Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Nie mam w top 50 żadnej płyty z Dio. Tak się jakoś złożyło. Najbliżej byłoby na pewno Rising.
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Jadę dalej.

35. FATUM - Mania Szybkości (1989)
"Mania Szybkości" to nieco zakurzona już dzisiaj ikona polskiego ciężkiego grania. Trochę winny sam zespół, który nigdy nie poprowadził swoich interesów w taki sposób, aby pamiętała o nich większa rzesza fanów którzy zapełniali sale na ich koncertach. Ta płyta to jednak zbiór świetnych, hardrockowo-heavymetalowych przebojów. Najbliższym odnośnikiem dla "Manii..." jest dla mnie Priestowe "Turbo" - tu podobnie jak u Judasów roi się od riffowych uderzeń wspartych kiczowatym brzmieniem klawiszy i wielogłosowymi refrenami. Po latach album co prawda nieco się zestarzał, ale bardzo lubię do niego wracać. Te kompozycje są po prostu... ładne, choć mają w sobie dużo ognia - zwłaszcza tytułowa, która jest chyba jednym z najlepszych heavy metalowych hymnów stworzonych na naszym podwórku. Teksty, trochę infantylne, rażą chyba najbardziej, ale "Manię Szybkości" kocha się pomimo jej wszelkich wad.
Ulubione kawałki: "Mania Szybkości", "Zielony Skarb", "Frajer"

34. TURBO - Piąty Żywioł (2013)
Kiedy się ta płyta ukazywała, wciąż byłem zły że w Turbo znowu się pojebało i że znów odszedł Kupczyk. "Strażnika Światła" nie tknąłem i "Piątego Żywiołu" też nie zamierzałem. Jednak po latach, postanowiłem wyzbyć się uprzedzeń i sprawdzić to nowe oblicze Turbo. Zacząłem od "Strażnika..." który bardzo mi się spodobał i nakazał sięgnąć po "Żywioł". Ta płyta mnie zabiła! Nie ma tu słabego momentu, wszystko pędzi do przodu niczym dobrze naoliwiony i ustawiony VW Passat na obwodnicy. Hoffmann gra riffy niebanalne, wysmakowane, Rutkiewicz i Bobkowski napędzają wszystko bezlitośnie. A nad wszystkim góruje Struszczyk, który okrzepł i wydobył z siebie najlepsze co mógł. Ta płyta to majstersztyk i album który może stawać w szranki z legendarną "Kawalerią...", choć wiadomo że to mimo wszystko dwie różne płyty. O ile po "Tożsamości" spisywałem zespół na straty, sądząc że nie są w stanie nagrać już nic lepszego i zagonili się w kozi róg, tak po odpaleniu Struszczykowych płyt wiem, że są w stanie jeszcze namieszać. Trzymam za nich kciuki.
Ulubione kawałki: "Serce Na Stos", "Przebij Mur", "Garść Piasku"

33. SORTILEGE - Metamorphose (1984)
Żabojadzkie heavy, trochę nieuczesane i niepokorne, ale z drugiej strony pełne uroki i tej Paryżańskiej, hmmmm, delikatności? Lubię ten album bo nie na nim kompromisu - Zoulie śpiewa z furią i dzikością w głosie, często wchodząc na niełatwe górki, riffy sypią się jak z rozprutego wora, wszystko napędzane tempami raz szybkimi a raz mocnymi, kroczącymi. Najbliżej muzycznie im chyba do Judas Priest, choć to dość luźne porównanie. Tej urokliwości dodają teksty wyśpiewane w narodowym języku. Cenię nieco bardziej niż kolejne "Larmes De Heros" - tu mamy jednak więcej tego heavy metalowego jadu i chwytliwych, przebojowych numerów.
Ulubione kawałki: "Metamorphose", "Civilisation Perdue", "Majeste"

32. VOLBEAT - Guitar Gangsters And Cadillac Blood (2009)
Po kilku latach mam wrażenie że formuła Volbeata nieco się wyczerpała, ale wracając do pierwszych 4 płyt nie mam wątpliwości że nagrali coś wiekopomnego. "Guitar Gangsters..." to chyba najlepszy tego przykład. Miażdżące, ciężarne riffy, perkusyjna kanonada i do tego monumentalny, Elvisowsko-Cashowski wokal Michaela Poulsena. Same kawałki to dość eklektyczne połączenie metalowego ciężaru z lekkością muzyki country i rock'n'rollem. Wyszło coś, co po dziś dzień zabija od pierwszych dźwięków. Zawsze gdy wracam do tej płyty, rozwala mnie ona na nowo. Szkoda że po czterech albumach zabrakło już nieco pomysłów na utrzymanie stylistyki przy świeżości.
Ulubione kawałki: "Guitar Gangsters And Cadillac Blood", "Mary Ann's Place", "Hallelujah Goat"

