Niestety sprawa jest niezwykle prosta. Mapka miejsc jest poglądowa, a wolny rynek jest prawdziwy. Możemy marzyć o uczciwym postawieniu sprawy, kiedy to organizator jasno przed koncertem określa ilość biletów na poszczególne sektory i każdy ma jasną informację co do wielkości GC, płyty i średnicy głowy Eddiego. Niestety, dopóki organizatorowi kasa się zgadza, to niespecjalnie go rusza nawet nazwanie go Macierewiczem koncertów. Tak czy inaczej jesteśmy jako widzowie na straconej pozycji z każdej strony: kupujemy GC - organizator śmieje się nam w twarz i je powiększa. Zbojkotujemy LN - spoko, zespół pojedzie do Tanzanii, gdzie sprzeda więcej biletów, bo też (co zrozumiałe) myśli w kategoriach 35 tysięcy sprzedanych biletów, a nie bezwzględnego obowiązku jechania do Polski, bo walczyli za wolność waszą i naszą, i tak bardzo nas kochają. Nie ma dobrych rozwiązań. Jasne, że LN mogłoby podnieść ceny GC o stówę i wtedy proporcje GC/płyta by się nieco znormalizowały, ale za to podniósł by się lament, że uje zrobili najdroższe GC na świecie - dupa z tyłu panie i panowie - to jest biznes. Dopóki impreza organizowana jak najmniejszym nakładem sił, sprzedaje się całkiem nieźle, to LN nie widzi powodu, żeby podnieść jakość tej usługi. Ja wiem, że w innych krajach panuje inna kultura biznesowa, ale u nas jeszcze z tego co widzę nie czas na to. Może za dziesięć lat, może za dwadzieścia dojdziemy do momentu, że organizator w imię marki i zadowolenia klienta będzie w stanie poświęcić te 5% zysku, ale jeszcze nie dziś. Zdrówka życzę
