Strona 4 z 5

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: pt maja 10, 2019 4:06 pm
autor: Deleted User 2259
Top 2 albumów ManOwar, dla mnie najlepsza płyta z tych wszystkich, które dałeś (oczywiście z tych co znam :D)

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: pt maja 10, 2019 4:45 pm
autor: pucha
W sumie sam się zdziwiłem że jest na takiej pozycji, ale cóż, żarty się skończyły i zaraz wjadą takie klasyki że głowa mała :)

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: pt maja 10, 2019 7:25 pm
autor: Schizoid
Meliora - bardzo przehajpowana, praktycznie do niej nie wracam.

Headless Cross - bardzo dobra pozycja, szkoda tylko, że bardzo często pomijana przez słuchaczy. No ale sprawy nie ułatwia Iommi, który nie wydał żadnego remastera w ostatnich czasach, a krążek od dawna jest już niedostępny.

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: sob maja 11, 2019 11:03 am
autor: Deleted User 357
pucha pisze: pt maja 10, 2019 4:01 pm Dla mnie bezsprzecznie najlepszy Ghost i serio nie wiem jak to możliwe że odjebaliście go pierwszego w Ghostowym survivorze :D
Mój człowiek od Ghost ;)

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: ndz maja 12, 2019 11:10 am
autor: Saimon1995
Żelazny pisze: sob maja 11, 2019 11:03 am
pucha pisze: pt maja 10, 2019 4:01 pm Dla mnie bezsprzecznie najlepszy Ghost i serio nie wiem jak to możliwe że odjebaliście go pierwszego w Ghostowym survivorze :D
Mój człowiek od Ghost ;)
+ 1 dla was panowie. Dla mnie to jedna z najlepszych płyt metalowych XXI wieku. I zdania nie zmienię. :) Dlatego niesamowicie musiałem się spinać, żeby wybrać 2 utwory w survivorze. Nie mogłem się zupełnie zdecydować. Ja na tym krążku uwielbiam wszystkie numery.

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: wt maja 14, 2019 3:50 pm
autor: pucha
Weekend minął, uderzamy więc w pierwszą piętnastkę.

Obrazek
15. HAMMERFALL - Glory To The Brave (1997)

Jeden z lepszych debiutów zawieszonych gdzieś pomiędzy power i heavy metalem, choć dla mnie oni zawsze byli bardziej heavy niż power, zwłaszcza że scena powerowa została dość krewko zeszmacona nieco później przez zespoły które kopiowały Stratovariusa i niepotrzebnie ścigały się z Helloween. Hammerfall zagrał na "Glory to the Brave" bardzo staroszkolnie i z dużym szacunkiem do klasyki lat 80-tych, tworząc jednak nową jakość. Urzeka mnie to, że "Glory..." bywa miejscami niedopracowana, bo czasem a to rytm lata, a to palec się na gryfie uśliźnie, ale mimo to potęga materiału nagranego przez Dronjaka i spółkę jest nie do przecenienia. Joachim Cans to taki wokalista którego się szanuje bądź nie cierpi, bo wokal ma jakby nie patrzeć charakterystyczny. Szkoda że później Hammerfall nie potrafił udźwignąć swojej potęgi: o ile "Legacy of Kings" to jeszcze materiał miejscami bardzo dobry, to od skądinąd dobrego "Renegade" zaczyna się marsz ku dołowi, w którym zespół pozostaje do dziś.

Ulubione kawałki: "Dragon Lies Bleeding", "Steel Meets Steel", "Stone Cold"

Obrazek
14. HELLOWEEN - Keeper Of The Seven Keys Part 1 (1987)

