Jakiś tydzień temu zupełnie przez przypadek natrafiłem na cover Seventh Son. Cover taki "se", moim zdaniem stracił zupełnie klimat pierwowzoru, ale zainspirował mnie do posłuchania oryginału. Jak przeleciałem oryginał, to stwierdziłem - odpalę całą płytę. Jak przesłuchałem całą płytę, to stwierdziłem, to może teraz na tapetę wezmę Powerslave. Akurat tak się złożyło, że w ostatni weekend jeździłem autem na trasie ok. 110 km, to sobie puszczałem kolejne albumy. W ten sposób zaliczyłem w ciągu ostatnich 6 dni niemal wszystkie płyty. Przy czym, dla zachowania równowagi psychicznej, wędrowałem między albumami. Najpierw Seventh Son, absolutny top, potem Poweslave, dalej był Number, Piece, SiT, Killers, Fear, IM, BNW, No Prayer, DoD, XF, Virtual, dziś jestem w połowie AMOLAD, na dniach reszta. Pomyślałem, że potem polecę koncertówki, ale nie wszystkie of koz, nie chce mi się aż tyle, ale klasyki z pewnością zaliczę.
W trakcie słuchania masa wspomnień oczywiście zaraz mi się odpaliła w głowie. Jak poznałem IM, jak pojechałem na pierwszy koncert, jak kupiłem pierwszą płytę, jak kupiłem pierwszą nową płytę, kolejne koncerty, rozmowy na Sanktuarium. Policzyłem sobie, że między wydaniem Iron Maiden a Dance Of Death upłynęły 23 lata. Między wydaniem DoD a dniem dzisiejszym też upłynęły 23 lata, a ja wciąż DoD uważam za nowy album.
Przypomniała mi się akcja koszulki Sanktuarium. Do dziś ją mam oczywiście. Pomyślałem nawet, że włożę ją w ramę i powieszę w chacie jako ozdobę. Jedyna w swoim rodzaju, ile ich wtedy powstało ze 30? Może 50?
Przez te w sumie 26 lat, jak słucham IM, przewinęło mi się przez ręce tysiące zespołów. Myślę, że co najmniej kilkanaście z nich obecnie podoba mi się bardziej, ale też wiele innych kiedyś słuchałem i uważałem, że są lepsze niż IM, a jednak do nich nie wracam już, a IM pomimo upływu 26 lat wciąż co jakiś czas jest w odtwarzaczu.
Po przesłuchaniu tych około 70% wydawnictw od Harrisa & Co stwierdzam, że ten zespół to absolutny fenomen. Nie wiem czy jest inny, który prezentowałby tak równy poziom artystyczny przez ponad 40 lat działalności. Oczywiście są absolutne ATH i zjazdy, ale jednak wciąż to są całkiem przyzwoite produkcje. Nie ma czegoś takiego, że nagle zaczęli nagrywać zupełny szajs, tylko żeby zarobić. Zawsze byli wierni swoim ideałom, tego co w duszy im gra, a przede wszystkim potrafili trzymać naprawdę dobry poziom.
Byłem też ciekaw, jak na odbiór muzyki będzie miał wpływ mój wiek i doświadczenie muzyczne, bo oczywiście to nie było tak, że IM w ogóle nie słuchałem, raz na parę miesięcy poleciał Hallowed, czy Clairvoyant, albo odpalałem nowe płyty, ale żeby posłuchać albumu od deski do deski i to takiego, który jakoś nigdy mi nie podchodził, to minęło co najmniej kilkanaście lat. Takiego No Prayera nie słuchałem co najmniej 10, a pewnie i więcej lat temu.
Iron Maiden - zaskakująco dobra płyta. Nie byłem jej jakimś wielkim fanem, owszem wiadomo, znałem klasyki koncertowe, ale tak żeby posłuchać sobie Charlotte The Harlot, to raczej rzadko się zdarzało. Po latach uważam, że ten debiut to musiał być w latach 80 absolutny szok, nikt tak nie grał. Jest tam ogrom energii, świeżości, nowatorskiego grania. Świetne kompozycje, nie ma tak, że jakiś kawałek to wypełniacz, każdy z nich jest tam, gdzie być powinien. Prowler zawsze mi się podobał i lubiłem do niego wracać, Iron Maiden to oczywiście koncertowy klasyk, ale okazało się, że Phantom to całkiem fajny numer, Transylvania to spoko instrumental. Nawet Running Free jest świetny, bo na koncertach to taki przeciągany na siłę i nudny, ale zagrany w 3 minuty i z wokalem Di'Anno - spoko punk/heavy. Brzmienie trochę kuleje, czuć tutaj ubogą produkcję i remaster niewiele pomógł. Ogólnie mocne otwarcie, takie 7/10.
Killers - chyba największe rozczarowanie. Niewiele zapadło mi w pamięć. Jechałem autem, utwory leciały, ale niemal nic nie przykuło uwagi. Oczywiście tytułowy Killers absolutny top, moim zdaniem jeden z najlepszych utworów IM, ale reszta wleciała jednym uchem, wypadła drugim, bez żadnych emocji. Cała płyta ma bardziej punkowy charakter. Podoba mi się brzmienie, mimo że to początek lat 80, to nadal brzmi dobrze. Nie jest to top produkcja, ale poziom wyższy niż IM, to na pewno. Wokal Di'Anno doskonale do niej pasuje. Jak dla mnie 4/10.
The Number of The Beast - klasyk, wow, ochy, achy, ale jak dla mnie nigdy to nie był ciekawy album. Niemniej po przesłuchaniu go po 26 latach, uważam że to jest kamień milowy muzyki. Niemal wszystkie kawałki są rewelacyjne. W 82 roku musiało to być coś absolutnie zjawiskowego. Pisanie o Hallowed czy RTTH nie ma sensu, na ich temat napisano książki, aczkolwiek Hallowed w studyjnej wersji nadal uważam za pitu pitu w porównaniu z tym, co później dostaliśmy na Live After Death. Ale moimi odkryciami są Invaders, Children of the Damned, The Prisoner, 22 Acacia Avenue, Total Eclipse. Nigdy tych utworów nie słuchałem, były dla mnie wypełniaczami, a dziś uważam, że są to absolutnie niedocenione pozycje i aż dziwne, że tak rzadko grywane na trasach koncertowych. Jedynie Gangland jest nadal takim samym gniotem dziś, jakim dla mnie było od ostatnich 26 lat. Invaders doskonale otwiera płytę, kojarzy mi się z Poison Was The Cure (Megadeth) tylko nieco wolniejszy. Jedynie refren trochę kuleje, te INVADERS brzmi tak średnio bym powiedział, średnio. Children - rewelacyjny, klimatyczny wstęp, fajne uderzenie na refren, rewelacyjne solówki. The Prisoner, szybki z melodyjnym refrenem, idealny do jazdy autem. 22 Acacia... wyborny, są świetne riffy, nie tylko klepanie power chordów, melodyjny refren, idealny do darcia się w aucie. Total Eclipse - prosto, zwięźle, konkretnie, heavy metal do auta doskonały. Absolutnie zasłużone 9/10.
Dalsze przemyślenia w kolejnych wpisach. Nie chcę za dużo naraz, żeby nie spalić się, ot chce się podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat twórczości IM po 26 latach słuchania.



