Weekend minął, uderzamy więc w pierwszą piętnastkę.
15. HAMMERFALL - Glory To The Brave (1997)
Jeden z lepszych debiutów zawieszonych gdzieś pomiędzy power i heavy metalem, choć dla mnie oni zawsze byli bardziej heavy niż power, zwłaszcza że scena powerowa została dość krewko zeszmacona nieco później przez zespoły które kopiowały Stratovariusa i niepotrzebnie ścigały się z Helloween. Hammerfall zagrał na "Glory to the Brave" bardzo staroszkolnie i z dużym szacunkiem do klasyki lat 80-tych, tworząc jednak nową jakość. Urzeka mnie to, że "Glory..." bywa miejscami niedopracowana, bo czasem a to rytm lata, a to palec się na gryfie uśliźnie, ale mimo to potęga materiału nagranego przez Dronjaka i spółkę jest nie do przecenienia. Joachim Cans to taki wokalista którego się szanuje bądź nie cierpi, bo wokal ma jakby nie patrzeć charakterystyczny. Szkoda że później Hammerfall nie potrafił udźwignąć swojej potęgi: o ile "Legacy of Kings" to jeszcze materiał miejscami bardzo dobry, to od skądinąd dobrego "Renegade" zaczyna się marsz ku dołowi, w którym zespół pozostaje do dziś.
Ulubione kawałki: "Dragon Lies Bleeding", "Steel Meets Steel", "Stone Cold"
14. HELLOWEEN - Keeper Of The Seven Keys Part 1 (1987)
W zasadzie wszystko o tym albumie zostało już napisane w rankingach innych forumowiczów. Klasyk. Pamiętam że mój pierwszy raz z tym materiałem był dość osobliwy - ojciec kolegi miał, jako jeden z pierwszych w mieście, przegrywarkę do płyt CD. Zapomnijcie o czasach przegrywarek komputerowych, wtedy można było kupić na rynku jedynie kloca wielkości magnetowidu, który przegrywał płyty w czasie rzeczywistym. Mało tego, czysta płyta cd do takiego sprzętu kosztowała wtedy jakieś 10 zł i nie zawsze udawało się ją dobrze przegrać - czasem jak płyta-matka się zacięła, to całe nagrywanie szło się jebać. Kumpel czasem przynosił do szkoły takie "odrzuty" z nieudanych sesji przegrywania - te płyty miały to do siebie że dało się je odsłuchać, ale raz były to jedynie dwa pierwsze numery, innym razem jedynie fragment pierwszego, jeszcze innym razem niemalże całe płyty, ale z urwanym ostatnim kawałkiem. Jedną z takich "nieudanych sesji" był właśnie pierwszy "Keeper", który zawierał cztery pierwsze numery, z urwanym w połowie "Twilight of the Gods". Ja od kumpla zabierałem te płyty i odsłuchiwałem u siebie na mini-wieży. Pierwsze riffy i zwrotka "I'm Alive" pokonały mnie. Biegałem jak oszalały po domu, bo oto znalazłem zespół który grał prawie tak jak moje ukochane już wtedy Iron Maiden, ale tak jakby... jeszcze bardziej. W sensie, że przesuwał granicę jeszcze bardziej. Ogólnie te numery były "bardziej" niż Iron Maiden. Nie wiem czy były "bardziej" lepsze, w sumie to chyba nie, bo jednak to Maiden po dziś dzień uwielbiam ponad wszystko, ale mimo to tamten materiał rozwalił mnie w tym czasie doszczętnie. Długo szukałem pełnej wersji tego albumu (to nie było takie proste jak teraz), ale gdy w końcu go znalazłem... jakoś nie wszystko mi pasowało. W sumie po dziś dzień ubóstwiam pierwsze 4 kawałki, a późniejsze jakby mniej, choć wiadomo że "Future World" czy "Halloween" to majstersztyk. "A Tale That Wasn't Right" doceniłem z kolei dopiero po wielu, wielu latach, kiedy śpiewałem to jako kołysankę swojej córce. Ona, w przeciwieństwie do mnie, doceniła ten numer od razu, bo zawsze się przy tym uspokajała i dość szybko zasypiała, mimo że do Michaela Kiske to mi daleko
Ulubione kawałki: "I'm Alive", "A Little Time", "Twilight Of The Gods"
13. BRUCE DICKINSON - The Chemical Wedding (1998)
Ta płyta to świadectwo tego, jak w zgodzie ze swoją przeszłością można kreować przyszłość. Bruce wiedząc że oddalając się od klimatu Ironów jest z góry skazany na porażkę, wrócił do źródeł, ale zrobił wszystko po swojemu, nie chcąc powielać brzmienia swojego "macierzystego" zespołu. Z pomocą genialnego Roya Z stworzył metalowy pomnik, którego nie skruszą nawet najtwardsze i najcięższe maszyny. Brzmienie, kompozycje i sam zamysł tej płyty to jest coś, co nie mogło zostać wymyślone przez każdego-lepszego muzyka. W tamtych czasach Bruce na pewno pokonał Ironów jeśli chodzi o jakość muzyki którą tworzył a w moim osobistym mniemaniu, dość mocno zbliżył się do tego, co tworzył z Maiden w latach 80-tych. Ten sam flow, ta sama radość grania i ta sama atomowa energia, choć w znacznie nowocześniejszym wydaniu. "Chemical Wedding" to jedna z tych płyt, które wprowadziły metal w nowe millenium, mimo iż ukazała się 2 lata przed nastaniem tej ery. Majstersztyk.
