Od IM do Senjutsu

Tu dyskutujemy tylko o Iron Maiden

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
mimski
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2132
Rejestracja: ndz wrz 07, 2003 3:23 pm
Skąd: Falubazy

Od IM do Senjutsu

Post autor: mimski »

Postanowiłem wrócić na forum, żeby zapisać parę zdań i przemyśleń po latach słuchania IM.

Jakiś tydzień temu zupełnie przez przypadek natrafiłem na cover Seventh Son. Cover taki "se", moim zdaniem stracił zupełnie klimat pierwowzoru, ale zainspirował mnie do posłuchania oryginału. Jak przeleciałem oryginał, to stwierdziłem - odpalę całą płytę. Jak przesłuchałem całą płytę, to stwierdziłem, to może teraz na tapetę wezmę Powerslave. Akurat tak się złożyło, że w ostatni weekend jeździłem autem na trasie ok. 110 km, to sobie puszczałem kolejne albumy. W ten sposób zaliczyłem w ciągu ostatnich 6 dni niemal wszystkie płyty. Przy czym, dla zachowania równowagi psychicznej, wędrowałem między albumami. Najpierw Seventh Son, absolutny top, potem Poweslave, dalej był Number, Piece, SiT, Killers, Fear, IM, BNW, No Prayer, DoD, XF, Virtual, dziś jestem w połowie AMOLAD, na dniach reszta. Pomyślałem, że potem polecę koncertówki, ale nie wszystkie of koz, nie chce mi się aż tyle, ale klasyki z pewnością zaliczę.

W trakcie słuchania masa wspomnień oczywiście zaraz mi się odpaliła w głowie. Jak poznałem IM, jak pojechałem na pierwszy koncert, jak kupiłem pierwszą płytę, jak kupiłem pierwszą nową płytę, kolejne koncerty, rozmowy na Sanktuarium. Policzyłem sobie, że między wydaniem Iron Maiden a Dance Of Death upłynęły 23 lata. Między wydaniem DoD a dniem dzisiejszym też upłynęły 23 lata, a ja wciąż DoD uważam za nowy album. 8)

Przypomniała mi się akcja koszulki Sanktuarium. Do dziś ją mam oczywiście. Pomyślałem nawet, że włożę ją w ramę i powieszę w chacie jako ozdobę. Jedyna w swoim rodzaju, ile ich wtedy powstało ze 30? Może 50?

Przez te w sumie 26 lat, jak słucham IM, przewinęło mi się przez ręce tysiące zespołów. Myślę, że co najmniej kilkanaście z nich obecnie podoba mi się bardziej, ale też wiele innych kiedyś słuchałem i uważałem, że są lepsze niż IM, a jednak do nich nie wracam już, a IM pomimo upływu 26 lat wciąż co jakiś czas jest w odtwarzaczu.

Po przesłuchaniu tych około 70% wydawnictw od Harrisa & Co stwierdzam, że ten zespół to absolutny fenomen. Nie wiem czy jest inny, który prezentowałby tak równy poziom artystyczny przez ponad 40 lat działalności. Oczywiście są absolutne ATH i zjazdy, ale jednak wciąż to są całkiem przyzwoite produkcje. Nie ma czegoś takiego, że nagle zaczęli nagrywać zupełny szajs, tylko żeby zarobić. Zawsze byli wierni swoim ideałom, tego co w duszy im gra, a przede wszystkim potrafili trzymać naprawdę dobry poziom.

Byłem też ciekaw, jak na odbiór muzyki będzie miał wpływ mój wiek i doświadczenie muzyczne, bo oczywiście to nie było tak, że IM w ogóle nie słuchałem, raz na parę miesięcy poleciał Hallowed, czy Clairvoyant, albo odpalałem nowe płyty, ale żeby posłuchać albumu od deski do deski i to takiego, który jakoś nigdy mi nie podchodził, to minęło co najmniej kilkanaście lat. Takiego No Prayera nie słuchałem co najmniej 10, a pewnie i więcej lat temu.


Iron Maiden - zaskakująco dobra płyta. Nie byłem jej jakimś wielkim fanem, owszem wiadomo, znałem klasyki koncertowe, ale tak żeby posłuchać sobie Charlotte The Harlot, to raczej rzadko się zdarzało. Po latach uważam, że ten debiut to musiał być w latach 80 absolutny szok, nikt tak nie grał. Jest tam ogrom energii, świeżości, nowatorskiego grania. Świetne kompozycje, nie ma tak, że jakiś kawałek to wypełniacz, każdy z nich jest tam, gdzie być powinien. Prowler zawsze mi się podobał i lubiłem do niego wracać, Iron Maiden to oczywiście koncertowy klasyk, ale okazało się, że Phantom to całkiem fajny numer, Transylvania to spoko instrumental. Nawet Running Free jest świetny, bo na koncertach to taki przeciągany na siłę i nudny, ale zagrany w 3 minuty i z wokalem Di'Anno - spoko punk/heavy. Brzmienie trochę kuleje, czuć tutaj ubogą produkcję i remaster niewiele pomógł. Ogólnie mocne otwarcie, takie 7/10.