W zasadzie wszystko o tym albumie zostało już napisane w rankingach innych forumowiczów. Klasyk. Pamiętam że mój pierwszy raz z tym materiałem był dość osobliwy - ojciec kolegi miał, jako jeden z pierwszych w mieście, przegrywarkę do płyt CD. Zapomnijcie o czasach przegrywarek komputerowych, wtedy można było kupić na rynku jedynie kloca wielkości magnetowidu, który przegrywał płyty w czasie rzeczywistym. Mało tego, czysta płyta cd do takiego sprzętu kosztowała wtedy jakieś 10 zł i nie zawsze udawało się ją dobrze przegrać - czasem jak płyta-matka się zacięła, to całe nagrywanie szło się jebać. Kumpel czasem przynosił do szkoły takie "odrzuty" z nieudanych sesji przegrywania - te płyty miały to do siebie że dało się je odsłuchać, ale raz były to jedynie dwa pierwsze numery, innym razem jedynie fragment pierwszego, jeszcze innym razem niemalże całe płyty, ale z urwanym ostatnim kawałkiem. Jedną z takich "nieudanych sesji" był właśnie pierwszy "Keeper", który zawierał cztery pierwsze numery, z urwanym w połowie "Twilight of the Gods". Ja od kumpla zabierałem te płyty i odsłuchiwałem u siebie na mini-wieży. Pierwsze riffy i zwrotka "I'm Alive" pokonały mnie. Biegałem jak oszalały po domu, bo oto znalazłem zespół który grał prawie tak jak moje ukochane już wtedy Iron Maiden, ale tak jakby... jeszcze bardziej. W sensie, że przesuwał granicę jeszcze bardziej. Ogólnie te numery były "bardziej" niż Iron Maiden. Nie wiem czy były "bardziej" lepsze, w sumie to chyba nie, bo jednak to Maiden po dziś dzień uwielbiam ponad wszystko, ale mimo to tamten materiał rozwalił mnie w tym czasie doszczętnie. Długo szukałem pełnej wersji tego albumu (to nie było takie proste jak teraz), ale gdy w końcu go znalazłem... jakoś nie wszystko mi pasowało. W sumie po dziś dzień ubóstwiam pierwsze 4 kawałki, a późniejsze jakby mniej, choć wiadomo że "Future World" czy "Halloween" to majstersztyk. "A Tale That Wasn't Right" doceniłem z kolei dopiero po wielu, wielu latach, kiedy śpiewałem to jako kołysankę swojej córce. Ona, w przeciwieństwie do mnie, doceniła ten numer od razu, bo zawsze się przy tym uspokajała i dość szybko zasypiała, mimo że do Michaela Kiske to mi daleko :)

Ulubione kawałki: "I'm Alive", "A Little Time", "Twilight Of The Gods"

Obrazek
13. BRUCE DICKINSON - The Chemical Wedding (1998)

Ta płyta to świadectwo tego, jak w zgodzie ze swoją przeszłością można kreować przyszłość. Bruce wiedząc że oddalając się od klimatu Ironów jest z góry skazany na porażkę, wrócił do źródeł, ale zrobił wszystko po swojemu, nie chcąc powielać brzmienia swojego "macierzystego" zespołu. Z pomocą genialnego Roya Z stworzył metalowy pomnik, którego nie skruszą nawet najtwardsze i najcięższe maszyny. Brzmienie, kompozycje i sam zamysł tej płyty to jest coś, co nie mogło zostać wymyślone przez każdego-lepszego muzyka. W tamtych czasach Bruce na pewno pokonał Ironów jeśli chodzi o jakość muzyki którą tworzył a w moim osobistym mniemaniu, dość mocno zbliżył się do tego, co tworzył z Maiden w latach 80-tych. Ten sam flow, ta sama radość grania i ta sama atomowa energia, choć w znacznie nowocześniejszym wydaniu. "Chemical Wedding" to jedna z tych płyt, które wprowadziły metal w nowe millenium, mimo iż ukazała się 2 lata przed nastaniem tej ery. Majstersztyk.

