Wciąż X Factor nad Fearem, a potem daleko No Prayer i Virtual.
Z No Prayerem mam ten problem, że po prostu jest nudny i oceniam to nie z perspektywy tego, że jest tuż po złotej erze, tylko z perspektywy całej twórczości zespołu. Ok, fajnie, że jest konstrukcje utworów są prostsze, bardziej surowe, nie ma zbędnych ozdobników, wokal Dickinsona jest ostrzejszy i mniej operowy i jak się słucha tego albumu, to niby wszystko jest ok, ale tak naprawdę, to nie pamiętam kiedy przesłuchałem go w całości. Zazwyczaj jest tak, że bez żalu przerywam go w dowolnym momencie jego trwania i nie zawsze wracam do odsłuchu.
Taki Fear, mimo kupsztali, jednak jest bardziej angażujący.
X Factorowi można by również zarzucić nudę i dłużyzny w co najmniej połowie utworów, ale te kompozycje są dla mnie dużo ciekawsze i dużo lepiej zostają mi w głowie.
V11 chyba nie muszę opisywać