Killers - chyba największe rozczarowanie. Niewiele zapadło mi w pamięć. Jechałem autem, utwory leciały, ale niemal nic nie przykuło uwagi. Oczywiście tytułowy Killers absolutny top, moim zdaniem jeden z najlepszych utworów IM, ale reszta wleciała jednym uchem, wypadła drugim, bez żadnych emocji. Cała płyta ma bardziej punkowy charakter. Podoba mi się brzmienie, mimo że to początek lat 80, to nadal brzmi dobrze. Nie jest to top produkcja, ale poziom wyższy niż IM, to na pewno. Wokal Di'Anno doskonale do niej pasuje. Jak dla mnie 4/10.

The Number of The Beast - klasyk, wow, ochy, achy, ale jak dla mnie nigdy to nie był ciekawy album. Niemniej po przesłuchaniu go po 26 latach, uważam że to jest kamień milowy muzyki. Niemal wszystkie kawałki są rewelacyjne. W 82 roku musiało to być coś absolutnie zjawiskowego. Pisanie o Hallowed czy RTTH nie ma sensu, na ich temat napisano książki, aczkolwiek Hallowed w studyjnej wersji nadal uważam za pitu pitu w porównaniu z tym, co później dostaliśmy na Live After Death. Ale moimi odkryciami są Invaders, Children of the Damned, The Prisoner, 22 Acacia Avenue, Total Eclipse. Nigdy tych utworów nie słuchałem, były dla mnie wypełniaczami, a dziś uważam, że są to absolutnie niedocenione pozycje i aż dziwne, że tak rzadko grywane na trasach koncertowych. Jedynie Gangland jest nadal takim samym gniotem dziś, jakim dla mnie było od ostatnich 26 lat. Invaders doskonale otwiera płytę, kojarzy mi się z Poison Was The Cure (Megadeth) tylko nieco wolniejszy. Jedynie refren trochę kuleje, te INVADERS brzmi tak średnio bym powiedział, średnio. Children - rewelacyjny, klimatyczny wstęp, fajne uderzenie na refren, rewelacyjne solówki. The Prisoner, szybki z melodyjnym refrenem, idealny do jazdy autem. 22 Acacia... wyborny, są świetne riffy, nie tylko klepanie power chordów, melodyjny refren, idealny do darcia się w aucie. Total Eclipse - prosto, zwięźle, konkretnie, heavy metal do auta doskonały. Absolutnie zasłużone 9/10.

Dalsze przemyślenia w kolejnych wpisach. Nie chcę za dużo naraz, żeby nie spalić się, ot chce się podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat twórczości IM po 26 latach słuchania.
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 11839
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: Bon Dzosef »

Bardzo fajna perspektywa, czekamy na wiecej
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
Awatar użytkownika
beaviso
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1975
Rejestracja: pn mar 31, 2003 4:15 pm
Skąd: Gdańsk

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: beaviso »

> Phantom to całkiem fajny numer
Mi to się w pale nie mieści, że zwykły, nie wyedukowany i jeszcze całkiem zielony muzycznie chłop napisał go w wieku 22 czy 23 lat.
Ciekawe skąd zerżnął ;)

M.
Awatar użytkownika
remi
-#Weekend Warrior
-#Weekend Warrior
Posty: 2997
Rejestracja: pn mar 14, 2005 7:01 pm
Skąd: Białystok

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: remi »

A ja nigdy nie zrozumiem wyższości jakiegokolwiek numeru w wersji z LAD nad innymi (szczególnie studyjnymi, a tym bardziej po Reunion) poza Marynarzem i Running Free. W pozostałych kawałkach faktycznie jest tam energia, porywczość taka "młodzieńcza" (ma to swój urok), ale wokalnie to strasznie wyszarpane (Hallowed...przecież wersja z Beast over Hammersmith jest lepsza). Ciężko mi się słucha LAD, wolę obejrzeć bo wtedy mniej uwagi przykuwam do wokalu.
Awatar użytkownika
mimski
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2132
Rejestracja: ndz wrz 07, 2003 3:23 pm
Skąd: Falubazy

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: mimski »

Kolejna odsłona epopei :)