31. DRAGONFORCE - Inhuman Rampage (2006)
Jeśli muzyka mogłaby zabijać, to ten album w swoim dniu premiery miałby szansę zapierdolić krytyczną masę osób. Ta płyta to była coś niespodziewanego, coś czego nikt nie oczekiwał a kiedy w końcu się z tym skonfrontował, poległ, nie mając czym się bronić. "Inhuman Rampage" była jak broń laserowa z galaktyki oddalonej od ziemi o lata świetlne, użyta na wojsku, uzbrojonym jedynie w karabiny i kilka czołgów. Ta płyta to był niestety jeden, jedyny złoty strzał w historii tej kapeli, bo potem już była równia pochyła w dół. Jeśli przedstawić karierę DragonForce na przykładzie paraboli, to jej najwyższy punkt to jest właśnie ten album - tylko album, bo jego odtworzenie na żywo było karkołomnym zadaniem nawet dla jego twórców. Ale w studiu musieli poczuć jakąś intergalaktyczną siłę która wypełniła ich po same gacie, bo wciąż kiedy słucham tego albumu zadaje sobie jedno proste pytanie: "jak to kurwa możliwe, że taka muzyka w ogóle istnieje i zrobiono ją na naszej planecie??!?!". Wiem że potem zarzucano im plastikowość, że wyśmiewano że to Nintendo-metal i tak dalej. Ale z "Inhuman Rampage" jest jak ze wspomnianą bronią laserową: jedni stwierdzą że to jakieś bezużyteczne, plastikowe gówno i nic nie zastąpi AK-47, drudzy natomiast poznają siłę jej rażenia i okażą respekt wobec technologii której nie pojmują.
Ulubione kawałki: "Revolution Deathsquad", "Operation Ground And Pound", "Storming The Burning Fields"
35. FATUM - Mania Szybkości (1989)
"Mania Szybkości" to nieco zakurzona już dzisiaj ikona polskiego ciężkiego grania. Trochę winny sam zespół, który nigdy nie poprowadził swoich interesów w taki sposób, aby pamiętała o nich większa rzesza fanów którzy zapełniali sale na ich koncertach. Ta płyta to jednak zbiór świetnych, hardrockowo-heavymetalowych przebojów. Najbliższym odnośnikiem dla "Manii..." jest dla mnie Priestowe "Turbo" - tu podobnie jak u Judasów roi się od riffowych uderzeń wspartych kiczowatym brzmieniem klawiszy i wielogłosowymi refrenami. Po latach album co prawda nieco się zestarzał, ale bardzo lubię do niego wracać. Te kompozycje są po prostu... ładne, choć mają w sobie dużo ognia - zwłaszcza tytułowa, która jest chyba jednym z najlepszych heavy metalowych hymnów stworzonych na naszym podwórku. Teksty, trochę infantylne, rażą chyba najbardziej, ale "Manię Szybkości" kocha się pomimo jej wszelkich wad.
Ulubione kawałki: "Mania Szybkości", "Zielony Skarb", "Frajer"

34. TURBO - Piąty Żywioł (2013)
Kiedy się ta płyta ukazywała, wciąż byłem zły że w Turbo znowu się pojebało i że znów odszedł Kupczyk. "Strażnika Światła" nie tknąłem i "Piątego Żywiołu" też nie zamierzałem. Jednak po latach, postanowiłem wyzbyć się uprzedzeń i sprawdzić to nowe oblicze Turbo. Zacząłem od "Strażnika..." który bardzo mi się spodobał i nakazał sięgnąć po "Żywioł". Ta płyta mnie zabiła! Nie ma tu słabego momentu, wszystko pędzi do przodu niczym dobrze naoliwiony i ustawiony VW Passat na obwodnicy. Hoffmann gra riffy niebanalne, wysmakowane, Rutkiewicz i Bobkowski napędzają wszystko bezlitośnie. A nad wszystkim góruje Struszczyk, który okrzepł i wydobył z siebie najlepsze co mógł. Ta płyta to majstersztyk i album który może stawać w szranki z legendarną "Kawalerią...", choć wiadomo że to mimo wszystko dwie różne płyty. O ile po "Tożsamości" spisywałem zespół na straty, sądząc że nie są w stanie nagrać już nic lepszego i zagonili się w kozi róg, tak po odpaleniu Struszczykowych płyt wiem, że są w stanie jeszcze namieszać. Trzymam za nich kciuki.
Ulubione kawałki: "Serce Na Stos", "Przebij Mur", "Garść Piasku"

33. SORTILEGE - Metamorphose (1984)
Żabojadzkie heavy, trochę nieuczesane i niepokorne, ale z drugiej strony pełne uroki i tej Paryżańskiej, hmmmm, delikatności? Lubię ten album bo nie na nim kompromisu - Zoulie śpiewa z furią i dzikością w głosie, często wchodząc na niełatwe górki, riffy sypią się jak z rozprutego wora, wszystko napędzane tempami raz szybkimi a raz mocnymi, kroczącymi. Najbliżej muzycznie im chyba do Judas Priest, choć to dość luźne porównanie. Tej urokliwości dodają teksty wyśpiewane w narodowym języku. Cenię nieco bardziej niż kolejne "Larmes De Heros" - tu mamy jednak więcej tego heavy metalowego jadu i chwytliwych, przebojowych numerów.
Ulubione kawałki: "Metamorphose", "Civilisation Perdue", "Majeste"

32. VOLBEAT - Guitar Gangsters And Cadillac Blood (2009)
Po kilku latach mam wrażenie że formuła Volbeata nieco się wyczerpała, ale wracając do pierwszych 4 płyt nie mam wątpliwości że nagrali coś wiekopomnego. "Guitar Gangsters..." to chyba najlepszy tego przykład. Miażdżące, ciężarne riffy, perkusyjna kanonada i do tego monumentalny, Elvisowsko-Cashowski wokal Michaela Poulsena. Same kawałki to dość eklektyczne połączenie metalowego ciężaru z lekkością muzyki country i rock'n'rollem. Wyszło coś, co po dziś dzień zabija od pierwszych dźwięków. Zawsze gdy wracam do tej płyty, rozwala mnie ona na nowo. Szkoda że po czterech albumach zabrakło już nieco pomysłów na utrzymanie stylistyki przy świeżości.
Ulubione kawałki: "Guitar Gangsters And Cadillac Blood", "Mary Ann's Place", "Hallelujah Goat"

31. DRAGONFORCE - Inhuman Rampage (2006)
Jeśli muzyka mogłaby zabijać, to ten album w swoim dniu premiery miałby szansę zapierdolić krytyczną masę osób. Ta płyta to była coś niespodziewanego, coś czego nikt nie oczekiwał a kiedy w końcu się z tym skonfrontował, poległ, nie mając czym się bronić. "Inhuman Rampage" była jak broń laserowa z galaktyki oddalonej od ziemi o lata świetlne, użyta na wojsku, uzbrojonym jedynie w karabiny i kilka czołgów. Ta płyta to był niestety jeden, jedyny złoty strzał w historii tej kapeli, bo potem już była równia pochyła w dół. Jeśli przedstawić karierę DragonForce na przykładzie paraboli, to jej najwyższy punkt to jest właśnie ten album - tylko album, bo jego odtworzenie na żywo było karkołomnym zadaniem nawet dla jego twórców. Ale w studiu musieli poczuć jakąś intergalaktyczną siłę która wypełniła ich po same gacie, bo wciąż kiedy słucham tego albumu zadaje sobie jedno proste pytanie: "jak to kurwa możliwe, że taka muzyka w ogóle istnieje i zrobiono ją na naszej planecie??!?!". Wiem że potem zarzucano im plastikowość, że wyśmiewano że to Nintendo-metal i tak dalej. Ale z "Inhuman Rampage" jest jak ze wspomnianą bronią laserową: jedni stwierdzą że to jakieś bezużyteczne, plastikowe gówno i nic nie zastąpi AK-47, drudzy natomiast poznają siłę jej rażenia i okażą respekt wobec technologii której nie pojmują.
Ulubione kawałki: "Revolution Deathsquad", "Operation Ground And Pound", "Storming The Burning Fields"
-
Hard Rock Fan
- -#Prisoner

