Nic a nic nie szło mi odespać w drodze powrotnej po wczoraj, ale jakoś doszedłem już do siebie, a chyba mam ochotę coś napisać.
Zaraz po Bratysławie słuchałem sobie dzień później kilku płyt Maidenów, kiedy to naszła mnie myśl, że słowacki koncert nie powinien być u mnie kropką nad "i" w temacie obecnej trasy. Na swoim liczniku miałem tylko dwa koncerty IM, obecna setlista bardzo mi siedziała, więc moje myśli zaczęły krążyć wokół czeskiego festiwalu. Popytałem się Sardiego o kwestię auta na wyjeździe AiM do Budapesztu, ale wszystko rokowało wokół tego mniejszego w puli, więc nadziei z tym środkiem transportu nie chciałem sobie robić. Drugą "ofiarą" w kolejce był MaidenFan, który wstępnie chciał jechać, ale w zrozumiały sposób 14h godzin siedzenia za kółkiem nie nastrajało go na wyjazd. W trakcie naszych dywagacji odkryliśmy wyjazd organizowany przez bus-weekend z Katowic, a że z Krakowa szło tam dojechać rano pociągiem, to miałem przed oczami już jedną myśl - jest to wykonalne. W poprzedni poniedziałek postanowiłem więc, że tak czy siak pojadę do Hradca. Już miałem się czaić na bilety z ticket swapa, kiedy to w trakcie dzielenia się ze Schizoidem moimi planami co do wyjazdu, wrzucił on na naszą konfę post o konkursie na dwie darmowe wloty, konkretnie na dzień z IM. Jak nie trudno się domyślić, zakręciliśmy korbą szczęścia. Wymagało to wykreowania pewnej postaci w zadaniu konkursowym, gdzie Schizoid (ze wsparciem MaidenFana) wykazał się sporą pomysłowością

Był czwartek, coś nie spływała żadna wiadomość zwrotna. Obudził się we mnie mój wewnętrzny pesymizm - "No nie, pewnie się nie udało". Na szczęście ferment był niezasadny. Parę minut później przyszła wiadomość, że bilety dostaniemy za jakiś czas. XD No bajkowo. Wraz z ogłoszeniem naszego sukcesu, śmiałości co do wyjazdu nabrał również MaidenFan, i wkrótce po zakupieniu przez niego biletu byliśmy ustawieni na wspólny przejazd z Krakowa do Katowic. Także jak widzicie, warto napierać na niektóre plany koncertowe, bo warunki na ich realizację potrafią okazać się nadzwyczaj korzystnymi
W dzień wyjazdu wstałem później niż do Bratysławy, bo z Krakowa ruszaliśmy godzinę po tym, kiedy startował analogiczny wyjazd na Słowację. W Katowicach chwilę się jeszcze ogarnęliśmy na stacji benzynowej, pieszy marsz pod Spodek i stamtąd ruszyliśmy w siną dal. Podróż odbyła się w zasadzie w 90% przez Polskę, a w trakcie jej obserwowaliśmy niestety z niepokojem warunki pogodowe na zewnątrz. Źle to wyglądało miejscami. Kiedy już jednak dojeżdżaliśmy na teren festiwalu, pogoda zaczęła wyglądać znacznie stabilniej. Po wysiadce zaczęliśmy kroczyć na teren festiwalu. Szło się makabrycznie długo. Brama wydarzenia była zupełnie odwrotnie do naszego postoju, także spędziliśmy w marszu spokojnie z 20 minut do czasu przekroczenia właściwego wejścia, już po odebraniu opasek. Festiwal wygląda dość spodziewanie na taki fest, jakkolwiek to nie brzmi