Piece of Mind - moja pierwsza płyta, której stałem się właścicielem. Dostałem na Boże Narodzenie 2000 roku. Moja miłość do IM zaczęła się, jak u części forumowiczów, od Carmageddon 2. W grze były Aces High, Trooper, Man On The Edge i Be Quick or Be Dead. Gierka była fajna a soundtrack, jak się okazało, zmienił moje życie. Wcześniej słuchałem Vangelisa, Oldfielda, Knopflera, a po Carmie tylko Iron Maiden się liczyło. To była wiosna 2000, jak się zagrywałem w Carmę i tak mi się Iron Maiden spodobało, że pojechałem do Spodka na Metal 2000 Tour. Potem od kolegi pożyczyłem Fear Of The Dark i Seventh Son i płyty nie opuszczały odtwarzacza, a w grudniu 2000 roku dostałem Piece Of Mind. Jak oceniam POM po 26 latach? Dokładnie tak samo jak wtedy i przez cały ten czas. Pierwsze pięć kawałków kvlt!, pozostałe cztery... nie tak dobre. Ponownie mnie te kawałki znudziły, nie dzieje się tam nic wartego uwagi, grają, Bruce się drze, jest głośno, jest ciężko, ale nic nie zostaje w głowie, nic się nie wwierca, nie podśpiewuje, kawałek leci, a ja odpływam myślami w ogóle w innym kierunku, robię plany na cały dzień, wbijam sobie do głowy, co muszę zanotować w kalendarzu itd. Nie zaciekawia, nie intryguje, coś cały czas zgrzyta, po prostu nie ma chemii. Brzmi to dobrze, czuć że to już kapela światowego formatu, pomysły na pierwsze 5 utworów zjawiskowe, jest ogień, jest moc, utwory zapadają w pamięć, niestety pozostała 4 obniżają mocno ocenę. Zatem wciąż oceniam jako takie 6/10.

Powerslave - moim zdaniem najlepsza okładka płyty, dbałość o detale, spójność, monumentalna, dostojna, elegancka, uwielbiam do dziś, wiem że to kicz, ale Powerslave jest po prostu ładny. Co do muzyki, to oczywiście uwielbiam. Po latach stwierdzam, że cała płyta jest kozacka, wcześniej często pomijałem środek, nie dlatego, że uważałem, że jest słaby, to nie było to, co przy POM, po prostu dwa pierwsze i dwa ostatnie utwory były tak wybitne, że środkowe 4 odbierały mi czas, na pozostałe 4 arcydzieła. Wolałem posłuchać jeszcze raz Rime, niż "tracić" czas na Flash, czy Duellist. Po przesłuchaniu po kilku, a może nawet kilkunastu latach całości stwierdziłem, że bawiłem się doskonale na każdym z utworów. Moim zdaniem płyta na równi z Seventh Son, to jest absolutny ATH Iron Maiden. Oczywiście idzie 10/10.

Imponujące jest też to, że IM strzela albumami jak karabin, co nie ma miejsca obecnie w zasadzie w jakimkolwiek zespole, ja przynajmniej nie kojarzę takiej płodności.
Iron Maiden - 1980
Killers - 1981
Number - 1982
PoM - 1983
Powerslave - 1984
I każda kolejna płyta jest wartościowa. Nie jest tak, jak ma to miejsce w wielu wypadkach, że zespół ma pomysł na pierwsze dwa albumy, potem powstaje trzeci, który jest syntezą wcześniejszych dwóch i dochodzi do tego doświadczenie i powstaje opus magnum, a potem to już bywa różnie. Pierwsze pięć płyt jest wypełnione absolutnymi hitami, które definiują zespół, stanowią odnośnik dalszych płyt. Są lepsze i gorsze momenty, ale niesporne jest, że są to wyznaczniki jakości i punkt odniesienia dla kolejnych wydawnictw. Zwłaszcza IM, Number i Power to kopalnia doskonałych pomysłów, na IM trochę momentami zbyt surowa, na Number już pięknie wykształcona, a na Power doszlifowana do perfekcji. Teraz kapele potrzebują raczej 10 - 15 lat, żeby wydać pięć albumów, choć wydawałoby się, że prostota tworzenia i nagrywania i publikowania, jaka ma miejsce aktualnie, winna skutkować wydawaniem genialnych płyt właśnie w odstępach góra co rok, to jednak okazuje się, że brakuje po prostu pomysłów, żeby wypełnić standardowy LP.

Somewhere In Time - jak zwykle rozczarowanie. Nigdy nie rozumiałem powszechnej miłości do tego albumu i nadal nie rozumiem. Są tam oczywiście fajne utwory, są koncertowe klasyki, ale po Powerslave jest to ewidentny i rażący zjazd. Tytułowy, spoko, refren wbija się w głowę "Caught sooomwhereeee in tiiiiiimeeee", ale już Wasted Years to spadek, kawałek ok, nigdy nie byłem wielkim fanem i nadal nie jestem, ale ujdzie. Sea Of Madness... nuda. Heaven świetny, doskonały na koncerty, ale dalej niestety już tylko nuda. Znów jak na PoM, Bruce ładnie się drze, perka tłucze, gitary napierdzielają, ale nie ma chemii. Alexander na koniec... no spoko, ale gdzie tam do Rime... Ogólnie na odbiór ma wpływ też chyba brzmienie, nie podoba mi się po prostu jak gitary tu brzmią, nie ma tego uderzenia, nie ma tej zadziorności, jest to takie wygładzone, miałkie, trochę cyfrowo, ale taka cyfra właśnie lat 80, jeszcze surowa i przez to bardzo sztuczna. Dlatego ogólna ocena 5/10, jest lepsze niż Killers, ale gorsze niż PoM.