Ulubione kawałki: "Book of Thel", "The Tower", "Jerusalem"

Obrazek
12. X-JAPAN - Blue Blood (1989)

Zastanawiał się ktoś z Was kiedyś co by było, gdyby grupce mega wkurwionych samurajów dać instrumenty i kazać nagrać płytę z heavy metalem? Jestem pewien, że wtedy wyszłoby coś, co zabrzmiałoby jak "Blue Blood". Ta płyta to czysta furia zespołu, który nie miał żadnych skrupułów i nie baczył na żadne świętości. To muzyczne świadectwo jak bazując na znanych wzorcach wykreować coś zupełnie nowego i świeżego. Ten album to przede wszystkim dwie osoby: genialny gitarzysta Hide oraz niezwykle kreatywny kompozytor i perkusista zarazem, Yoshiki. Przy tej dwójce, nawet partycypacja tak dobrego wokalisty jak Toshi, to sprawa drugorzędna. Co znamienne, w sumie każdy z topowych japońskich bandów miał w swoim składzie wielkiego gitarzystę: X-Japan mieli Hide, Loudness Akirę Takasakiego a Anthem Hiroyę Fukudę. Każdy z nich miał to coś, ale każdy na swój sposób: o ile Takasaki to mistrz solowych popisów a Fukuda to świetny riffer, tak Hide był niezrównany jeśli chodzi o gitarowe melodie i harmonie. Szkoda, że jeśli chodzi o X-Japan to "Blue Blood" można traktować raczej w kategoriach jednorazowego strzału - zespół z każdą kolejną płytą coraz bardziej oddalał się od heavy metalu, tracąc swój kontrowersyjny image i idąc w kierunku bardziej melodyjnych, rockowo popowych brzmień.

Ulubione kawałki: "Kurenai", "Blue Blood", "Week End"

Obrazek
11. IRON MAIDEN - The Number Of The Beast (1982)

Iron Maiden po raz pierwszy, ale nie ostatni :)
Dla mnie "Number" to przede wszystkim dwie persony: Bruce Dickinson i Clive Burr. Ten pierwszy brzmi tutaj jak wyzwolony z okowów więzień, ktoś komu w końcu pozwolono śpiewać na 100% i dano tyle przestrzeni, żeby mógł się w pełni wyszaleć i wykazać. Po dziś dzień niektóre z partii Bruce'a na tej płycie brzmią wręcz nieprawdopodobnie i wydaje się że nie było takiego drugiego wokalisty, który potrafił zaśpiewać jednocześnie z tak wielką parą a zarazem tak szeroko jeśli chodzi o skalę. Nawet te najbardziej karkołomne partie brzmią tutaj mega swobodnie, jakby zostały stworzone bez większego wysiłku.
Co do Clive'a, to podobnie jak Bruce, gość brzmi jakby dano mu maksimum swobody w waleniu w bębny. To co wyczynia Clive na tej płycie to dla mnie niedościgniony wzór metalowej jazdy - mimo iż świat zapewne zna wielu lepszych perkusistów grających znacznie bardziej urozmaicone i skomplikowane partie, to jednak żaden z nich nie potrafił zagrać na bębnach z taką gracją, swobodą i wyczuciem jak Burr. Niesamowicie żałuję że jego historia z Maiden potoczyła się tak jak się potoczyła, bo myślę że byłby w stanie zagrać jeszcze lepiej i nagrać jeszcze wspanialsze rzeczy niż tu. Mimo olbrzymiego szacunku dla Nicko, wydaje mi się że Maiden stracił wiele z odejściem Burra - może też dlatego nie przepadam za "Piece of Mind"? Jeśli chodzi o tracklistę albumu, to wbrew powszechnym opiniom, nie widzę tu ani jednego słabego numeru. Nawet najbardziej nielubiany i wyszydzany "Gangland" to numer tak dobry, że wiele kapel chciało by nagrywać takie kawałki.

Ulubione kawałki: "Invaders", "Hallowed Be Thy Name", "22 Acacia Avenue".

CDN... :)

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: wt maja 14, 2019 4:34 pm
autor: Vorgel
Fajnie, że ktoś dał X Japan. Bardzo dobra płyta, chociaż wolę Week End w wersji singlowej, lepsza solówka tam jest, po prostu całkowicie inna.