. Dużo wszelkiej maści namiotów, mało miejsc do siedzenia, nawet sporo tojek. Elementy dawnej jednostki wojskowej przypominały coś na kształt Brutala, a że to ten sam kraj, to widać, że lubią organizować festiwale w takich lokacjach. Kilku scen nawet nie zobaczyliśmy bo były gdzieś pochowane. Sprawdziliśmy na start scenę główną. Grało tam jakieś Loathe, które niechętnie słyszeliśmy jeszcze idąc po opaski. Spotkaliśmy przy barierce @BonDzosef, ale sami długo nie zawitaliśmy po zakończeniu tego występu, bo chcieliśmy ogarnąć podstawowe potrzeby - między innymi napój Trooper. Kolejka po piwo zespołowe była wówczas mała, do tego dorwaliśmy po kubku z grafiką Troopera. Była ona w ramach współpracy z samym festem, więc z uwagi na brak eventówki był to jedyny artefakt pamiątkowy do nabycia. Po drodze jeszcze sprawdziliśmy scenę, na której miał grać Saxon. Akurat popylało tam jakieś czeskie AC/DC.
Po tym pojawiliśmy się na Queensryche, gdzie dołączył się również @Zelazny i @Sardi. Od czasu koncertu Tate'a w Krakowie nie obczajałem dyskografii QR, więc traktowałem ten występ jako totalny bonus. Mocny ej aj na ekranach. Todd faktycznie prezentował się świetnie na wokalu, także brak Geoffa im absolutnie nie szkodzi. Nagłośnienie za to dość wyraźnie pogruchotało nam w bębenkach, co dość kiepsko nastrajało na dalsze występy. Po szamie ze Schizoidem znowu wróciliśmy pod scenę główną. Tutaj zebrała się większa grupa forumowa, niestety coś nie z każdym udało się zbić pionę - mea culpa

Alter Bridge dotąd nigdy nie sprawdzałem, a jeszcze pod kątem potencjalnego koncertu w Krakowie miałem w planie ich wstępnie obczaić. Nie jest to chyba granie dla mnie, bo leciał mi ten koncert pomiędzy palcami i tylko lekko się do niego bujałem. Następnie wycofaliśmy się ze Schizoidem by zająć lepsze miejsce na Saxon i przy okazji doczyścić nasze "chipy" z koron na ostatnie Troopery. Kolejka wyglądała na dużą, więc zaryzykowaliśmy by sprawdzić, z jakim tempem będzie się to posuwało. Ale tu duża pochwała dla obsługi, sunęli z wydawaniem napojów bardzo wydajnie. Chwilę później dotarliśmy na scenę, gdzie miał wylądować za niedługo orzeł. Wiało tam absolutnymi pustkami, więc trochę sobie poczekaliśmy. W końcu na scenę wkroczyła ekipa z Wielkim Biffem. Miałem żal za poprzedni rok, bo w ramach jednej choroby musiałem sprzedać bilet na Laibach, a na Saxon byłem jeszcze średnio wykurowany, więc przerwa z nimi trwała ponad dwa lata. Jakże mi kawałek - niestety - tego występu to wynagrodził. Kolejne HFD, Dog of War, Sacrifice, Solid Ball of Rock i Heavy Metal Thunder świetnie mi podeszły. Tak jak wspomniał w swojej relce pz, za Broken Heroes mogło być coś innego, ale pozostałe rotacje absolutnie wynagradzały ten układ. Niestety bliżej naszej ewakuacji na IM zaczęło już mocno prażyć zza sceny zachodzącym słońcem, a okulary przeciwsłoneczne średnio pomagały.
Przed Motorcycle Man zaczęliśmy zawijać na ostatni przystanek tego festiwalu, i idealnie wraz z jego końcem tam dotarliśmy. Trochę się przecisnęliśmy przez ludzi i wylądowaliśmy mniej więcej z kilka metrów dalej i bardziej na lewo względem spota sprzed dwóch tygodni. Wielkim plusem względem wspomnianego zdanie wcześniej koncertu był o wiele krótszy czas oczekiwania na Maidenów. Dzięki temu czas ten nic a nic się nie dłużył. Na ostatnie minuty przed Doctor Doctor również wypatrzyliśmy czeską głowę państwa na trybunie VIP, przez co zrobiło się całkiem oficjalnie
W końcu, przy ostatnich promieniach słońca, ruszył klasyczek od UFO. Ponowne intro z Ides of March i znowu byłem na przedmieściach Paryża. Ogólnie cała sekcja Early Days siadła mi, z wyjątkiem Rue, lepiej niż w Bratysławie. Co do nagłośnienia: było dość, jakby to nazwać, gibkie. Czasem samoczynnie, czasem przy lekkim obróceniu głowy, pasmo stereo robiło w moim odczuciu dziwne przeskoki, a staliśmy tylko lekko po lewej. Nie psuło to jednak specjalnie odbioru, gorzej było z mikrofonem u Bruce'a. Kotlety siedziały mi mniej więcej podobnie jak dwa tygodnie wcześniej. To samo tyczyło się największych dobroci tego setu, czyli ID, Powerslave, Rime i Syna, z tym że na tych bawiłem się tak samo genialnie. Adrian na SSoaSS zrobił mi już w Bratysławie wieczór, swój trick powtórzył też wczoraj. Jest to piękny wodzirej wiosła i najbardziej urozmaicająca postać w obecnym składzie. Czego nie powiem o Janicku. Naprawdę, mój wzrok twardo unikał prawej strony, bo oglądania esów floresów z gitarą nie miałem ochoty obserwować. Jakoś na Trooperze i Hallowed przeniosło mnie przed szerokiego typa przede mną - brakowało mi w tym momencie Kama za plecami by mi podał harpun, bo chłop się nie mógł uspokoić z BARDZO kreskówkowym machaniem rąk, które odbywało się cały czas. Także tylko te dwa kawałki były u mnie na minus względem Bratysławy, bo na IM udało mi się przesunąć trochę na prawo od niego. A i samo IM było niespodzianką. Średnio mi się widzi słuchanie tego utworu albumowo, a poprzednio spuszczał mi raczej ciśnienie na żywo, ale wczoraj nawet coś do niego pośpiewałem i był to spoko moment. Przyszedł czas na bisy. AH wystękane przez Bruce'a, FOAD mentalnie już nie chcę nigdy więcej doświadczać, no i perełka urodzaju, czyli Wasted Years. Jest to domykacz absolutny i bezwzględny, a Adrian pokazał na pożegnanie czym jest ROCK. Tak oto drugi mój pokaz RttH dobiegł końca. I już za tym tęsknię.
Występ we wschodniej republice powstałej po rozpadzie Czechosłowacji jednak lepiej mi siedział, czego zasługą była wtedy znacznie, oj znacznie żywsza publika. Wczoraj, cytując tutaj jednego forumowicza, była "straszna stypa". Brak publiki Maidenowej zmienia odbieraną dookoła energię, bo o ile w Bratysławie na rzadziej granych utworach aktywowali się nieliczni, tak wczoraj na Rime i SSoaSS był totalny sen. Ale już poza samą publiką, lepiej mi się po prostu oglądało poprzedni występ. Na plus dnia wczorajszego jednak zdecydowanie mniej bolesne warunki z oczekiwaniem na gwiazdę wieczoru i możliwość skosztowania zespołowego trunku, do tego więcej muzyki na zabicie czasu, a dobrze nagłośniony Saxon przed źle nagłośnionym Anthraxem to diametralna różnica.
Przy wyjściu złapał nas szybki deszcz, więc peleryny, które tachałem ze Schizoidem całą drogę, przydały się na max 3 minuty