Ulubione kawałki: "Book of Thel", "The Tower", "Jerusalem"
12. X-JAPAN - Blue Blood (1989)
Zastanawiał się ktoś z Was kiedyś co by było, gdyby grupce mega wkurwionych samurajów dać instrumenty i kazać nagrać płytę z heavy metalem? Jestem pewien, że wtedy wyszłoby coś, co zabrzmiałoby jak "Blue Blood". Ta płyta to czysta furia zespołu, który nie miał żadnych skrupułów i nie baczył na żadne świętości. To muzyczne świadectwo jak bazując na znanych wzorcach wykreować coś zupełnie nowego i świeżego. Ten album to przede wszystkim dwie osoby: genialny gitarzysta Hide oraz niezwykle kreatywny kompozytor i perkusista zarazem, Yoshiki. Przy tej dwójce, nawet partycypacja tak dobrego wokalisty jak Toshi, to sprawa drugorzędna. Co znamienne, w sumie każdy z topowych japońskich bandów miał w swoim składzie wielkiego gitarzystę: X-Japan mieli Hide, Loudness Akirę Takasakiego a Anthem Hiroyę Fukudę. Każdy z nich miał to coś, ale każdy na swój sposób: o ile Takasaki to mistrz solowych popisów a Fukuda to świetny riffer, tak Hide był niezrównany jeśli chodzi o gitarowe melodie i harmonie. Szkoda, że jeśli chodzi o X-Japan to "Blue Blood" można traktować raczej w kategoriach jednorazowego strzału - zespół z każdą kolejną płytą coraz bardziej oddalał się od heavy metalu, tracąc swój kontrowersyjny image i idąc w kierunku bardziej melodyjnych, rockowo popowych brzmień.
Ulubione kawałki: "Kurenai", "Blue Blood", "Week End"
11. IRON MAIDEN - The Number Of The Beast (1982)
Iron Maiden po raz pierwszy, ale nie ostatni
Dla mnie "Number" to przede wszystkim dwie persony: Bruce Dickinson i Clive Burr. Ten pierwszy brzmi tutaj jak wyzwolony z okowów więzień, ktoś komu w końcu pozwolono śpiewać na 100% i dano tyle przestrzeni, żeby mógł się w pełni wyszaleć i wykazać. Po dziś dzień niektóre z partii Bruce'a na tej płycie brzmią wręcz nieprawdopodobnie i wydaje się że nie było takiego drugiego wokalisty, który potrafił zaśpiewać jednocześnie z tak wielką parą a zarazem tak szeroko jeśli chodzi o skalę. Nawet te najbardziej karkołomne partie brzmią tutaj mega swobodnie, jakby zostały stworzone bez większego wysiłku.
Co do Clive'a, to podobnie jak Bruce, gość brzmi jakby dano mu maksimum swobody w waleniu w bębny. To co wyczynia Clive na tej płycie to dla mnie niedościgniony wzór metalowej jazdy - mimo iż świat zapewne zna wielu lepszych perkusistów grających znacznie bardziej urozmaicone i skomplikowane partie, to jednak żaden z nich nie potrafił zagrać na bębnach z taką gracją, swobodą i wyczuciem jak Burr. Niesamowicie żałuję że jego historia z Maiden potoczyła się tak jak się potoczyła, bo myślę że byłby w stanie zagrać jeszcze lepiej i nagrać jeszcze wspanialsze rzeczy niż tu. Mimo olbrzymiego szacunku dla Nicko, wydaje mi się że Maiden stracił wiele z odejściem Burra - może też dlatego nie przepadam za "Piece of Mind"? Jeśli chodzi o tracklistę albumu, to wbrew powszechnym opiniom, nie widzę tu ani jednego słabego numeru. Nawet najbardziej nielubiany i wyszydzany "Gangland" to numer tak dobry, że wiele kapel chciało by nagrywać takie kawałki.
Ulubione kawałki: "Invaders", "Hallowed Be Thy Name", "22 Acacia Avenue".
CDN...