- Posty: 100
- Rejestracja: pn maja 06, 2019 6:17 pm
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Fatum. Swego czasu często słuchałem ten album. Tytułowy czy Pokonać Strach to faktycznie taka odpowiedź na Turbo Judas Priest choć nie wiem czy oni się tym inspirowali. Jakieś dalekie echa Somewhere in Time też tam słychać, ale to już mniej. Dobre granie szkoda, że w zasadzie jednorazowe i ten zespół zniknął.
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Nie znam nie znam i jeszcze raz nie znam. Póki co , z listy znam jedynie Helloween i Dio, no i album KATa słyszany ostatnio gdzieś w okresie średniowiecza.
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Patrząc na Twój ranking, to zupełnie mnie to nie dziwi. Generalnie szanuję, bo widocznie czego innego oczekujesz od muzyki, ja jednak lubię poszukiwania i poszerzenie horyzontów, czego świadectwem jest niejako ten TOP50. Z drugiej strony troszkę mi Cię szkoda, bo bardzo dużo dobrej muzyki Ci przelatuje koło nosa.
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Ja wychodzę z założenia, że wszystko już było. Natomiast jak odkrywam coś nowego dla siebie, to są to rzeczy stare, które jakoś mi wcześniej umknęły. Omijam też rodzime produkcje, nie jesteśmy dobrzy ani w metalu ani prog rocku. Są niewielkie wyjątki, które i tak ostatecznie nie mają startu do Judas Priest czy Yes.
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 11843
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Fatum słyszałem, moim zdaniem cienizna. Dragon Force i Volbeat - bez komentarza, badziewia okropne


Chyba jak karabiny nerfgunInhuman Rampage" była jak broń laserowa z galaktyki oddalonej od ziemi o lata świetlne

Lubie Iron Maiden i Megadeth
pz = shakin stevens
oddawac długie podpisy
pz = shakin stevens
oddawac długie podpisy
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Fatum - bardzo lubię, ale w top 50 bym go nie wrzucił. Tytułowy to fantastyczny kawałek. Jeden z najlepszych w polskim heavy.
Turbo - bardzo lubię numery z tej płyty, ale jako płyta lepszy jednak Strażnik. Bardziej tam mi wszystko do siebie pasuje. Natomiast Tomek na pewno lepszy jest na Żywiole, zresztą on sam twierdzi, że tutaj śpiewał bardziej jak chciał, a na Strażniku to nie umiał
Sortliege - wolę Larmes De Heros. Muzyka świetna, ale z tym francuskim mam problem podczas słuchania. Dużo lepiej wchodzi mi np. rosyjski (chociaż żadnego z tych języków nie znam).
Turbo - bardzo lubię numery z tej płyty, ale jako płyta lepszy jednak Strażnik. Bardziej tam mi wszystko do siebie pasuje. Natomiast Tomek na pewno lepszy jest na Żywiole, zresztą on sam twierdzi, że tutaj śpiewał bardziej jak chciał, a na Strażniku to nie umiał
Sortliege - wolę Larmes De Heros. Muzyka świetna, ale z tym francuskim mam problem podczas słuchania. Dużo lepiej wchodzi mi np. rosyjski (chociaż żadnego z tych języków nie znam).
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Defenders of Steel
06: Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), Linkin Park
07: Judas Priest
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Nowy dzień, nowe pozycje 
Ten ranking będzie raczej coraz mniej dziwny, bo jednak coraz więcej będzie w nim klasyki. Aczkolwiek...

30. ICED EARTH - The Glorious Burden (2004)
Ja nigdy nie lubiłem Iced Earth. Miałem kilka podejść do tych najklasyczniejszych albumów formacji, ale nigdy nie udało mi się wytrzymać pełnego obiegu płyty. Jednak kiedyś w liceum wpadł na mnie koleżka i mówi:
- Słyszałeś że Rippera wyjebali z Priestów?
- No słyszałem, szkoda, lubiłem go.
- Śpiewa teraz w Iced Earth!
- Eee, nie lubię.
- Masz, kurwaaa, posłuchaj!
I włączył mi z walkmana fragment "The Glorious Burden", pamiętam jak dziś, to był numer "Red Baron / Blue Max". Cała szkoła widziała jak biegam chaotycznie po korytarzu i szukam pozostałości po swojej szczęce która opadła mi na podłogę. Tą kasetę od razu od kumpla pożyczyłem i... nie oddałem. Wciąż mam ją w szufladzie. Oczywiście później kupiłem sobie to na cd i zdarzyło się kilka razy, że z miesiąc czy dwa płyta przejeździła ze mną w samochodzie bez wyjmowania. Rippera zawsze uważałem za genialnego wokalistę, Schaffer natomiast napisał album który w końcu mogłem przesłuchać i to z wypiekami na twarzy. Najbardziej urzekają mnie tam momenty, kiedy sięgają po gitary akustyczne, które robią niesamowity klimat. Ale i te mocniejsze numery, naładowane są nie tylko olbrzymią energią ale i patriotycznym duchem, który unosi się nad całą zawartością płyty. Wiem, że nie jest to zbyt lubiany album przez fanów IE, ale dla mnie jest to jeden z dwóch naprawdę godnych uwagi (drugi to "Framing Armageddon").
Ulubione kawałki: "When The Eagle Cries", "Declaration Day", "Red Baron / Blue Max", "Atilla"