Jestem już po AMOLAD i zacząłem Final Frontier, ogólnie polecam wszystkim takie odświeżenie. Przesłuchać całą twórczość, skonfrontować się z odczuciami z przeszłości, porównać z dotychczasowym odbiorem. Obecnie powstaje masa doskonałej muzyki, nie uważam, że wszystko po 2000 roku to gówno. Znalazłem masę młodych kapel, które tworzą wybitne dzieła, a istnieją od dopiero 2 - 3 lata.

Ogólnie ciekawym doświadczeniem jest też to, że mam obecnie prawie 40 lat. W 2000 roku, kiedy miałem lat 14, jechałem z moim tatą na Metal 2000 do Spodka, to on też miał wtedy 40 lat. Był to czas, który już doskonale pamiętam, bo nie będę snuł opowieści, że pamiętam wszystko jak miałem 3 latka itp., ale w wieku 14 lat jesteśmy już bardzo świadomi i wiele z takiego okresu w życiu zostaje w głowie już na zawsze. Z perspektywy czasu jest to niezmiernie zabawne, jak wówczas mój tata podchodził do muzyki. Był totalnie zamknięty na nowości, słuchał tego Deep Purple, Pink Floyd, przecież w latach 90 też powstało masę dobrej muzyki, ale on, razem z moją mamą, trwali przy tych zespołach, których słuchali, kiedy sami mieli 14 lat. Ja dziś nie wyobrażam sobie, żebym miał tłuc cały czas IM. Moje ostatnie odkrycia - Buried Realm, HAVAMAL, Fractal Gates, Parasite Inc., Bloodred Hourglass. To tak tylko pierwsze z brzegu. Nie wyobrażam sobie, by tak zamknąć się na nowości. To chyba też znak czasu, że teraz ta młodość trwa znacznie dłużej, później sami mamy dzieci, dłużej jesteśmy aktywni zawodowo, zdrowie dopisuje i tak szybko nie "dziadziejemy", że Paaaanieee, kiedyś to było, kiedyś to były czasy... Teraz już nie ma czasów. Tak samo z muzyką, Paaanieee, kiedyś to grali - Iron Maiden, Metallica, a teraz to tylko ta Bambi, Organek. A mamy piękne zespoły w Polsce, ostatnio kolega mi podesłał Dormant Ordeal, o Decapitated nawet nie wspominam, bo to must have każdego metalowca. Cieszę się, że nie zamknąłem się w tym więzieniu muzyki młodości, jak to miało miejsce w przypadku wcześniejszych pokoleń. Choć i w moim pokoleniu jest już tego trochę, to wydaje mi się, że przynajmniej mi udało uniknąć się tej stagnacji.
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Awatar użytkownika
gumbyy
ZASŁUŻONY SANATORIANIN
Posty: 16166
Rejestracja: śr cze 01, 2005 1:49 am
Skąd: Wrocław

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: gumbyy »

mimski pisze: czw kwie 02, 2026 12:03 pm ogólnie polecam wszystkim takie odświeżenie. Przesłuchać całą twórczość, skonfrontować się z odczuciami z przeszłości, porównać z dotychczasowym odbiorem.
I tu mam problem, bo u mnie Maiden lata non-stop. Co 2-3 dni jakiś album odpalam. Nie nudzi mnie ta muza i zasadniczo mam stan stały jeśli chodzi o odczucia i odbiór. I to ponad jakieś 30 lat :)
www.MetalSide.pl
Awatar użytkownika
mimski
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2132
Rejestracja: ndz wrz 07, 2003 3:23 pm
Skąd: Falubazy

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: mimski »

Fajnie! Ja tak nie mam. Słuchałem ostatnie 7-10 lat pojedynczych utworów, raz na kwartał całą płytę, głównie 7th son, więc to takie fajne odkurzenie staroci, powrót do korzeni.😎
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Awatar użytkownika
gumbyy
ZASŁUŻONY SANATORIANIN
Posty: 16166
Rejestracja: śr cze 01, 2005 1:49 am
Skąd: Wrocław

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: gumbyy »

mimski pisze: czw kwie 02, 2026 7:52 pm Fajnie! Ja tak nie mam. Słuchałem ostatnie 7-10 lat pojedynczych utworów, raz na kwartał całą płytę, głównie 7th son, więc to takie fajne odkurzenie staroci, powrót do korzeni.😎
Fajnie się czyta te Twoje wspominki :)
www.MetalSide.pl
Awatar użytkownika
Geri666
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4166
Rejestracja: śr lis 17, 2010 11:47 pm
Skąd: Wwa