Znowu szliśmy marszem śmierci, ale tym razem przynajmniej autokar czekał na nas w tym samym miejscu i nie dojeżdżał z opóźnieniem. Opóźnienia uniknąć się nie udało, jako że jeden jegomość zaginął i musieliśmy całą "wycieczką" na niego czekać. W trakcie tego słuchaliśmy urzekających porad jego kolegi, który starał się go nawigować do busa. Dobra polszczyzna tam wybrzmiewała

Znalazł się, po czym w końcu ruszyliśmy w noc powrotną. Z uwagi na kiepskie warunki do spania, przesłuchałem zaległego debiutanckiego LP zespołu Kielichy, który wyszedł w piątek. Zapowiedzieli wydanie Swans-worship, i słowa dotrzymali - przejdę się na nich w lipcu. Nad ranem, ospali, przemieściliśmy się do auta MaidenFana i wyruszyliśmy w, przynajmniej dla mnie i Schizoida, ostatni etap powrotny. Głowa leciała mi do snu co kilka sekund, więc poklatkowo pamiętam z tego może kilka sekund
I tak oto wyjazd, który nie rysował się z początku na wykonalny, dobiegł końca. Zamyka to u mnie dość spontaniczne zbratanie się z Maidenami, którzy po latach orbitowania mi z boku nagle wskoczyli do grona najlepszych zespołów, które mi było dane zobaczyć na żywo. Życzę sobie, jak również wam, byśmy ich jeszcze zobaczyli w następnych latach z zacną setlistą co najmniej raz, a i więcej jak da los.
Pozdrawiam wszystkich forumowiczów obecnych wczoraj, również tych, z którymi nie zdarzyło się przywitać pro forma, a także dla @Under Jolly Roger, którego poznaliśmy w realu po raz pierwszy, i z którym podróżowaliśmy razem godzinami. A szczególne podziękowania dla @Schizoid, który przyczynił się do bardzo "budżetowego" wyjazdu dla dwójki z nas, oraz dla @MaidenFana, który wspierał nas w tym, dał się namówić na wyjazd i który naszą trójkę zawiózł w te i we wte
Nic nie złapałem również