29. ETERNAL CHAMPION - The Armor Of Ire (2016)
Na początku stwierdziłem że mają głupią nazwę, ale było jednak coś takiego w tej okładce co wołało do mnie: "sprawdź to, nie pożałujesz". Ja nie pożałowałem, ale żona i córka tak, bo mieli tej płyty serdecznie dość, bo puszczałem i śpiewałem ją w każdym możliwym miejscu o każdym możliwym czasie. "The Armor Of Ire" wyróżnia się na tle innych produkcji spod znaku NWOTHM niecodziennym brzmieniem, które nawet nie jest stylizowane na lata 80-te, a raczej jakby było nagrane gdzieś w wielkich holach Valhalli, gdzie bębny nie bębnią a grzmią, gitary nie grają a huczą, a wokalista nie śpiewa tylko zagrzewa do walki głosem charakterystycznym i w zasadzie nie podobnym do nikogo innego. Dużo jest tu klimatycznych, natchnionych bitewnych hymnów, które rażą swoim ciężarem i nienawistną furią. Odnajduję na tej płycie ten sam ładunek emocji co na "Hail To England" Manowara, choć muzycznie to dwie różne płyty.
Ulubione kawałki: "I Am The Hammer", "The Cold Sword", "The Armor Of Ire"

28. MANOWAR - Kings Of Metal (1988)
Kiedy odkrywałem po raz pierwszy tę płytę, byłem już po "Fightning The World" i "Hail To England" i poczułem się... rozczarowany. Dopiero po czasie odkryłem moc tego materiału, kiedy przerzuciłem się z pooranej kasety na świeżo wypaloną cd-r z wydrukowaną na drukarce atramentowej okładką. Zapłaciłem kumplowi za ten wydruk i wypalenie 20 zł, ale wcale nie czułem się zrobiony w chuja, bo w końcu miałem "Kings of Metal" w dobrej jakości (wypalone na płytę 192 kbp/s). I wtedy właśnie pokochałem tę płytę, za jej nadęcie, za pompatyczność, za ten eklektyzm rock'n'rolla w stosunku do chóralnych arcydzieł w postaci "The Crown And The Ring". To był ten czas, kiedy jako nastolatek ze szczenięcym wąsem pod nosem chcesz jedną ręką grać na basie jak De Maio, drugą jak Ross The Boss, trzecią która Ci za chwile wyrośnie walić w bębny jak Scott Columbus no i do tego drzeć ryja jak Eric Adams. Nawet po latach jak wracam do tej płyty (już na oryginalnym wydaniu
), wciąż bym tak chciał
Ulubione kawałki: "Hail & Kill", "Blood of the Kings", "The Crown And The Ring"

27. RUNNING WILD - Under Jolly Roger (1987)
W sumie to zwykle jebała mnie cała ta piracka otoczka, poszukiwanie skarbów i tak dalej. Riffy Rock'n'Rolfa rzadko kojarzyły mi się z szantami, ale miały takie powera że w sumie dla mnie mogłyby i kojarzyć się z Hello Kitty. Pierwsze poznałem "Port Royal" które zrobiło na mnie zajebiste wrażenie, ale "Under Jolly Roger" mnie znokautowało. Przede wszystkim dlatego, że to monumentalny zbiór speed metalowych hymnów niemalże bez chwili wytchnienia. Szorstki wokal Kasparka w połączeniu do gnających niczym sztorm riffów i rytmicznych podkładów robił piorunujące wrażenie. Kasetę mam do dziś, ale zajechałem ją krytycznie na swoim walkmanie. Potem jak już po wielu latach zdecydowałem się kupić płytę i wywaliłem na nią jakieś 100+ złotych, to zapowiedzieli że wypuszczają eleganckie remastery... Obie płyty stoją na półce
Ulubione kawałki: "Raw Ride", "Raise Your Fist", "Diamonds Of The Black Chest"

26. LOUDNESS - Thunder In The East (1985)
Do Japońskiej sceny hard'n'heavy dotarłem dość późno, ale w sumie nie płaczę bo odkrywam masę wspaniałej muzyki na nowo. Zwłaszcza, że japoński rynek wydał na świat rzeczy, które w niczym nie ustępują europejsko-amerykańskim tuzom ciężkiego grania. Dowodem jest właśnie "Thunder In The East", który od pierwszego riffu kopie w dupę prosto z czuba. Gostek na gitarze, Akira Takasaki, gra na tej płycie takie rzeczy, że niejeden wioślarz męczy się od samego patrzenia na tabulaturę. Fajne w tym wszystkim jest to, że mimo iż Loudness śpiewa w całości "in inglisz", to maniera Minoru Niihary w kilka sekund zdradza, że goście pochodzą z kraju kwitnącej wiśni. Muzycznie to glam metal najwyższej próby, gniewny i rebeliancki, ciężk i niegrzeczny, a jednocześnie bardzo korzenny i niezwykle swojski w brzmieniu i kompozycjach. Szkoda że Loudness wciąż jest niestety niezbyt znany w Europie i raczej nie ma szans żeby odbyli większą trasę koncertową po naszym kontynencie, nie wspominając już o wizycie w Polandii...
Ulubione kawałki: "Crazy Nights", "Like Hell", "Run For Your Life"
CDN...
Ten ranking będzie raczej coraz mniej dziwny, bo jednak coraz więcej będzie w nim klasyki. Aczkolwiek...

