Pora dokończyć relację z koncertowania w Stoczni:
W Dniu nr 3 pierwotnie chciałem się wybrać już na Bokassę i Dark Tranquility, ale odpuściłem sobie, bo poprzednie 3 dni były intensywne. Wpadłem dopiero chwilę po rozpoczęciu koncertu Death Angel. Dobra sztuka, Osegundzie chyba podobało się bardziej niż rok temu z Kerrym Kingiem, mimo że grał na zdecydowanie mniejszej scenie. Jakoś wytrzymałem do końca w Sauna Stage, choć przypłaciłem to lekkim przeziębieniem, które cały czas mi doskwiera, bo jednak wychodzić z takiego zaduchu na deszcz i zimny wiatr to nie za przyjemna opcja.
Jako że ominął mnie koncert Vadera, to wybrałem się zobaczyć wystawę poświęconą zespołowi. Dużo fantów i perełek z historii grupy, warto było zobaczyć. Wpadłem też na chwilę do podziemi popatrzeć jak ludzie pykają w Hirołsów i oglądają jakiś film klasy C, ale tylko na chwilę, bo przyszedł czas na występ...
Pentagramu. Jeden z głównych celów mojej wizyty na Mystiku i się nie zawiodłem. Bobby wygląda jak wiedźmin po tylu próbach traw, że już nic go nie położy na tym świecie. Gig bardzo dobry, choć nagłośnienie mogłoby być ciut lepsze. Fajnie jakby wpadli na jakąś klubówkę, nawet za te 50 lat, bo pewnie za tyle Bobby wciąż będzie na scenie.
Odnośnie nagłośnienia, to miałem potem małą niespodziankę, która do teraz mnie zastanawia. Jako że nigdy nie wciągnąłem się w słuchanie Bathory'ego, to żeby nie przepychać się na siłę przez ludzi pod Park Stage, stanąłem sobie z boku od ulicy, pod mocnym kątem do sceny, dość blisko lewych głośników. No i okazało się, że słyszałem najlepiej brzmiący koncert na całym festiwalu. Wszystko selektywnie, każdy instrument z osobna dobrze było słychać, nic za cicho, nic za głośno. Wcześniejsze koncerty W.A.S.P czy ST, które słyszałem bardziej z prawej strony, bliżej środka, brzmiały jednak trochę słabiej. Mimo że to cover band, to moc i wrażenia bardzo dobre, choć trochę goście psuli odbiór, z Adasiem na czele. Jeden wokalista sprawdziłby się zdecydowanie lepiej. Mimo to, podobało mi się tak, że może się w końcu zagłębię w dyskografię Quorthona. Pozdrawiam też gościa, który między kawałkami darł się: "jebać putina to stara kurwa i świnia". Nawet się wpasowało w klimat koncertu.
Następnie przyszedł czas na "headlinera" trzeciego dnia. No właśnie, headlinera może trochę na wyrost. Nie był to zły koncert, można było pomachać głową do klasyków Sepultury, ale to taki występ, który mógłby się spokojnie odbyć we wcześniejszym slocie na Park Stage. Jakbym miał ułożyć w kolejności tych 9 headlinerskich występów, które widziałem przez 3 edycje, to In Flames dałbym na końcu, a Sepulturę na przedostatnim miejscu. No cóż, może jednak ten farewell będzie tylko pozorny i doczekamy się kiedyś powrotu Braci do zespołu. Tym bardziej cieszę się, że nie naszło mnie na wybranie się do Katowic w zeszłym roku, bo jednak to nie był występ, na który warto byłoby specjalnie gdzieś jechać.
Na koniec przyszedł czas na zamknięcie festiwalu w postaci koncertu Tiamat. Nie słuchałem ich nigdy specjalnie, a teraz widzę, że muszę to nadrobić, bo takie gotyckie klimaty mi od jakiegoś czasu coraz bardziej siedzą, tym bardziej, że stałem mniej więcej w miejscu gdzie na prawieBathorym i nagłośnienie też było super. Powtarzane kilkukrotnie podczas koncertu "Love you Poland" przez Jonaha to słowa, które były idealną klamrą nastrojową po 4 intensywnych dniach. Lekką rysę na tym nastroju zostawiła mi jedna dziewczyna, która po koncercie, dzieląc się wrażeniami z koleżanką, powiedziała (cytuję, mode nie banuj): "POSZŁAM NA TIAMAT I TO BYŁO TAK CHUJOWE ŻE O JA PIERDOLĘ". Gruba może jakoś bardzo nie była, ale i tak miałem ochotę poszukać jakiegoś harpuna od kama.
Podsumowując, kolejny wyjazd na Mystic bardzo udany. Co prawda całościowo koncerty w 2023 czy 2024 były ciut lepsze, ale i tak bawiłem się przednio. Już podliczam finanse, aby zakupić Blind Birda na kolejną edycję. Najwięcej znaków zapytania pozostawiła frekwencja. Po małej dramie z ogłoszeniem headlinerów, okazało się, że wszystkie teksty o upadku festiwalu i przeruchanie żartu "kiedy ogłosicie headlinerów" nie miało praktycznie wpływu na frekwencję, ba, dyskutujemy praktycznie tylko o tym, że ludzie było wręcz za dużo. W takim razie kompletnie sobie nie wyobrażam, aby jednym z headlinerów miał być Slipknot czy Korn, który ściągnąłby dodatkowe kilka tysięcy osób. Fajnie, że się udało przestawić Desert Stage, kompletnie nie widzę jak miałby się odbyc koncert Pentagramu na zeszłorocznej scenie na Elektryków. Do poprawienia Park Stage, są różne opcje: ciekawa była ta zaproponowana przez kogoś wcześniej w tym wątku, że można by ją spróbować postawić na przeciwko Maina (tam gdzie są teraz vipowskie toalety). Dzięki czemu dużo mniej ludzi przemieszczałoby się głównym ciągiem komunikacyjnym, bo po prostu odwracałoby się do tyłu. Drugą opcją jest postawienie Park Stage w miejscu obecnej chillout strefy, a samą strefę dać wzdłuż ulicy. Zobaczymy co orgowie wymyślą.
Największy minus? Nieironicznie brak Runnin' Wild

. Niezależnie od formy Rolfa i potencjału frekwencyjnego, byłby to rarytas na miarę Danziga 2 lata temu. Zamiast In Flames czy Sepultury wszedłby idealnie, a, jak się okazało, frekwencja i tak była zadowalająca. Może za rok się uda
