Chyba dobre kilka lat zabierałem się za przesłuchanie dyskografii Mastodona. Zawsze było to jednak odkładane w czasie, zapewne centralnie przez to, że zbytnio parcia na sludge z elementami progowymi nie miałem. Dopiero ostatnie wydarzenie skłoniło mnie metodą pasiakową do ruszenia tej dyskografii za jednym machnięciem. No, może prawie tydzień mi to zajęło, ale jednak - dokonałem tego i mogę napisać to i owo.
Podszedłem do tego - jak najbardziej tylko mogłem - obiektywnie, nie stawiając sobie żadnego żądania, aby miały mnie te najwyżej oceniane albumy powalić. A wyszło mi mniej więcej tak:
Pierwsze trzy płyty weszły mi strasznie ślisko. Gdzieniegdzie jest na nich okej, zasadniczo jednak mnie ich wczesne granie nie kupiło praktycznie nic a nic. Kompilacyjne Call of the Mastodon również trafiło do mnie gorzej niż średnio.
Pierwszą płytą która mnie kupiła jest dopiero Crack the Skye. No tutaj zabiegi progowe zostały wykonane w pełni pomyślnie. Oblivion i The Czar całkiem a całkiem dowożą, natomiast płytę robi mi zdecydowanie Ostatni Baron. Naprawdę kawał solidnego progowego bajerowania, będę do niego wracał nie raz bo broni się wybornie.
Po dostarczeniu mi odrobiny optymizmu przez album z 2009 czekały mnie The Hunter i Once More 'Round the Sun. Tutaj niestety nastąpił dźwięk pękającej kości, bo obie te płyty całkowicie wybiły mnie z optymistycznego nastroju co do współcześniejszych dokonań Mastodona. Na The Hunter w zasadzie większość płyty to kupsztal o którym wole zapomnieć. Nie wiem, co im wtedy przyświecało, ale ewidentnie spuścili w chęciach nogę z gazu, wykręcając srogiego kozła. Bo zamysłu tam większego się nie uświadczy.
Przed Empire of Sand miałem przeczucie, że raczej nic mnie już nie nastroi z tym zespołem na ostatniej prostej i będę mógł uznać, że mieli jeden przyzwoity album w dyskografii pośród samych płyt rodzaju "tygodniowy otwarty camembert w lodówce". Ale jakież było moje zdziwienie, jak po pierwszych trzech utworach miałem wyraźniutkie "eeej, nawet nawet". Z pewnym zaskoczeniem płyta dociera w dobre zakamarki brzmieniowe, może nie w szczególnie wybitnej manierze, ale nadal w takiej, która kupuje. Punktem szczególnym dla mnie jest druga połowa Roots Remain, sam kawałek to i tak soczysty highlight tej płyty. Da się na Imperium wyraźnie wyczuć, że udało im się wybić z marazmu dwóch poprzednich płyt i jakoś dostarczyli składniejszy materiał.
Zmierzając ku końcowi, miałem na decydujący finał pozytywniejsze przeczucia. I jakież było moje zaskoczenie, kiedy bliżej końca Hushed and Grim dało mi się czuć... że mam w zasadzie do czynienia z najlepszym wydawnictwem tego zespołu. Nie mam pojęcia czy jest to rzadka opinia, nie tak rzadka, mało to chyba ważne. Jak dla mnie cały schemat kompozycyjny tej płyty (czyt. danie sobie siana z ostrzejszymi partiami gdzie popadnie i zrobienie bardziej melodyjnego prog metalu) jest nie tyle pełnowymiarowo dobrze zrealizowany, co po prostu daje nade łatwo rzucające się w ucho wrażenie, że jest to najdojrzalsze wydawnictwo tego zespołu. Niecodzienna sprawa, rzadko widuje wykonawców u których bardziej gęste wjeżdża dopiero po 20 latach działalności. Do tej płytki na pewno wrócę, może nie jest dla mnie jeszcze na czysto bardzo dobra, ale kto wie, kto wie.
Czuję teraz z nieca, że w sumie to szkoda że nie zobaczyłem ich w po-wieczność nieaktualnym składzie, ale skoro ten zespół nie mógł do mnie latami trafić to tak musiało być. Przy jakiejś festiwalowej sposobności lub ich własnym/supportowym akcie w Krk mogę się przejść. Nie wiem, jak spore turbulencje nastąpiły w tym zespole (pisząc to muszę doczytać o co się pożarli, bo nie zagościło to w mojej głowie dotychczas), ale wole żyć po Hushed optymizmem co do przyszłości tego zespołu. To tyle ode mnie
