Book of Souls uważam za trudny, na pierwszy rzut oka, album. Jest w nim owszem wiele melodii, ale te nie są często oczywiste, odkrywałem je stopniowo i w sumie cały czas to robię. To wielka zaleta tej płyty, że przy 10. przesłuchaniu nadal coś odkrywam. Kompozycje są dość równe, wiele na podobnym poziomie, choć gdzieś poniżej postaram się rozpisać utwory w kolejności od lepszych do słabszych. Dla mnie największą zaletą płyty jest wokal Dickinsona. Nie ukrywam, że jestem jego fanem, lubię solowe płyty Bruce'a i dla mnie jest on bardzo ważną częścią Maiden. Jestem również słuchaczem, dla którego zawsze najważniejszy jest wokal, stąd uważam że na BoS Dickinson spisał się FENOMENALNIE. Jego wokalizy tutaj są w tym momencie na pewno najlepsze od reunion, kto wie czy nie najlepsze od SSOASS! Minusem jest chwilowe "duszenie się" przy próbach wyciągania wysokich tonów. Nie wiem po co, gdyż właśnie na tej płycie Bruce Dickinson pokazuje, że w ogóle nie musi tego robić, żeby zaśpiewać super! Również podoba mi się urozmaicona gama dźwięków Nicko, mam wrażenie, że jego perkusja jest tu ciekawiej wykorzystywana, niż to miało miejsce wcześniej. Również to mieszanie stylów z poprzednich albumów, te nawiązania i smaczki, czy wręcz kopiowanie niektórych rozwiązań - mi się to podoba i uważam, że jeśli BoS miałby rzeczywiście być ostatnią płytą Iron Maiden, to stanowi świetny przekrój przez wiele patentów zespołu.
Co do wad albumu, to na dziś trochę ich jest. Przede wszystkim kompozycje są dla mnie zbyt schematyczne. Panowie po większych kombinacjach na AMOLAD i TFF wrócili do schematu: zwrotka, refren, zwrotka, refren, solo, refren. Z tym, że teraz część instrumentalna zamiast minuty trwa 3-4 min. Dla mnie za długo i najbardziej boleśnie odczuwam to w TRatB, ale też i w kilku innych. Empire of the Couds z dłużyzną w środku utworu to inny temat zupełnie. Wracając do meritum, utwory są czasem o tę minutę-dwie za długie. A w dodatku w tych instrumentalnych częściach często nie dzieje się na tyle sporo, by je usprawiedliwić. Powtarzanie przez 2 minuty tego samego rytmu nie ma dla mnie sensu trochę... Drugim problemem jest dla mnie nierówne brzmienie. Czasem mamy ścianę dźwięku, a czasem jest OK. Pod tym względem TFF bardziej mi się podobał, a BoS zbliża się do AMOLAD w tej materii. Na Final Frontier najbardziej podobało mi się brzmienie perkusji i basu, zaś tutaj sekcja rytmiczna jakby schowana za ścianą dźwięku gitar i tylko "wychodzi" przed szereg w paru momentach. Solówki również mnie nie porywają, ale może to kwestia przyzwyczajenia.
Pomimo, że teoretycznie wymieniłem tak "poważne" wady, to BoS uważam za bardzo dobry i przede wszystkim równy album. Na dziś nie wiem czy postawiłbym go najwyżej z płyt po reunion. Mam ten problem, że na TFF patrzę z perspektywy koncertów, na AMOLAD po prostu z perspektywy paru lat od premiery. Ale jeśli miałbym porównywać, to całościowo odbieram BoS podobnie jak właśnie AMOLAD, które rzadziej słucham, ale jest dla mnie dobrą, równą płytą do której jak już wrócę to chętnie słucham w całości. Ma swój klimat po prostu. Wydaje mi się, że stawianie jakichś ocen cyferkami jest trudne w muzyce. Jestem teraz ciekaw, jak Book of Souls przetrwa próbę czasu i jak będę ją odbierał np. za pół roku. Na razie w ankiecie dałem 8/10 .
Utwory w kolejności od najlepszego do najsłabszego:
If Eternity Should Fail / Shadows of the Valley
When the River Runs Deep
The Book of Souls
Speed of Light / Death or Glory
(Empire of the Clouds) - z tym mam problem, bo ciężko w ogóle go odnosić do reszty płyty
The Great Unknown / The Red and the Black
The Man of Sorrows
Tears of a Clown
No i tyle, w sumie można by bez końca pisać o niuansach, ale te opiszę już w tematach poszczególnych utworów.





