W niedzielę udałem się na ostatni dzień
Metronome Festival w Pradze. Główną motywacją był dla mnie koncert
Eli Minus. Byłem na niej już raz, rok temu w Katowicach - był to jeden z dwóch wypadów na które pojechałem ze złamaną nogą, co może sugerować jak bardzo ją lubię

(Oczywiście tamten wyjazd opisany na forum). Zatem gdy ogłoszono ją w Czechach, był to dla mnie no-brainer. Trzeba jechać. Miłym dodatkiem był headliner tego dnia, czyli
Sting. Jeszcze go nigdy nie widziałem, a umiarkowanie chciałbym. Jednak na tyle umiarkowanie, że zapłacić za niego ~400 zł, bo tyle sobie liczy ostatnio LN za jego występy u nas, to ja nie chciałem. Więc był problem. Co roku gdzieś przyjeżdżał, ja trochę rozważałem, końcowo odpadałem. No ale nadarzyła się okazja.
Festiwal odbywał się na lotnisku Letnany, czyli miejscu zapewne znanym większości forumowiczów. Sporo znajomych wybrało się na niego, ale na dzień poprzedni, kiedy headlinerem był Nick Cave. Ja fascynacji nim nie podzielam, więc odpuściłem i skupiłem się na niedzieli. Zabawne, bo to pierwszy, ale nie ostatni raz w tym roku, kiedy będę na festiwalu, gdzie jest Cave, ale nie w tym dniu
Na niedzielę nie wybierał się z mojego grona nikt poza mną. No trudno. Nie znają się. Wybrałem się wczesnym Flixikiem, tak, że przed 15 wysiadałem już na Florencu. Timetable festiwalu był taki, że i tak niespecjalnie miałem czas na wyprawy po Pradze, więc tym razem sobie odpuściłem, zjadłem kebaba blisko dworca (słaby) i udałem się na metro na Letnany. Pierwsza artystka, na której mi zależało, występowała o 17, tymczasem ja znalazłem się na terenie festiwalu już kilka minut przed 16.
Płatności tylko systemem NFCtron, a więc stwierdziłem, że konsekwentnie pierdolę, nic nie kupuję. Byłem najedzony, przed wejściem opiłem się wodą, miało starczyć. No i starczyło. I tu taka refleksja: ciekawe, że polski oddział LN nie podjął jeszcze tematu, bo to przecież piękny sposób rypania koncertowiczów na dodatkową kasę, a nasi są w tym ponadprzeciętni.
Założenia festiwalu są bardzo proste: trzy sceny: main, mniejsza i trzecia, na której grało byle-co. Grały na zakładkę, tzn. grał main, pozostałe dwie odpoczywały i na odwrót. Działało to dobrze, dzięki temu sceny były BARDZO blisko a i nie nachodziły na siebie. Dosłownie w dwie minuty można było przejść z jednej na drugą.
O 16 na mainie grał zespół
Razorlight. Obczajałem sobie inne zespoły grające na feście; o tym wyczytałem, że "English indie rock band" i podziękowałem. No ale skoro koleje losu mnie powiodły na festiwal tak prędko... postałem, posłuchałem, nudne generyczne granie rodem z Open'era sprzed lat. Jak ktoś lubi indie rocka, to pewnie był zadowolony. Obszedłem sobie nie za wielki teren festiwalu i usiadłem na trawce, ciesząc się słońcem. Potem się położyłem, a i chwilę zdrzemnąłem

Totalny relaks. O 17 na mniejszej scenie (Cupra Stage) występowała niejaka
Oxis. Jej muzyka niespecjalnie mi leży, trochę zbyt garażowy-DIY vibe, ale zaciekawiła mnie jej otoczka. Dziewczyna nazywa wszystkie swoje piosenki od gatunków ryb, i tak mamy np.: "Flounder", "Dogfish", "Long Sardine", "Piranha", "Cod"... itd. Okładki płyt, singli, to same ryby. Bawi mnie to

więc stwierdziłem, że chcę zobaczyć jak wypadnie na żywo. Parę minut przed 17 udałem się na Cupra Stage, żeby zająć jakieś rozsądne miejsce... po czym złapałem zonka, bo na kilka minut przed występem przed Cupra Stage stała jedna(!) osoba. No to stanąłem sobie koło niej, przy barierkach na samym środku

Wyszła Oxis, powiedziała "hello, I am Oxis, I hope you like fish" i zaczęła grać. Z tyłu wyświetlały się zdjęcia ryb, ona sama pociągała sobie jakiś napój z metalowej manierki w kształcie ryby. Całość miała taki vibe "pokaz talentów w lokalnym psychiatryku". Było to zabawne. Muzycznie - OK, jak mówiłem - niekoniecznie dla mnie, ale od strony technicznej była solidna, wokalnie też, nie można się do niczego przyczepić. Cieszę się, że zobaczyłem ten... performens. Ludzi trochę przybyło, ale przypominało to proponowane zasady na eventy masowe z czasów covidowych - każdy miał tak z metr wolnego naokoło siebie. Koło mnie z obu stron zmieściłoby się jeszcze po osobie, ale widać nikt nie czuł potrzeby. Z początku było to dość niekomfortowe, bo nie mogłem sobie odpłynąć myślami, pogapić się w telefon, bo byłem znaczącym % publiki i jakoś tak głupio było przed artystką. Trzeba było klaskać i machać głową, ogólnie aktywnie uczestniczyć w koncercie XD
Organizacyjnie na plus fakt, że ludzie w kamizelkach medyków rozdawali półlitrowe kubeczki z wodą ludziom pod sceną. Dzięki temu utrzymałem solidne nawodnienie bez konieczności przełamania się do NFCtronu
O 18 na mainie zaczął grać zespół
Of Monsters and Men. Takie przyjemne granie na akustycznych gitarkach. Kiedy ich obczajałem, okazało się, że nawet znałem jeden ich kawałek ("Little Talks"). No i na żywo też było OK. Podobało mi się. Pod koniec myślami byłem już na kolejnym koncercie, bo oto o 19 miała zaczynać
Ela Minus. Bardziej świadomy realiów festiwalu