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: wt maja 14, 2019 8:55 pm
autor: pz
X-Japan nie słyszałem, ale poszukam i spróbuję się zapoznać. Pozostałe to klasyki, Hammerfall do nich nie pasuje :)

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: wt maja 14, 2019 9:14 pm
autor: Bon Dzosef
Odbiłem się kiedyś od X-japan, może zrobię drugie podejście

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: śr maja 15, 2019 3:11 pm
autor: pucha
Pierwsza dycha! Teraz już nie ma siły, żeby ktokolwiek nie znał płyt z tego zestawu :)

Obrazek
10. IRON MAIDEN - Brave New World (2000)

Jeśli interesowałeś się rockiem, to nie było siły żebyś żyjąc w roku 2000 nie słyszał o tym że Iron Maiden wydaje nową płytę i że Bruce Dickinson wrócił. Ojciec kolegi, gość o którym wspominałem w poprzednich wpisach, ustrzelił "Brave New World" u 'ruskich na targu' jakieś kilka dni przed premierą. Tym razem przegrywarka cd dała radę i mogłem posłuchać nowej płyty Ironów zupełnie przedpremierowo, choć, szczerze mówiąc, wtedy akurat nie było to dla mnie jakieś wielkie wydarzenie (w sensie słuchanie czegoś przed oficjalnym terminem). "Brave..." za pierwszym razem nie dotarł do mnie, jakoś bardziej wolałem prostsze formy które preferował zespół na "The Number of the Beast" czy "Powerslave". "Brave..." wydawał mi się bardzo dojrzały, dość skomplikowany i zawiły, nieco niezrozumiały. Wróciłem do tego albumu wówczas, kiedy kupiłem sobie oryginalną kasetę, jakoś na jesieni 2000 roku. Wtedy włączyłem ten materiał jeszcze raz i... zakochałem się. Po dziś dzień nie ma tu dla mnie słabego numeru a płyta to wybitny monument w historii Maiden. Ten krążek był też dla mnie tym, dzięki któremu pokochałem Maiden na nowo w 2010 roku, kiedy to, na fali emocji związanych z koncertem Paula Di'Anno który organizowałem wówczas w Lublinie, kupiłem sobie oryginalne wydanie CD. Kilka lat później, odpowiednio w 2016 i 2018 roku swoje podpisy na okładce tego albumu złożyli Bruce Dickinson, Steve Harris oraz Nicko McBrain.

Ulubione kawałki: "The Wicker Man", "Out Of The Silent Planet", "The Thin Line Between Love And Hate"

Obrazek
9. JUDAS PRIEST - Defenders of the Faith (1984)

Z początku szydziłem z kumpla który jarał się Judasami. "Jak kurwa możesz słuchać czegoś, co ma na okładce coś co wygląda jak skrzyżowanie wąsatego szlachcica z Rudym 102?". Jednak ten potem puścił mi "Love Bites", a potem odsłuchaliśmy już od początku, od "Freewheel Burning" aż po numer tytułowy i mój szyderczy uśmieszek zniknął na zawsze. Bardzo podoba mi się ciężar tego wydawnictwa, potężne brzmienie bębnów, robotyczna praca gitar i bezduszny, obłąkany wokal Halforda. "Defenders..." to też płyta, która uzmysłowiła mi potęgę winylowego brzmienia i jego niepodzielne rządy nad CD - a przynajmniej, jeśli chodzi o produkcje oryginalnie nagrywane analogowo, nie cyfrowo.

Ulubione kawałki: "The Sentinel", "Love Bites", "Jawbreaker"

Obrazek
8. GAMMA RAY - Land Of The Free (1995)

