No więc po kolei to by było tak:
Co do wypijania basenów piwa w ostatni dzień, to ja miałem dwa zimniuteńkie Egri Bikaver z domu które wymordowałem w trakcie tych godzin. Ta torba termoizolacyjna to jest wogóle fajna sprawa. Bez tego bym "zeszedł". No właśnie, wino... Wogóle się martwię o siebię, wódki nie chlałem przez te warsztaty (był jeden przypadek patrz niżej), piwko mi coraz mniej wchodziło tylko wino właśnie, z fajkami też jakby jakiś kryzys. Na kiełbasę z grilla nie mogłem patrzeć. Nie jest dobrze...
No ale przejdźmy do meritum
Jam w piątek:
Niespecjalnie się cokolwiek działo do czasu kiedy ja tam byłem. Konrad ani Frankiewicz uspokajam nie grali, za to próbowało się produkować kilku wokalistów, albo raczej wokalistek. Znowu do pianina zasiadł ten perkusista z Qurtetu i znów z stanie nawilżonym. Szybko się zmyłem, bo gorąc z sali zrobił swoje. Nic nie straciłaś oprócz.
no właśnie. Siedzę sobie, a powiem Ci, że wypiłem tylko butelkę Tokaju
(Let me tell you a story to chill the bones, 'bout a thing that I saw.
One night wandering in the everglades. I had one drink but no more

)
no, a tu nagle taki rechot idzie od wejścia. Ludzie się oglądają, a tu w zielonym szlafroku z umytymi włosami, mętnym spojrzeniem i chyba niedepilowanymi nogami w gustownych czarnych kapciach w stronę baru pociska zwany przez niektórych panem Tomasz Szukalski ktry znika potem za drzwiami do kibla. Byłem tym tak zdruzgotany, że gdyby nie szybka interwencja z 50tki wódki, ten obraz mogłby mi się wypalić jak piętno w pamięci

To był przerażający widok...
a tak na poważnie, to:.... żałosne, żałosne....
Jam w sobotę:
Sami młodzi. Było tak dramatycznie nudno, że aż wstyd mówić. Jedyny plus to był taki, że ludzie weszli w tańce i do niekończącego się "Watermelon/Cantaloupe" ludzie sobie brykali po prawej stronie sali. Ja jako zblazowany stary łach który na wszystko kręci nosem, siedziałem przy stoliku. Absolutnie nic ciekawego tym bardziej, że nikt siebie wzajemnie nie słyszał i np. trąbka i saksofon grały solo równocześnie. Bębniarzy było multum, każdy walił w to co miał pod ręką. Tak się złożyło, że mój kolega miał pod ręką jakiegoś pijanego uczestnika klasy fortepianu, który oblał go browarem i nie chciał przeprosić. Nawet nieźle trzymał rytm na 5/6. Po tym nieprzyjemnym incydencie zakończonym zwycięstwem lubelszczyzny, po czym podpisaniem traktatu pokojowego 15 min później uznałem, że opuszczam lokal. Nie wiem czy ja trafiałem na jakichś dziwnych uczestników (złośliwy rzekłby ciągnie swój do swego), ale wydaje mi się, że sporo się dziwadeł zjechało. Jam powtarzam niewarty uwagi, chyba, że ktoś się miał ochotę wyżyć taneczniepod "All blues", kawałki Hancocka, "Blue bossa" czy kameleona.
Refleksyja nad
Status Quo Warsztatów na Anno Domini 2006
Jak ja oceniam te warsztaty? Z perspektywy tego, że jestem tu xXx rok z rzędu, mam wrażenie, że poziom ewidentnie spada. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że za mało jest młodych wykładowców i tyle. Popatrz o kim się pozytywnie wypowiadamy. O tych samych których chwalili uczestnicy. Nie o Szprocie, Szukalskim czy kimśtam. Dochodziło do takich absurdów, że koleżanka z klasy wokalnej nie rozumiała jakiegoś przejścia jeśli chodzi o tonację, a pierwszy pan z w/w listy zwyczajnie odpowiedział, że mu się nie chce tego tłumaczyć. Z takim podejściem nic się tu nie zmieni. Mam wrażenie, że duża część kadry przyjeżdża się tu napić piwa i może kogoś czegoś nauczyć zamiast nauczyć kogoś czegoś i może napić się piwa.
Powiem Ci, że z roku na rok mój stosunek do jazzu się pogarsza, może właśnie przez tą imprezę. Po 10 dniach słuchania naprawdę mam zawsze dość. Po prostu nawet jak słucham jamów najlepszych, powoli zlewają mi się one w jedną całość. Przykre, ale albo ja jestem za tępy, albo po prostu popisy solowe nawet najlepszych po pewnym czasie męczą. Brat się śmieje, że jak jest miejsce w utworze na solówkę to znaczy, że "aranż jest ch***wy i da się ją gdzieśtam wcisnąć"
A dlaczego tak jest?
1. Myślę, że chodzi trochę o to, że jazz uderza na mnie w sposób zmasowany i każda muzyka zadziałała by podobnie w takiej dawce przez taki czas.
2. Nie mniej jednak krystalizuje mi się pogląd, że częśto wykonywany tutaj jazz jest archaiczny i nie ewoluuje, bo co roku wystepy są bardzo podobne. Wszystko tutaj stoi. Nie mówię, że te warsztaty były słabe, były dobre, świetnie spędziłem czas, ale nie były bardzo dobre. Nie było tu żadnego występu (choć do takiego miana mogłaby aspirować "Opowieść") który wrył by mi się w pamięć. Po obejrzeniu koncertu Możdżera w Lublinie przeżywałem to 3 dni, a na następny bez mrugnięcia okiem pojechałem do Krakowa. O Garbarku w Warszawie myślałem z miesiąc. Tu nie było tej klasy występu, ale przecież nie dlatego, że są tu źli muzycy. Może nie tej klasy co Norweg, ale to też wielkie nazwiska, które kiedyś sporo znaczyły i budowały polską scenę. Tymczasem wszystko jest dość powtarzalne, a powiedziałbym nawet przewidywalne i niestety winię za to kadrę.
Zachwycam się Ścierańskim, bo jest świetny. Doskonale się go słucha i ma własny unikalny styl co zawsze daje mu niesamowitą przewagę, ale niestety nawet w jego wypadku nic się za bardzo nie zmienia, to był chyba jego 5 koncert który słyszałem w ciągu 2 lat i po prostu poznaję kawałki. I to nie jeden dwa tylko 4-5 co oznacza, że musi grać to samo. Wykonanie "Hey Joe/Voodoo chile" było wspaniałe, ale zachwycałem się tym bodajże w listopadzie 2002 roku w Chemiku kiedy był w smoku na koncercie z Markiem Bałatą. Teraz może mi się to podobać, ale to nie do końca to, jeśli wiesz, że to już było.
Nie chciałbym żebyś mnie źle zrozumiała i źle odebrała te słowa. Też chcę więcej, też żałuję że się skończyło i też doskonale się bawiłem. To co jest wyżej to bardziej taka jakaś refleksja nad tym co się tu dzieje z perspektywy przebywania tu przez wiele, wiele lat, bo na warsztaty chodzę od małego, najpierw z rodzicami, a samodzielnie od 15 roku życia (co roku dzień w dzień), czyli 5ty rok z rzędu. Sądzę, że i Ty doświadczenie masz bogate i to n-ta impreza z cyklu smok w Twoim życiu, więc myślę, że możemy w ten sposób (powiedziałbym "perspektywicznie"

) porozmawiać.