zdawałem sobie sprawę, że szanse na barierkę na tym koncercie są bardzo duże, więc kontrolowałem temat i na jakieś 10 minut przed 19 poszedłem w taki punkt, gdzie jednocześnie mogłem słuchać koncertu z maina i zaobserwować sytuację na Cuprum Stage. No i zaobserwowałem, że stoi już 5 osób, a więc popędziłem tam, żeby też zająć dobre miejsce. No i zająłem, nie wiedzieć czemu tamta piątka skupiła się trochę z boku, więc środeczek pozostał dla mnie. Perfection.
Koncert z Katowic mnie absolutnie pozamiatał i znalazł się w topce moich występów z 2025 roku, ale miałem do niego jedno zastrzeżenie: był za krótki. Ela miała slot na godzinę, ale zrobiła nam na niego kielecką promocję, czyli spóźniła się 5 minut i 10 minut przed czasem zeszła ze sceny, więc mieliśmy 45minutowy set w godzinnym slocie xD Przez co wyleciało kilka kawałków, na których mi zależało. Zatem był niedosyt.
Tym razem... o 19:00 zacząłem mieć złe przeczucia, bo ze sceny leciało jakieś buczenie i dym, a sam występ jeszcze się nie zaczął. Obawiałem się powtórki. Na szczęście, minęła minuta i Ela wyszła. I dostaliśmy pełny, godzinny set. Warunki miała cięższe niż rok temu, bo open air i to gdy jest jasno... ale nie czuło się tego aż tak, stojąc na barierkach, gdy scena zajmowała całe pole widzenia, plus napierdoliła w trakcie występu tyle dymu, że poczułem się jakbym był w klubie xD
Było, no cóż, super. Forma - top, setlista - idealna, wjechało wszystko to, co chciałem zobaczyć w Katowicach a nie widziałem, plus powtórzone rzeczy stamtąd, które wypadły super. Byłem zachwycony. Dla takich emocji człowiek się męczy i wydaje tę kasę. Śpiewałem, wiwatowałem, skakałem, co zresztą Ela dostrzegła bo się kilka razy uśmiechnęła do mnie, zapewne zadowolona że jest na koncercie jakiś fan, który zna jej piosenki i się cieszy że je słyszy xD
O 20 nastąpił koniec i na scenę główną od razu wyszedł Sting. Ja byłem nieco emocjonalnie oszołomiony, więc sobie jeszcze chwilkę zamarudziłem pod sceną Cuprum, zresztą było dobrze słychać muzykę z maina więc nie spieszyło się. W końcu podszedłem.
Frekwencja - słaba. Mam porównanie, bo byłem tam na Springsteenie i Motley Crue/Def Leppard, i w porównaniu z tamtymi eventami, tu była tragedia. Dla organizatora, bo jako uczestnik cieszyłem się z komfortu, braku ścisku i kolejek. Spokojnie można było stanąć tak blisko sceny, jak się chciało. Nie wyobrażam sobie, żeby na polskim koncercie Stinga na 10 minut przed można było stanąć w 2-3 rzędzie przed sceną. Tu to była oczywistość; opcją były też boczne barkierki, jeśli ktoś tak wolał. Na godzinę przed występem można było złapać i barierki na wprost. Totalny luz.
Występ był dobry, zagrał swoje największe hity a o to w końcu chodziło. Poza nimi momentami przynudzało, ot, taki piknik, który idealnie pasował do piknikowej atmosfery eventu. Formę pan Sting ma wciąż dobrą, byłem trochę zdziwiony gdy wyszukałem ile ma lat. Cieszę się, że go zaliczyłem i to w takich okolicznościach; po samodzielnym wyjeździe na niego mógłbym czuć pewien niedosyt. Miałem wrażenie, że spora część publiki była dość przypadkowa - o, w moim mieście gra Sting, okej, obczaję.
Skończyło się o bardzo przyjaznej godzinie 21:45. Tylko co mi z tego, skoro Flixbus i tak o północy. Ale jako lokals, na pewno bym się cieszył i doceniał. Udałem się na metro i na dworzec, tam sobie przeczekałem do owej północy... a potem jeszcze dodatkowe 75 minut, bo tyle opóźnienia załapał Flix, co było o tyle zastanawiające, że z Pragi startował. Ech. No nic. Po 5 byłem w domu i przy pomocy dwóch krótkich drzemek udało mi się przewegetować do nocy.
Taka ciekawostka: LN poszło w oszczędności i lało piwo w kubki z nadrukami po przeszłych koncertach na Letnanach. I tak spotkać można było wielu festiwalowiczów raczących się trunkiem z kubków Bruce'a Springsteena i Imagine Dragons xD
Fajny ten Metronome Festival, organizacyjnie, pod względem klimatu - bez zarzutu (choć z zaznaczeniem, że łatwo jest wypaść dobrze, jeśli ludzi jest mało i nie "przeciążają" oni organizacji eventu). Pogoda dopisała. Fajny wypad, Sting w końcu zobaczony a Elę Minus wiem, że muszę łapać kiedy tylko będzie w okolicy.