania dla MTV (dla których z niekoniecznie własnej woli byli), ale jako wciąż mających radochę z grania, niezblazowanych gości, którzy ze swoją muzyką dobrze wpasowują się w garaż jak i, co się okazało, na stadion. To jest pewna różnica. Nie przeczę, że Nirvana chciała być zapewne postrzegana jako buntownicza- mi to z ich wizerunkiem ani z tym co grali kompletnie się nie kłóci, a że kamera ich lubiła, cóż, powtórzę się, że The Clash oraz The Who też. A fakt, że Sokrates zamykał się w beczce nie zmienia faktu, że dyskutujemy o muzyce rockowej
mimski pisze:Taki jeszcze komentarz na koniec. Trochę zatraciłeś się w swoich studiach. Nie przejmuj się, też przechodziłem przez ten ciężki okres. Jednak prawo w pewien sposób skrzywia człowieka. Łatwo popaść w manię zwalczania wszystkich i wszystkiego. Nie prowadzisz dyskusji tylko walczysz. Nie chcesz dojść do konstruktywnych wniosków, porozmawiać, podzielić się swoimi spostrzeżeniami, tylko jesteś nastawiony na zniszczenie przeciwnika, udowodnienie swoich racji, niekoniecznie słusznych. Nie tędy droga. Zwłaszcza jeśli sobie gadamy o tak subiektywnych sprawach jak lubiana muzyka. Niestety, ale wszyscy (ludzie, tak ogólnie, nie tylko ja i Ty) żyjemy w innych światach. Mamy inną wiedzę, wyznajemy inne wartości. Możemy się spierać konstruktywnie o Art. 300 par. 2 KK w kwestii czy znajduje on zastosowanie w rozwodach, ale prowadzenie sporu w kwestii muzyki do niczego mądrego i sensownego nie doprowadzi.
A tu już przepięknie poleciałeś, mówi to ktoś, kto się obruszył na rzekomy wjazd ad personam, ale w porządku. Twoje przeżycia związane ze studiami prawniczymi oraz to, że kiedyś tam zachłysnąłeś się swoją przyszłą rolą niekoniecznie muszą być wspólne dla wszystkich, chociaż fakt taka tendencja może być zauważalna w tym towarzystwie

Nie mierz wszystkich swoją miarą; ja po prostu prostym rzeczom, jak dyskusja o muzyce nie nadaję niesamowicie wydumanego znaczenia- fakt wykorzystania argumentów typu "ludzie nie mają co jeść" oraz odwołania do Sokratesa (czyżby pokłosie Doktryn?

) bardziej świadczą o przesadnym wczuwaniu się w rolę. Ja zwyczajnie lubię dyskutować i zawsze tak było, być może dlatego znalazłem się na tych studiach, nie zaś na odwrót. Tym bardziej jeśli idzie o muzykę lubię wymieniać poglądy, bo jestem zdecydowanie przeciwny opinii jakoby o gustach miałoby się nie dyskutować. Nie sądzę, żebym był nastawiony na zniszczenie przeciwnika, szkoda że tak do odbierasz, myślałem, że dyskusja jest jak najbardziej merytoryczna i na pewnym poziomie, cios za cios, jeśli zaciętość uznajesz za próbę zniszczenia, to nie mogę się zgodzić- dyskutuję dopóki mam coś do powiedzenia; nie rozpoczynam dyskusji jeśli nie mam mocno ugruntowanego zdania na dany temat, nie czułbym się wówczas zobligowany do wyrażania swojego poglądu, choć to oczywiście nie wyklucza przyznania racji przeciwnikowi w pewnym momencie. No ale, że w tym p[rzypadku takiej możliwości chyba nie ma to inna sprawa.