30. ICED EARTH - The Glorious Burden (2004)
Ja nigdy nie lubiłem Iced Earth. Miałem kilka podejść do tych najklasyczniejszych albumów formacji, ale nigdy nie udało mi się wytrzymać pełnego obiegu płyty. Jednak kiedyś w liceum wpadł na mnie koleżka i mówi:
- Słyszałeś że Rippera wyjebali z Priestów?
- No słyszałem, szkoda, lubiłem go.
- Śpiewa teraz w Iced Earth!
- Eee, nie lubię.
- Masz, kurwaaa, posłuchaj!
I włączył mi z walkmana fragment "The Glorious Burden", pamiętam jak dziś, to był numer "Red Baron / Blue Max". Cała szkoła widziała jak biegam chaotycznie po korytarzu i szukam pozostałości po swojej szczęce która opadła mi na podłogę. Tą kasetę od razu od kumpla pożyczyłem i... nie oddałem. Wciąż mam ją w szufladzie. Oczywiście później kupiłem sobie to na cd i zdarzyło się kilka razy, że z miesiąc czy dwa płyta przejeździła ze mną w samochodzie bez wyjmowania. Rippera zawsze uważałem za genialnego wokalistę, Schaffer natomiast napisał album który w końcu mogłem przesłuchać i to z wypiekami na twarzy. Najbardziej urzekają mnie tam momenty, kiedy sięgają po gitary akustyczne, które robią niesamowity klimat. Ale i te mocniejsze numery, naładowane są nie tylko olbrzymią energią ale i patriotycznym duchem, który unosi się nad całą zawartością płyty. Wiem, że nie jest to zbyt lubiany album przez fanów IE, ale dla mnie jest to jeden z dwóch naprawdę godnych uwagi (drugi to "Framing Armageddon").
Ulubione kawałki: "When The Eagle Cries", "Declaration Day", "Red Baron / Blue Max", "Atilla"
29. ETERNAL CHAMPION - The Armor Of Ire (2016)
Na początku stwierdziłem że mają głupią nazwę, ale było jednak coś takiego w tej okładce co wołało do mnie: "sprawdź to, nie pożałujesz". Ja nie pożałowałem, ale żona i córka tak, bo mieli tej płyty serdecznie dość, bo puszczałem i śpiewałem ją w każdym możliwym miejscu o każdym możliwym czasie. "The Armor Of Ire" wyróżnia się na tle innych produkcji spod znaku NWOTHM niecodziennym brzmieniem, które nawet nie jest stylizowane na lata 80-te, a raczej jakby było nagrane gdzieś w wielkich holach Valhalli, gdzie bębny nie bębnią a grzmią, gitary nie grają a huczą, a wokalista nie śpiewa tylko zagrzewa do walki głosem charakterystycznym i w zasadzie nie podobnym do nikogo innego. Dużo jest tu klimatycznych, natchnionych bitewnych hymnów, które rażą swoim ciężarem i nienawistną furią. Odnajduję na tej płycie ten sam ładunek emocji co na "Hail To England" Manowara, choć muzycznie to dwie różne płyty.
Ulubione kawałki: "I Am The Hammer", "The Cold Sword", "The Armor Of Ire"
28. MANOWAR - Kings Of Metal (1988)
Kiedy odkrywałem po raz pierwszy tę płytę, byłem już po "Fightning The World" i "Hail To England" i poczułem się... rozczarowany. Dopiero po czasie odkryłem moc tego materiału, kiedy przerzuciłem się z pooranej kasety na świeżo wypaloną cd-r z wydrukowaną na drukarce atramentowej okładką. Zapłaciłem kumplowi za ten wydruk i wypalenie 20 zł, ale wcale nie czułem się zrobiony w chuja, bo w końcu miałem "Kings of Metal" w dobrej jakości (wypalone na płytę 192 kbp/s). I wtedy właśnie pokochałem tę płytę, za jej nadęcie, za pompatyczność, za ten eklektyzm rock'n'rolla w stosunku do chóralnych arcydzieł w postaci "The Crown And The Ring". To był ten czas, kiedy jako nastolatek ze szczenięcym wąsem pod nosem chcesz jedną ręką grać na basie jak De Maio, drugą jak Ross The Boss, trzecią która Ci za chwile wyrośnie walić w bębny jak Scott Columbus no i do tego drzeć ryja jak Eric Adams. Nawet po latach jak wracam do tej płyty (już na oryginalnym wydaniu
Ulubione kawałki: "Hail & Kill", "Blood of the Kings", "The Crown And The Ring"
27. RUNNING WILD - Under Jolly Roger (1987)
W sumie to zwykle jebała mnie cała ta piracka otoczka, poszukiwanie skarbów i tak dalej. Riffy Rock'n'Rolfa rzadko kojarzyły mi się z szantami, ale miały takie powera że w sumie dla mnie mogłyby i kojarzyć się z Hello Kitty. Pierwsze poznałem "Port Royal" które zrobiło na mnie zajebiste wrażenie, ale "Under Jolly Roger" mnie znokautowało. Przede wszystkim dlatego, że to monumentalny zbiór speed metalowych hymnów niemalże bez chwili wytchnienia. Szorstki wokal Kasparka w połączeniu do gnających niczym sztorm riffów i rytmicznych podkładów robił piorunujące wrażenie. Kasetę mam do dziś, ale zajechałem ją krytycznie na swoim walkmanie. Potem jak już po wielu latach zdecydowałem się kupić płytę i wywaliłem na nią jakieś 100+ złotych, to zapowiedzieli że wypuszczają eleganckie remastery... Obie płyty stoją na półce
Ulubione kawałki: "Raw Ride", "Raise Your Fist", "Diamonds Of The Black Chest"
26. LOUDNESS - Thunder In The East (1985)
Do Japońskiej sceny hard'n'heavy dotarłem dość późno, ale w sumie nie płaczę bo odkrywam masę wspaniałej muzyki na nowo. Zwłaszcza, że japoński rynek wydał na świat rzeczy, które w niczym nie ustępują europejsko-amerykańskim tuzom ciężkiego grania. Dowodem jest właśnie "Thunder In The East", który od pierwszego riffu kopie w dupę prosto z czuba. Gostek na gitarze, Akira Takasaki, gra na tej płycie takie rzeczy, że niejeden wioślarz męczy się od samego patrzenia na tabulaturę. Fajne w tym wszystkim jest to, że mimo iż Loudness śpiewa w całości "in inglisz", to maniera Minoru Niihary w kilka sekund zdradza, że goście pochodzą z kraju kwitnącej wiśni. Muzycznie to glam metal najwyższej próby, gniewny i rebeliancki, ciężk i niegrzeczny, a jednocześnie bardzo korzenny i niezwykle swojski w brzmieniu i kompozycjach. Szkoda że Loudness wciąż jest niestety niezbyt znany w Europie i raczej nie ma szans żeby odbyli większą trasę koncertową po naszym kontynencie, nie wspominając już o wizycie w Polandii...
Ulubione kawałki: "Crazy Nights", "Like Hell", "Run For Your Life"
CDN...
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 11843
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Same petardy, brawo.
Lubie Iron Maiden i Megadeth
pz = shakin stevens
oddawac długie podpisy
pz = shakin stevens
oddawac długie podpisy
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Under Jolly Roger to album gdzie z jednej strony są już piraci, z drugiej jeszcze stary sposób śpiewania Rolfa. Na dwóch następnych krążkach zmienił styl wokalny, więcej tam podniosłych, wysokich zaśpiewów. Oba style są dobre. Wolę Rogera od dwóch pierwszych płyt, ale cztery następne były już jednak lepsze. Także od strony technicznej.
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Mimo iż cenię "Port Royal" i "Death Or Glory", to jednak właśnie ze względu na to 'wygładzenie' wokali i w sumie samej muzyki też, nie są to dla mnie płyty do których wracam zbyt często. Zdecydowanie wolę tą Rolfową surowość z "Under Jolly Roger".
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Te okładki Manowar i Eternal Champion... jakby Arnold sprzed lat.
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Defenders of Steel
06: Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), Linkin Park
07: Judas Priest
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Lecimy z tematem dalej, zaczyna się robić ciasno jak w spodniach Dickinsona w latach 80-tych