"Chcesz kupić ode mnie kasetę?" - spytał kiedyś kumpel. Z początku byłem nastawiony do tego sceptycznie, ale potem dodał że to kapela Kaia Hansena, który prócz gitary obstawia też główny wokal. Lepszego argumentu nie mógł użyć - uwielbiałem Hansena za pierwszą EP Helloween, i choć wiedziałem że Gamma Ray na pewno nie będzie tak samo dzikie i pierwotne, to jednak podświadomie czułem że ten materiał mi się spodoba. I miałem rację. Pamiętam że kasetę rozpoczynał "Man On A Mission", a nie jak w wersji CD "Rebellion In Dreamland". Byłem oszołomiony potężnym ładunkiem ciężaru, gęstością muzyki a zarazem jej zwiewnością i lekkością. Hansen był niesamowity, ale to kompozycje i sama produkcja tego albumu stanowią o jego sile. Ponownie, to krążek bez słabych momentów. Tu nawet miniaturki pokroju "Fairytale" są kawałkami, które pamięta się na długo. Polecam również uwadze każdego zeszłoroczny remaster. Rzadko kiedy się zdarza, aby remaster poprawił znacząco brzmienie czegoś, co i tak brzmiało świetnie. Tym razem jednak jest inaczej i "Land Of The Free" nabrało jeszcze więcej kolorytu, majestatu i potęgi.

Ulubione kawałki: "Rebellion In Dreamland", "Man On A Mission", "Fairytale", "Time To Break Free"

Obrazek
7. HALFORD - Resurrection (2000)

Rok 2000 to był czas wielkich powrotów. Składankowa płyta z Mystic Art przeważnie zawierała niezrozumiałą dla mnie, blackowo-deathową sieczkę, ale miała też jeden utwór, którego nie mogłem przestać słuchać. To był właśnie tytułowy kawałek z "Resurrection". Niestety, płyta była dość niepopularna wśród moich dostawców muzyki, a w tamtych czasach nie bardzo docierała do salonów muzycznych typu dopiero powstające Empik czy Media Markt. Więc trochę czasu zajęło zanim pełny materiał Halforda wpadł w moje łapy, ale kiedy to się stało... Przez chwilę myślałem że ktoś sobie robi jaja. To była muzyka totalna, bez żadnych kalkulacji, kapitalnie wyprodukowana, świetnie zagrana i zaaranżowana, bezbłędnie zaśpiewana. Halford to zdecydowany mistrz, po dziś dzień nie mam pojęcia kto jest lepszy z dwójki Halford - Dickinson. "Resurrection" to elementarz heavy metalu, jazda obowiązkowa dla każdego szanującego się fana tej muzy. Ciężko mi sobie wyobrazić ten świat bez solowej jedynki Halforda.

Ulubione kawałki: "Resurrection", "Locked And Loaded", "Silent Screams"

Obrazek
6. TURBO - Kawaleria Szatana (1986)

Najlepsza płyta metalowa z Polski. Płyta bez słabych momentów, idealnie zagrana, zaśpiewana, wyprodukowana. Płyta która prezentowała europejski poziom i zostawiła daleko w tyle jakikolwiek metalowy band z Polski w tamtych czasach. Genialny Kupczyk, który osiągnął wokalne mistrzostwo świata i formę olimpijską. Wielkie rozczarowanie, że Turbo z każdą płytą szło za nowymi trendami i każdy ich album był inny od poprzedniego jeśli chodzi o stylistykę. Przez takie a nie inne oglądanie się za trendami roztrwonili cały swój geniusz i, w moim odczuciu, bardzo rozmienili się na drobne. Ostatnio wrócili do formy, ale straconych lat już nie odzyskają. Dobrze jednak, że stworzyli taki nieśmiertelnik, jak "Kawaleria Szatana".

Ulubione kawałki: "Żołnierz Fortuny", "Dłoń Potwora", "Kawaleria Szatana cz. 1"

CDN...

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: śr maja 15, 2019 7:26 pm
autor: barsiarz
Gamma :D
Odnośnie do ostatnich ich remasterów - akurat dla mnie brzmią gorzej niż stare wydania, choć swoją opinię wyrażam na podstawie płyt z Ralfem, LotF akurat nie słyszałem. Ani brzmienie, ani to że mam stare wydanie na półce nie zachęciło mnie do zakupu remastera.

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: śr maja 15, 2019 7:31 pm
autor: Vorgel
Ten album Turbo nijak się ma standardami do produkcji zachodnich, trzeba jednak przyznać, że Kupczyk w przeciwieństwie do innych naszych wokalistów tamtych czasów miał kawał głosu.