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: Geri666 »

okazało się, że Phantom to całkiem fajny numer
ogólnie fajne te twoje przemyślenia, ale takiego określenia na utwór-pomnik, który zdefiniował Maiden i oczarował Dickinsona, to jeszcze nie słyszałem :D
Awatar użytkownika
mimski
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2132
Rejestracja: ndz wrz 07, 2003 3:23 pm
Skąd: Falubazy

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: mimski »

Być może, jakoś zawsze mnie odrzucał, nie czułem tej "magii". Oczywiście nadal nie jest to kawałek, który by mnie nagle powalił, ale po latach okazuje się, że nie jest wcale taki zły, jak mi się kiedyś wydawało.
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Awatar użytkownika
sajki
-#Weekend Warrior
-#Weekend Warrior
Posty: 2877
Rejestracja: pt sie 14, 2015 9:01 am

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: sajki »

Z PoM i Powerslave mam dokładnie odwrotnie niz Ty. Te słabsze z PoM podobają mi się dużo bardziej niż te z Powerslave.
Awatar użytkownika
mimski
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2132
Rejestracja: ndz wrz 07, 2003 3:23 pm
Skąd: Falubazy

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: mimski »

Kochany Pamiętniczku, dziś popełniam kolejny wpis...

Seventh Son - the goat, ath, one and only, best of the best itd. itp. Dla mnie od zawsze absolutny top. Na tym albumie IM osiągnęło absolut. Wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno. Okładka piękna, wybitnie współgra z muzyką. Brzmienie ciekawie przestrzenne, zazwyczaj nie jestem fanem, wolę jak instrumenty kopią prosto w ryj, ale tu się sprawdza, zwłaszcza w połączniu właśnie z okładką, tematyką utworów. Kompozycje wybitne, każda z osobna jest rewelacyjna, a i wszystkie razem tworzą wspaniałą całość. Żadnego zbędnego kawałka, żadnej zbędnej nuty. Wszyscy muzycy w topowej formie. Tak jak pisałem wcześniej, nawet jak na co dzień nie słucham IM, to jak wracam do nich, to głównie uruchamiam 7th Son. Słuchając teraz tego albumu i porównując bezpośrednio z innymi, definitywnie się wyróżnia, nie ma wypełniaczy, brzmi bardzo dobrze, są pomysły, jest świetne wykonanie. Wyjątkowe jest to, że IM nagrało swój najlepszy album jako siódme wydawnictwo. Imponuje zatem wciąż ilość pomysłów i brak wypalenia, pomimo wcześniejszych sześciu płyt, które były dobre, bardzo dobre, albo rewelacyjne. Zawsze chętnie wracam do tej płyty i tym razem powrót był po prostu wspaniałą ucztą muzyczną. Oczywiście 10+/10

No prayer - album, który najmniej znam. Chyba więcej razy przesłuchałem X Factor, czy Virtual XI niż Prayera. Po kolejnym przesłuchaniu utwierdzam się, że to najsłabsza płyta w dorobku. Z kapeli odszedł Adrian, przyszedł Janick, Harris chciał surowizny i wyszło nieciekawie. Nawet te koncertowe klasyki mnie nie zachwycają. Tailgunner jest ok, Holy Smoke, niech będzie że ok, No prayer - nuda, Public Enema - nuda, Fates Warning - nuda. Kawałki w ogóle nie zapadają w pamięć, niczym się nie wyróżniają. Jadę autem, No prayer gra i w ogóle nie wciąga, coś tam sobie brzęczy w głośnikach, jest to znośne, ale właśnie niczym się nie wyróżnia, nie intryguje. Ostatnio trafiłem na taki kawałek:
https://www.youtube.com/watch?v=oQhPQ7KYBXw
Od razu wzbudza zainteresowanie, skupia uwagę. Tutaj na razie nic takiego nie ma. Płyta przechodzi do Assassin i nie rozumiem pomysłu na ten numer, pierwsza kompozycja, która mnie zmęczyła, w odróżnieniu od wcześniejszych, ta zwróciła uwagę, ale niestety w negatywny sposób. Run silent trzyma się dzielnie dziwnej stylistyki zapoczątkowanej na Assassin, równie niezrozumiały dla mnie utwór, nie kupuję tej progresji akordów, zrobione na siłę dysonanse, w ogóle to mi nie gra, nie pasuje do IM. Hooks in You - znowu nuda, Bring You Daughter - koncertowy klasyk, którego nie byłem nigdy wielkim fanem, ale jakoś tam buja na płycie w trakcie koncertu, na live ujdzie, ale wykonanie studyjne nudzi, te zapętlone Bring You Daughter męczy. Na koniec kloc w postaci Mother Russia, ani to ciekawe, ani to buja, ani do pośpiewania, miał być epik, a wyszedł epicki niestrawny gniot. Uważam, że to najsłabszy album IM, zawsze tak myślałem i te moje odświeżenie IM tylko utwierdziło mnie, że to po prostu do dupy płyta. 3/10 to maks za to, że są 2 - 3 utwory znośne.

