Pierwszy koncert po przerwie, który zagramy dla Was 25.02.2017 w warszawskiej Progresji został wyprzedany w ciągu jednego dnia!
W związku z ogromnym zainteresowaniem i prośbami, chcielibyśmy ogłosić, że dzień później, w niedzielę 26.02 odbędzie się również drugi koncert. Sprzedaż biletów startuje w poniedziałek (14.11) i będzie można je nabyć tylko przez stronę klubu Progresja, bezpośrednio w klubie oraz sklepie Vintage Vinyl.
Przeogromna liczba aut na parkingu i w okolicy, kolejka do wejścia jak po pączki na Górczewskiej. Wchodzę za dwie ósma. Klub mocno nabity, docieram nie dalej niż do soundboardu. Od początku słychać ogromne wsparcie, jakie Riverside dostaje od zgromadzonej publiczności.
Myślałem, że to będzie zupełnie inny wieczór. Bardziej ... memoriałowy. Czyli dużo gości zewnętrznych, pogadanki, wspomnienia. Panowie mieli zupełnie inny pomysł na come back: monolitowy. Wyjść, zagrać w skupieniu najdłuższy set w karierze, z niewielką liczbą gości, przyjaciół zespołu.
To jest zupełnie inny band niż ze śp. Piotrem, ale wciąż bezsprzecznie wielki.
Piękny, wzruszający i ujmujący wieczór. Oczywiście "Gru" też z nami był. Zawsze będzie obecny na koncertach Riverside.
Drugi koncert zagrany już na większym luzie , aż za bardzo się chłopaki wyluzowali bo solówkę na dwóch gitarach w Towards troszkę położyli. Mimo to występ równie udany jak sobotni.
To i moje zdania krótkie odnośnie ostatniego weekendu.
Jak dla mnie dwa różne koncerty.
Pierwszy mniej udany. Coś mi tutaj nie pasowało. Chyba w sumie atmosfera. Stałem przy barze po lewej stronie czyli tak mniej więcej w połowie sali i miałem wrażenie,że nie było takiej atmosfery do której byłem przyzwyczajony na Riverside. Mało tego, myślałem że większa część publiczności to osoby którym udało się zdobyć bilet na wydarzenie nie posiadając większej więzi z zespołem...Inna sprawa,że zespół też miał mniej luzu niż w niedzielę. I dodatkowo muszę dodać, że za dużo browarów chyba wychlałem:)
Ale muszę przyznać, że to był koncert który mi się zaczął podobać jak wróciłem do domu i opowiadałem żonie.
Niedziela natomiast zajebista. Większy luz. Inna miejsce na sali. Zero browaru:) A i jeszcze żonę udało się wyciągnąć z domu.Koncert cudowny. Chyba jeden z lepszych jakie widziałem w ich wykonaniu ( a mogę się pochwalić ilością zaczynając od pierwszych granych jeszcze w Lokomotywie czy Przestrzeni Graffenberga:)
Czyli tak.
Crusader - dzięki jeszcze raz za bilet sobotni
Nowy gitarman tak jak oczekiwałem - konkretny poziom, zresztą to już jest wyrobione nazwisko w świecie gitarzystów artrockowych. Należy oczekiwać że nowy materiał ostrym gitarowym łupaniem nie będzie.
Goście - na początku myślałem że koncert będzie napchany gośćmi. Może też był taki pomysł...Ale skoro poradzili sobie szybko z gitarzystą to nie było co wrzucać ich za dużo. Fajny ten gostek z Lion shephard. Fryzura na Friedmana, żywiołowy, energiczny. Fajny, fajny. I też w sumie najbardziej mi się podobały elementy grane z nim ( Panic Room, Discard your fear),
Koncerty po 2.5 h. Ja zadowolony, żona zadowolona. Ciekawe jak to dalej się potoczy ale patrząc na ostatni weekend można patrzyć na spokojnie.