25. POKOLGEP - Pokoli Szinjatek (1987)
Jak tylko zobaczyłem tę okładkę, pośród wielu innych płyt sprzedawanych na targach staroci, wiedziałem że to musi być coś dobrego. Kupiłem w ciemno i nie żałuję, bo to kapitalny heavy metal zza Żelaznej Kurtyny. W tych czasach fascynujące jest to, że sprzęt był kiepski, studia nagraniowe w zasadzie nie przystosowane do nagrywania takiej muzyki, a jednak iskry z głośników lecą za każdym razem kiedy odpala się ten materiał. Prócz riffów wyróżnia się to Jozsef Kalapacs, świetny metalowy krzykacz. Muzyka Pokolgep to dość złowieszczy i mroczny heavy, przypomina mi trochę klimatem Angel Witch, wczesne Slayery i naszego rodzimego Kata. "Pokoli Szinjatek", mimo iż wydany po świetnym debiucie i przed wspaniałym następcą, po latach jest chyba moim ulubionym wydawnictwem Węgrów.
Ulubione kawałki: "Vallomás", "Pokoli Színjáték", "Újra Születnék"

24. RIOT - Thundersteel (1988)
"Coś co ma tak zabójczy tytuł nie może być słabe" - pomyślałem sobie widząc tę płytę w sklepie. Miałem rację. To w zasadzie już tak żelazna klasyka, że ciężko coś odkrywczego o tym albumie napisać. Wciąż rozwalają mnie wysokie wokale Tony'ego Moore'a i te gitarowe kombinacje Reale'go. No i rozwiązania kompozycyjne, jak wesoły i skoczny refren najlepszego na płycie "Flight of the Warrior". Zabójczy tytuł - zabójcza płyta.
Ulubione kawałki: "Flight of the Warrior", "Thundersteel", "Sign Of The Crimson Storm"

23. ARIA - Kreszczenije Ogniom (2003)
Pamiętam jak dziś, kiedy przeczytałem recenzję tego albumu autorstwa naszego forumowicza Krusejdera, na łamach Heavy Metal Pages. Uznałem, że tę płytę muszę mieć! Wcześniej znałem Arii tylko jeden album, "Igra S Ogniom" i wiedziałem że stać ich na wiele. Kiedy w końcu dorwałem (wtedy) najnowsze dzieło Rosjan, padłem na kolana! To zbiór klasycznych, najlepszych heavy metalowych hymnów jakie można było w tamtym czasie nagrać. Genialny Artur Bierkut na wokalu, wspaniała praca gitarowa autorstwa Chołstynin - Popow i do tego Maidenowa sekcja - to nie mogło się nie udać. Wielu ludzi mówi że to rosyjskie Iron Maiden, ale to porównanie dość na wyrost, zwłaszcza jeśli wsłuchać się w "Krieszczenije...", które zawiera nie tylko heavy galopadę, ale także odniesienia do Rosyjskiego folkloru (utwór tytułowy czy kończący płytę "Bal U Kniazia Tmy") czy bardziej nowoczesne, cięte riffowanie. Wisienką na torcie jest epicki "Pałacz", rozbudowany i pełny kapitalnych melodii utwór który z minuty na minutę narasta i rośnie w potęgę - to co wyczynia tam Bierkut, to jak głęboko jest w tym tekście, to elementarz dla wokalistów heavy metalowych. Różnorodna płyta,w zasadzie bez słabych momentów.
Ulubione kawałki: "Kolizej", "Bitwa', " Twój Nowyj Mir", "Bal U Kniazia Tmy", "Pałacz"

22. JUDAS PRIEST - Firepower (2018)
Już kiedy usłyszałem zapowiadający ten album "Lightning Strikes", czułem że ta płyta może zaskoczyć, zwłaszcza w stosunku do dość nijakiego "Reedemer of Souls". Nie zawiodłem się. "Firepower" wjechał na pełnej kurwie i zmiażdżył, kompletnie niespodziewanie. Nie wiem jak im się to udało, ale ta płyta to dla mnie monument i jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza, płyta z muzyką hard'n'heavy wydana w bieżącym millenium. Brzmienie - soczyste, mięsiste, porażające (nie dbam o to ile ma decybeli i czy jest bardzo czy średnio skompresowane, skoro łamie żebra to po co to drążyć?), forma zespołu - wspaniała, wokale Halforda - różnorodne i powalające, kompozycje - przywodzące na myśl klasykę z lat 80-tych i 90-tych. Nie mam się do czego przyczepić przy tym krążku, bo wszystko mi się tu zgadza i wszystko jest takie jak być powinno. Judas rządzi.
Ulubione kawałki: "Firepower", "Lightning Strikes", "Rising From Ruins", "No Surrender", "Sea Of Red"

21. RAINBOW - Rising (1976)
Jeśli jest ktoś na tym forum kto powie że ta płyta jest słaba czy że nie jest klasyczna, to powinien się jak najszybciej udać do laryngologa lub psychiatry, bo trzeba być albo głuchym albo niespełna rozumu aby nie docenić kunsztu tego dzieła. W sumie prócz nieco miałkiego "Do You Close Your Eyes", ten krążek nie ma słabych chwil i jest potęgą, można rzec że niedoścignionym obrazem hard rockowej doskonałości. Dla mnie bohaterem tej płyty nie jest ani Ronnie, ani Ritchie - jest nim Cozy Powell. Wstęp do "Stargazer" to chyba najlepszy wstęp perkusyjny ever w świecie muzyki, a sama jego gra na tej płycie to mistrzostwo świata którego nikt później nie przebił.
Ulubione kawałki: "Stargazer", "Tarot Woman"