Fear Of The Dark - tak jak pisałem wcześniej, w zasadzie pierwsza płyta IM, którą słuchałem. Nie mam jednak z tego powodu jakiegoś wielkiego sentymentu i uważam, że to bardzo udany album ze względu na jakość, a nie osobiste emocje. Ma słabsze momenty, to jest: Weekend Warrior i The Apparition, które co do zasady opuszczam, ale tym razem oczywiście nie pominąłem niczego, od początku takie miałem założenie, że leci wszystko i słucham płyt od A do Z i na tle No prayera, to te niechlubne dwa są jednak do wytrzymania. Be quick mocno otwiera album, From Here przyjemnie nakręca na drodze, o dziwo znudził mnie Afraid. Jeden z pierwszych kawałków, które mnie zachwyciły 26 lat temu, a teraz rozczarował. Zyskał za to mocno Fear Is the Key, też często pomijałem, a tym razem bardzo mi się podobał, uważam, że to jedno z odkryć tego mojego małego projektu. Childhood jak zwykle podszedł, za to Wasting Love było dla mnie wasting. Fugitive i Chains bardzo dobrze weszły, Judas jak zwykle skopał tyłek, a Fear Of The Dark przyjemnie zakończyło album. Bardzo solidne wydawnictwo, daję 7/10.

Jestem na Book Of Souls, pomału, ale systematycznie do przodu. Nie zmuszam się do słuchania, żeby jak najszybciej zaliczyć i mieć z głowy, tempo spadło, bo w zeszły weekend od piątku do niedzieli to robiłem po 4 albumy dziennie, bo nic innego w trakcie jazdy nie miałem do roboty. Teraz tak wychodzi jeden album dziennie. Spodobał mi się ten mój mały projekt i jak skończę IM, to może przejdę do Dream Theater. Moja druga muzyczna miłość, której też nie słucham już niemal w ogóle. Nie dość, że prog metal już mnie tak nie kręci, to na dodatek płyty po Systematic Chaos kompletnie mi nie podeszły, a od Dramatic Turn Of Events, chyba nie słyszałem żadnej następnej.
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6401
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: Zajzajer »

Super zrób DT, będzie mega, czekam z niecierpliwością

A Rust in Peace to dalej Twój faworyt z płyt?
I don't belong here, we gotta move on, dear
Escape from this afterlife
'Cause this time I'm right to move on and on
Far away from here


Zajzajer on the Road 2026:

Metallica - Chorzów - 50%
Kings of Leon - Łódź
Testament - Krk
Awatar użytkownika
mimski
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2132
Rejestracja: ndz wrz 07, 2003 3:23 pm
Skąd: Falubazy

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: mimski »

Do Megadeth też już niezbyt często wracam, ale Rust In Peace zawsze będzie zajmować ważne miejsce w mym serduszku. Są pewne płyty, które definiują nas, ukształtowały nas, są jakimiś kamieniami milowym w życiu. Taką płytą na pewno był Fear Of The Dark i 7th Son, kamieniem milowym był Metropolis Pt 2, kamieniem milowym był Demanufacture, Follow The Reaper, Miss Machine. Miłość do Rust In Peace myślę, że jest jedną z tych najważniejszych i nadal uwielbiam go sobie odpalić i za każdym razem zbieram szczękę z podłogi. Nie jest to może często, ale to trochę jak spotkanie ze starym kumplem. Nie widzicie się dwa - trzy lata, ale jak się spotkacie, to gadacie 24 godziny non stop i nie ma ani chwili nudy.
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Awatar użytkownika
mimski
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2132
Rejestracja: ndz wrz 07, 2003 3:23 pm
Skąd: Falubazy

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: mimski »

Dziś krótki wpis, późno już. Płyty z Blazem.

X Factor - lubię ten album. Wydaje mi się, że gdyby zaśpiewał na nim Bruce, to byłby porównywany do POM, czy Powerslave. Niestety wokal Blaze to jednak ze dwie ligi niżej. Tak to jest, jak dochodzi do zmiany wokalisty, nowy musi być lepszy niż poprzedni, inaczej to nie zadziała. Świetny przykład gdzie to wyszło to Nightwish. Była sobie Tarja. Jak odeszła, to ludzie nie wierzyli, że to jeszcze może wypalić. Przyszła Floor i dziś fani ją kochają. Ale Floor jest lepsza niż Tarja. Nie można tego powiedzieć o Blazie, który po prostu nie podołał. Same kompozycje uważam, że są dobre, bardzo dobre i wybitne. Brakuje po prostu tej wisienki na torcie. Sign Of The Cross to mój faworyt w całej twórczości IM, absolutny majstersztyk. Już z Blazem był rewelacyjny, a Bruce na Rock In Rio wybił go na absolutny szczyt. Lord Of The Flies, bardzo przyjemny kawałek z chwytliwym refrenem. Man On The Edge klasyk jeszcze z Carmy. Kolejne utwory również są bardzo udane, nie będę się rozpisywał nad każdym z osobna. Uważam, że naprawdę kompozycyjnie to bardzo dobry album. Po kilku przesłuchaniach nawet oswoiłem się z Blazem i obiektywnie jest słabszy, obniża jakość albumu, ale da się go przeboleć, a jak się go zaakceptuje, to wówczas można dostrzec, jak dobra jest to płyta. Daję 6/10, gdyby był Bruce, pewnie byłaby 8.