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: śr maja 15, 2019 9:14 pm
autor: pz
Kolejna porcja mocnych strzałów. Nie wiem czy wybrałbym akurat tą Gammę, ale jakaś na pewno by była. W przypadku Kawalerii ja kilka słabszych punktów bym znalazł, ale to raczej kwestia mojej niechęci / znużenia pewnymi utworami.

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: śr maja 15, 2019 9:40 pm
autor: Sardi
5 grubych strzałów

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: czw maja 16, 2019 3:35 pm
autor: pucha
Pierwsza 5. Na razie pozycje 5 - 3.

Obrazek
5. ARIA - Igra S Ogniom (1989)

Zawsze się zastanawiałem jakby to było, gdyby to Iron Maiden tworzyło w Rosji, a Aria w UK. Aria w Rosji jest wielkim zespołem, a "Igra S Ogniom" zapewniła jej nieśmiertelność, także poza granicami swojego macierzystego kraju. To monumentalny album, nie posiadający absolutnie żadnego słabego momentu. Oczywiście ortodoksi powiedzą że to klasyczna zrzynka z "Seventh Son Of A Seventh Son", ale Aria zawsze wychodziła ponad to, dodając do brytyjsko brzmiącego heavy metalu swój własny pierwiastek. Moc rażenia utworów zawartych na tym krążku jest nieprawdopodobna, a takie numery jak "Boj Pradałszajetsa", "Rab Stracha" czy tytułowy "Igra S Ogniom" odstrzelają w inną rzeczywistość. Rosjanie mimo kiepskiego sprzętu, ubogiego studia i raczej średnich warunków technicznych, stworzyli album który kompozycyjnie broni się aż po dziś dzień. Dla mnie to już płyta, bez której ciężko sobie wyobrazić moje muzyczne życie. Wracam do niej często i za każdym razem mam te same emocje podczas jej słuchania.

Ulubione utwory: "Boj Pradałszajetsa", "Igra S Ogniom", "Iskuszenje"

Obrazek
4. BLACK SABBATH - Heaven And Hell (1980)

Dawno, dawno temu, kolega odpalił na swoim jamniku kasetę. Mówi: "może będziesz wiedział co to, bo to jest źle podpisane". "A co jest tam napisane?" - spytałem. "Że to Black Sabbath. Ale to nie jest Black Sabbath. Ojciec mówił że Black Sabbath bez Ozzy'ego jest chujowy, a to co leci jest zajebiste. Więc to na bank nie Sabbath!". Faktycznie, to nie było chujowe, było zajebiste, od pierwszych taktów szybkiego numeru początkowego poprzez kolejne, już nieco bardziej ciężkie czy monumentalne. Katowaliśmy tą kasetę w kółko, aż w końcu szczailiśmy się, że to nie naklejka na kasecie nas oszukuje, tylko ojciec kolegi. To faktycznie było Black Sabbath, faktycznie bez Ozzy'ego i... zdecydowanie lepsze. Wszystko mi się w tym podobało: od bardziej klasycznego, motorycznego, niekwadratowego grania, poprzez odważne, szlachetne wokale, aż po kompozycje które miały więcej polotu i drive'a. Ronnie James Dio był mistrzem. Nie było lepszego wokalisty dla Tony'ego Iommi'ego. Nie było lepszego Sabbath. Szkoda że ich współpraca to splot słodko-gorzkich wypadków w cieniu tego karakana Ozzyego. To w sumie też świadczy o klasie tej ekipy: mieli tak niewiele czasu, a stworzyli tak wielką rzecz jak "Heaven And Hell".