25. POKOLGEP - Pokoli Szinjatek (1987)
Jak tylko zobaczyłem tę okładkę, pośród wielu innych płyt sprzedawanych na targach staroci, wiedziałem że to musi być coś dobrego. Kupiłem w ciemno i nie żałuję, bo to kapitalny heavy metal zza Żelaznej Kurtyny. W tych czasach fascynujące jest to, że sprzęt był kiepski, studia nagraniowe w zasadzie nie przystosowane do nagrywania takiej muzyki, a jednak iskry z głośników lecą za każdym razem kiedy odpala się ten materiał. Prócz riffów wyróżnia się to Jozsef Kalapacs, świetny metalowy krzykacz. Muzyka Pokolgep to dość złowieszczy i mroczny heavy, przypomina mi trochę klimatem Angel Witch, wczesne Slayery i naszego rodzimego Kata. "Pokoli Szinjatek", mimo iż wydany po świetnym debiucie i przed wspaniałym następcą, po latach jest chyba moim ulubionym wydawnictwem Węgrów.
Ulubione kawałki: "Vallomás", "Pokoli Színjáték", "Újra Születnék"

24. RIOT - Thundersteel (1988)
"Coś co ma tak zabójczy tytuł nie może być słabe" - pomyślałem sobie widząc tę płytę w sklepie. Miałem rację. To w zasadzie już tak żelazna klasyka, że ciężko coś odkrywczego o tym albumie napisać. Wciąż rozwalają mnie wysokie wokale Tony'ego Moore'a i te gitarowe kombinacje Reale'go. No i rozwiązania kompozycyjne, jak wesoły i skoczny refren najlepszego na płycie "Flight of the Warrior". Zabójczy tytuł - zabójcza płyta.
Ulubione kawałki: "Flight of the Warrior", "Thundersteel", "Sign Of The Crimson Storm"

23. ARIA - Kreszczenije Ogniom (2003)
Pamiętam jak dziś, kiedy przeczytałem recenzję tego albumu autorstwa naszego forumowicza Krusejdera, na łamach Heavy Metal Pages. Uznałem, że tę płytę muszę mieć! Wcześniej znałem Arii tylko jeden album, "Igra S Ogniom" i wiedziałem że stać ich na wiele. Kiedy w końcu dorwałem (wtedy) najnowsze dzieło Rosjan, padłem na kolana! To zbiór klasycznych, najlepszych heavy metalowych hymnów jakie można było w tamtym czasie nagrać. Genialny Artur Bierkut na wokalu, wspaniała praca gitarowa autorstwa Chołstynin - Popow i do tego Maidenowa sekcja - to nie mogło się nie udać. Wielu ludzi mówi że to rosyjskie Iron Maiden, ale to porównanie dość na wyrost, zwłaszcza jeśli wsłuchać się w "Krieszczenije...", które zawiera nie tylko heavy galopadę, ale także odniesienia do Rosyjskiego folkloru (utwór tytułowy czy kończący płytę "Bal U Kniazia Tmy") czy bardziej nowoczesne, cięte riffowanie. Wisienką na torcie jest epicki "Pałacz", rozbudowany i pełny kapitalnych melodii utwór który z minuty na minutę narasta i rośnie w potęgę - to co wyczynia tam Bierkut, to jak głęboko jest w tym tekście, to elementarz dla wokalistów heavy metalowych. Różnorodna płyta,w zasadzie bez słabych momentów.
Ulubione kawałki: "Kolizej", "Bitwa', " Twój Nowyj Mir", "Bal U Kniazia Tmy", "Pałacz"
22. JUDAS PRIEST - Firepower (2018)
Już kiedy usłyszałem zapowiadający ten album "Lightning Strikes", czułem że ta płyta może zaskoczyć, zwłaszcza w stosunku do dość nijakiego "Reedemer of Souls". Nie zawiodłem się. "Firepower" wjechał na pełnej kurwie i zmiażdżył, kompletnie niespodziewanie. Nie wiem jak im się to udało, ale ta płyta to dla mnie monument i jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza, płyta z muzyką hard'n'heavy wydana w bieżącym millenium. Brzmienie - soczyste, mięsiste, porażające (nie dbam o to ile ma decybeli i czy jest bardzo czy średnio skompresowane, skoro łamie żebra to po co to drążyć?), forma zespołu - wspaniała, wokale Halforda - różnorodne i powalające, kompozycje - przywodzące na myśl klasykę z lat 80-tych i 90-tych. Nie mam się do czego przyczepić przy tym krążku, bo wszystko mi się tu zgadza i wszystko jest takie jak być powinno. Judas rządzi.
Ulubione kawałki: "Firepower", "Lightning Strikes", "Rising From Ruins", "No Surrender", "Sea Of Red"

21. RAINBOW - Rising (1976)
Jeśli jest ktoś na tym forum kto powie że ta płyta jest słaba czy że nie jest klasyczna, to powinien się jak najszybciej udać do laryngologa lub psychiatry, bo trzeba być albo głuchym albo niespełna rozumu aby nie docenić kunsztu tego dzieła. W sumie prócz nieco miałkiego "Do You Close Your Eyes", ten krążek nie ma słabych chwil i jest potęgą, można rzec że niedoścignionym obrazem hard rockowej doskonałości. Dla mnie bohaterem tej płyty nie jest ani Ronnie, ani Ritchie - jest nim Cozy Powell. Wstęp do "Stargazer" to chyba najlepszy wstęp perkusyjny ever w świecie muzyki, a sama jego gra na tej płycie to mistrzostwo świata którego nikt później nie przebił.
Ulubione kawałki: "Stargazer", "Tarot Woman"
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Fajne wybory. Wszystko (poza Węgrami) znam i lubię. Rising byłby u mnie zdecydowanie wyżej. Gdyby nie Do You Close..., byłby albumem idealnym.
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Defenders of Steel
06: Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), Linkin Park
07: Judas Priest
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 11843
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Rainbow i Riot bardzo dobre wybory, Firepower AŻ tak wysoko? Zaskoczony jestem
Lubie Iron Maiden i Megadeth
pz = shakin stevens
oddawac długie podpisy
pz = shakin stevens
oddawac długie podpisy
- blackcocker
- -#Moderator