Virtual XI - wcale nie uważam, że to najgorszy LP. Znam zarzuty, że Angel zapętlony, że Lightning zapętlony, ale mi się te utwory podobają. Ponownie mamy kompozycję wybitną - Clansman, który również na Rock In Rio pokazał prawdziwy potencjał. Tej płycie znów po prostu zabrakło Dickinsona. Gdyby Dickinson był na wokalu, to album pewnie latałby z ocenami na poziomie Fear of The Dark, a tak jest równany z ziemią, choć moim zdaniem niesłusznie. Angel uważam za przyjemną potupaję, Como Estais - piękny refren, który wbija się do głowy i łapie się na tym, że idę ulicą i sobie nucę "No more tears... No more tears... If we live for a hundred years amigos no more tears." Futureal - doskonały rocker, Educated Fool - genialny bridge i refren, uwielbiam. Może wkładam kij w mrowisko, ale też daję 6/10 i ponownie uważam, że gdyby zaśpiewał Bruce byłby album na 8. Mi się go lepiej słucha niż SiT, a znacznie lepiej niż No prayer. Byłby lepszy niż FOTD, gdyby inny wokal był, a tak jest na poziomie POM.

Trochę dziwię się Harrisowi, że mając tylu wokalistów do wyboru, podobno dostał kilka tysięcy nagrań z całego świata, postawił na bardzo przeciętnego Blaze'a. W ogóle gdyby obniżyli strojenie, zeszli do D standard, to może i Blaze lepiej by wypadł, ale oni grali jak pod Bruce'a, a Blaze nie wyrabiał. Niemniej jednak kluczowe jest, że Blaze to wokalista, jakich wielu i absolutnie nie ta liga co IM. Jeśli stracili Dickinsona, to wymiana mogła się udać tylko wówczas, gdyby wzięli kogoś na równym poziomie, choć żeby zadowolić malkontentów, to potrzebny był w tamtym czasie ktoś jeszcze lepszy, a takich pewnie było niewielu. Jestem przekonany, że ktoś taki by się znalazł wśród tych kilku tysięcy, pewnie nawet kilku. Czemu na nich Harris nie postawił, tego nie mogę zrozumieć. Za mikrofonem stanął Blaze przez co płyty nieco ucierpiały, ale tak jak pisałem wcześniej, mimo tego uważam, że są to całkiem udane albumy, tylko że potencjał był na więcej.
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
Michał123
-#Prodigal son
-#Prodigal son
Posty: 29
Rejestracja: wt kwie 25, 2023 5:29 pm

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: Michał123 »

Zalogowałem się specjalnie, by dorzucić swoje trzy grosze ;)
beaviso pisze: śr kwie 01, 2026 7:38 pm > Phantom to całkiem fajny numer
Mi to się w pale nie mieści, że zwykły, nie wyedukowany i jeszcze całkiem zielony muzycznie chłop napisał go w wieku 22 czy 23 lat.
Ciekawe skąd zerżnął ;)
Mam dokładnie to samo! Nie mam żadnego wykształcenia muzycznego - coś tam poplumkam czasem w domu na gitarze, czy keyboardzie, jakieś koślawe próby złożenia kilku dźwięków w całość, ale generalnie po prostu mam uszy to słucham.
I dosłownie "w pale mi się nie mieści", jak taki właśnie Harris w takim wieku w tamtych czasach mógł napisać coś takiego. Z braku wspomnianego wykształcenia nie mam słów, którymi mógłbym oddać mistrzostwo kompozycji tego utworu - tych progresji, kontrastów, całej tej złożoności zamkniętej w kilku minutowym utworze. Mógłbym coś bredzić o swoistym dialogu między obiema gitarami, który nigdy się nie nudzi, o tych solówkach, o basie, który prowadzi całą tę opowieść, ale zamiast tego odpalę sobie to jeszcze raz i znów oderwę się na chwilę od deszczowej rzeczywistości :D
mimski pisze: śr kwie 01, 2026 5:56 pm aczkolwiek Hallowed w studyjnej wersji nadal uważam za pitu pitu w porównaniu z tym, co później dostaliśmy na Live After Death.
...właśnie w tym momencie pomyślałem sobie "a wezmę i napiszę post" ;)
Bo dla mnie właśnie ta wersja Hallowed w wersji studyjnej jest najlepsza ze wszystkich późniejszych wykonań oraz ze wszystkich coverów, jakie ktokolwiek kiedykolwiek nagrał. W tym "pitu itu" tekst doskonale współgra z muzyką, która podkreśla dramat podmiotu lirycznego. Nic nie jest przesadzone, nic nie nie jest niedopowiedziane - tempo, klimat i ciężar znakomicie oddaje przeżycia naszego skazańca na przestrzeni całego utworu. W późniejszych wersjach moim zdaniem to jest zaburzone - tu i tam za dużo ozdobników i całość robi się przekombinowana. To przekombinowanie działa na koncercie, gdzie ma być głośno, duszno i intensywnie, ale w domu, czy w samochodzie zdecydowanie wolę starą wersję z płyty.
A covery? Dla przykładu jakiś czas temu ktoś uraczył mnie coverem Cradle of Filth. O ludzie, jakie to było złe! To znaczy nie złe w sensie technicznym, ale po prostu wokal jak muzyka zostały całkowicie odklejone od tekstu, klimat zupełnie poszedł się paść. Mogliby w tym coverze śpiewać o czymkolwiek najlepiej po koreańsku, i efek byłby ten sam, czyli fajna piosenka o niczym.