Ulubione utwory: "Heaven And Hell", "Wishing Well", "Die Young"

Obrazek
3. IRON MAIDEN - Powerslave (1984)

Najlepsza okładka płyty ever. Dzieło sztuki. Oryginalny artwork powinien zawisnąć kiedyś w jakimś muzeum i być strzeżony bardziej niż Mona Lisa. Coś opakowane w tak genialny cover nie mogło być słabe. I nie było.
Miałem wtedy 13 lat i w jedynym na cały Lublin Empiku znalazłem "Powerslave" w promocyjnej cenie 42 złotych - zwykle remastery Maiden stały coś koło 60 złotych. Jednak naruchać 42 złote dla 13-latka to nie była taka prosta opcja. Katowałem ucho o tej płycie chyba każdemu członkowi rodziny jakiego spotkałem. Zlitował się nade mną dziadek. "Dobra, dołożę Ci do tej płyty, pod warunkiem że wcześniej pójdziesz ze mną do fryzjera i zetniesz te okropne kudły!". Dziadek był tradycjonalistą, 13 letni chłopak z brodą i długimi włosami? Bezsensowny wymysł. Dla mnie, jako dla nastoletniego buntownika zapatrzonego w swoich idoli, sprawa była postawiona radykalnie na ostrzu noża.
Płytę mam do dziś i po dziś dzień chłonę jej każdy dźwięk, jaram się "egipskim" klimatem, niesamowitą pracą Smitha i Murraya którzy tworzyli dla mnie najlepszy gitarowy duet wszechczasów, wszędobylskim basem Steve'a, soczystym brzmieniem Nicko i genialnym Dickinsonem który osiągnął absolutne mistrzostwo jeśli chodzi o ekspresję wokalną i tworzenie wokalnych harmonii. Dla mnie ten krążek nie ma słabych momentów, bo nawet powszechnie nielubiane "Losfer Words" ma w sobie potężny ładunek świetnych melodii. "Powerslave" to też świadectwo zespołu, który osiągnął szczyt szczytów i jest tak wielki, jak wielki jest posąg Eddiego na kopercie płyty. Na tej płycie zawiera się w zasadzie wszystko czego oczekuję od heavy metalu: moc, energia, pewnego rodzaju dostojność, dojrzałość, ale z drugiej strony dzikość i agresja. Dla mnie najwspanialszy z najwspanialszych album Maiden. Bezkonkurencyjny.

Ulubione utwory: "Aces High", "Flash Of The Blade", "Back In The Village", "Rime Of The Ancient Mariner".

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: czw maja 16, 2019 3:49 pm
autor: Deleted User 2259
Czyli już wiadomo, że nie będzie nic IM w top2, zgadzam się co do tego gitarowego duetu wszech czasów, Murray - Gers to już nie było to samo, H i Dave są niczym bliźniaki, które doskonale się uzupełniają :) mój pierwszy album Ironów, więc mam ogromny sentyment do tego krążka.

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: czw maja 16, 2019 4:09 pm
autor: Vorgel
Na tym remasterze płyty Ironów, początek Powerslave przypisano do Back in the Village. Na początku mnie to wnerwiało, ale i tak nie słucham płyt po kawałku więc w sumie może być. Właściwie wycisnęli z tej formuły wszystko co się dało. Jak dla mnie Losfer Words mogłoby nie znaleźć się na albumie. I tak jest długi i zawiera sporo partii instrumentalnych. Nierówna płyta, ale ma swoje momenty.

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: czw maja 16, 2019 4:31 pm
autor: Bon Dzosef
Przesłuchałem połowe tej Arii. Jednak do Maidenów to nawet nie ma podjazdu, mimo że bardzo dobre heavymetalowe granie. Dla mnie niesłuchalne ze względu na język rosyjski, zupełnie mi nie siedzi, ale obiektywnie dają radę. No ale jednak od Maiden dużo niżej, a nawet parę identycznych zagrywek (np jest zrzynka z To Tame A Land i Ssona)

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: pt maja 17, 2019 11:50 am
autor: pucha
Pozycja numer 2!

Obrazek
2. JUDAS PRIEST - Painkiller (1990)

Czysta, metalowa doskonałość. Najlepszy metalowy album wszechczasów.

Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha

: śr maja 22, 2019 1:40 pm
autor: Bon Dzosef
Gdzie zwyciezca? :P