A tu rzeczony Cover:
https://www.youtube.com/watch?v=DViO9f40K48

I dziękuję za uwagę ;)
Awatar użytkownika
remi
-#Weekend Warrior
-#Weekend Warrior
Posty: 2997
Rejestracja: pn mar 14, 2005 7:01 pm
Skąd: Białystok

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: remi »

Akurat ten cover Cradle to moje top 1 coverów Maiden i jedno z lepszych rzeczy od Cradle. Gusta i guściki :D
Awatar użytkownika
pinio
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1535
Rejestracja: pn sty 01, 2024 6:40 pm
Skąd: Warszawa/Torrevieja

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: pinio »

To się ociera o parodię oryginału. Dla mnie niesłuchalne.
Może tej muzyki nie napisał Mozart,
ale ten kto ją napisał - był Mozartem

Kiedy słuchasz muzyki Mozarta świat staje się lepszy

Muzyka Bacha to muzyka napisana przez Boga
Muzyka Mozarta to muzyka, której Bóg słucha
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6401
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: Zajzajer »

Dla mnie najlepszy cover IM - to oczywiście Dream Theater i ich jazzowe Gangland, wyborne solo Pietruchy
I don't belong here, we gotta move on, dear
Escape from this afterlife
'Cause this time I'm right to move on and on
Far away from here


Zajzajer on the Road 2026:

Metallica - Chorzów - 50%
Kings of Leon - Łódź
Testament - Krk
Awatar użytkownika
mimski
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2132
Rejestracja: ndz wrz 07, 2003 3:23 pm
Skąd: Falubazy

Re: Od IM do Senjutsu

Post autor: mimski »

Michał123 pisze: wt kwie 07, 2026 11:32 am
Bo dla mnie właśnie ta wersja Hallowed w wersji studyjnej jest najlepsza ze wszystkich późniejszych wykonań oraz ze wszystkich coverów, jakie ktokolwiek kiedykolwiek nagrał. W tym "pitu itu" tekst doskonale współgra z muzyką, która podkreśla dramat podmiotu lirycznego. Nic nie jest przesadzone, nic nie nie jest niedopowiedziane - tempo, klimat i ciężar znakomicie oddaje przeżycia naszego skazańca na przestrzeni całego utworu. W późniejszych wersjach moim zdaniem to jest zaburzone - tu i tam za dużo ozdobników i całość robi się przekombinowana. To przekombinowanie działa na koncercie, gdzie ma być głośno, duszno i intensywnie, ale w domu, czy w samochodzie zdecydowanie wolę starą wersję z płyty.
To ciekawe, bo właśnie w moim odczuciu właśnie na płycie brakuje tego ciężaru, brakuje tych emocji w wokalu. Na Live After Death w głosie Bruce czuć właśnie taki gniew na rzeczywistość, te poczucie niesprawiedliwości, złość. Do tego dochodzą gitary, które również uderzają z całą mocą, a na płycie to takie jest miałkie, bez agresji. Chociażby wersy When the priest comes to read me the last rites, Take a look through the bars at the last sights, Of a world that has gone very wrong for me. Jest to wykrzyczane i do tego dochodzi taki efekt distortion w głosie, co potęguje poczucie właśnie gniewu na rzeczywistość, buntu, na płycie jest to bardziej wygładzone
To nie demokracja, ale własność prywatna, produkcja i dobrowolna wymiana są źródłem dobrobytu.
ODPOWIEDZ