- Posty: 12430
- Rejestracja: czw cze 14, 2018 9:04 pm
- Skąd: HerbacianePolaBatumi
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Ja też jestem bardzo zaskoczony tak wysoką pozycją fajapały. Ariję muszę w końcu obadac...
#blackcocker2023
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
04: Hexvessel(?), Thy Catafalque, Kasia Lins/Hellripper
05: Metallica, Furia
06: Mystic Festival, Metallica, Iron Maiden + Alter Bridge + Queensryche, Alter Bridge, The Warning(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
04: Hexvessel(?), Thy Catafalque, Kasia Lins/Hellripper
05: Metallica, Furia
06: Mystic Festival, Metallica, Iron Maiden + Alter Bridge + Queensryche, Alter Bridge, The Warning(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
Być może za kilka lat sytuacja z "Firepower" się zmieni, ale póki co cały czas jestem pod ogromnym wrażeniem tej płyty i jej potęgi w stosunku do starych krążków Judasów. Zorganizujmy powtórkę tego rankingu za jakieś 5-10 lat i zobaczymy jak to będzie wyglądać 
Re: Top 50 płyt - WYZWANIE - Pucha
W weekend odpoczynek od kompa, więc zanim nastanie, wrzucam jeszcze kolejna piątkę - żarty się skończyły, zaczynamy finałową dwudziestkę!

20. MANOWAR - Hail To England (1984)
Stara kaseta bez okładki znaleziona na dnie pudełka ze świeżą dostawą kaset od jakiegoś kolegi ojca, który akurat pozbywał się zalegających taśm których wieki nie słuchał. Początkowo spojrzałem na napis, zaśmiałem rubasznie Manowar-Samowar i rzuciłem to w kąt. Kilka dni później jak wróciłem ze szkoły, z pokoju ojca dobiegały jakieś nieludzkie dźwięki, bębny łomociły jak na armageddon a wokalista krzyczał jak opętany. "Ooooo, kurrrwaaa, co to gra?!?!" - krzyknąłem wyraźnie podniecony. "Nie klnij gówniarzu! Przesłuchuje te kasety od kolegi" - odparł ojciec. Ale jak tylko wstał do kuchni, wyjąłem kasetę i zabrałem do siebie do pokoju i odpaliłem na swoim magnetofonie typu 'jamnik'. Muza mało nie rozwaliła głośników, a te dźwięki opętały mnie doszczętnie. Nie istnieje dla mnie lepsza płyta Manowar, "Hail To England" to młot na niewiernych, dumnie krocząca śmierć dla wrogów metalu i pozerów, nawałnica tratująca wszystko i wszystkich których spotka po drodze. Te grzmiące bębny Columbusa i wręcz nadludzka siła wokali Adamsa, wsparta karkołomnymi figurami basowo-gitarowymi Rossa i De Maio do dziś wydają mi się czymś czego nigdy wcześniej i nigdy później już nie usłyszałem. Bezlitosna perfekcja i brutalny kop w dupę.
Ulubione kawałki: "Army of the Immortals", "Blood of My Enemies", "Bridge of Death"

19. BLACK SABBATH - Headless Cross (1987)
Ojciec zawsze mi powtarzał: "jak masz kupować Black Sabbath, to kupuj tak żeby nie było za dużo kawałków z Dio albo z tym drugim leszczem". Wciąż mu nie wybaczyłem.
Kolega puścił mi to z jakiegoś starego kaseciaka i nie mogłem uwierzyć że to Black Sabbath - tak dobrze zagrane, tak cudownie nie-kanciaste i tak zwiewne, tak potężne, bez błazenady i niedociągnięć, z kimś kto wie jak śpiewać i robi to tak bardzo dobrze. Dla mnie to było objawienie, zwłaszcza że słuchając Sabbathu z Ozzym zawsze czułem, że to jest świetne, ale mogłoby być lepsze gdyby nie ten jęczący koleś za mikrofonem. Wiem że Sabbs z Ozzym zbudowali legendę, ale dla mnie jednak okres Osbourne'a mógłby nie istnieć, bo to co najlepsze w Sabbatach odkryłem na płytach z Martinem i Dio.
Ulubione kawałki: "Headless Cross", "Nightwing", "Devil & Daughter"

18. WARLOCK - Triump & Agony (1987)
Jakiś jarmark płytowy na lubelskiej starówce. Dziadek z winylami, obok niego pudło z napisem "wszystko za 5 zł". Brałem po okładkach jak leciało - ta fajna, biorę, ta wygląda nieźle - biorę! Jako 17 letni chłopak z pięćdziesiątką w kieszeni czułem się jak milioner w rajskim ogrodzie. Najfajniejszą okładkę miało właśnie "Triumph & Agony", więc to odpaliłem jako pierwsze. Zawsze uwielbiałem kobiece głosy, ale nie miałem okazji słyszeć ich nader często, zwłaszcza w metalu. Doro Pesch i to co wyśpiewała wraz z pierwszymi taktami "All We Are" przyprawiło mnie o nieprawdopodobne wręcz ciary. Czegoś takiego nie słyszałem nigdy w życiu, a to było tak dobre, tak mocne i w zasadzie miało wszystko to co uwielbiałem w ciężkim graniu. Kolejne utwory miażdżyły mnie jeszcze bardziej a cała płyta dokonała niezłego spustoszenia w mojej głowie i w sumie dokonuje go po dziś dzień. Lubię wracać do tej płyty, jest na niej niesamowita moc a te kawałki to majstersztyk niemieckiego heavy. I nie przeszkadza mi nieco bełkotliwy angielski Doro - prócz tego detalu, wszystko jest jak najbardziej na swoim miejscu.

17. GHOST - Meliora (2015)
Dla mnie bezsprzecznie najlepszy Ghost i serio nie wiem jak to możliwe że odjebaliście go pierwszego w Ghostowym survivorze
Pierwsza ich płyta która nosiła znamiona superprodukcji, muzyka totalna, bogato zaaranżowana ale trzymająca określone ramy, niepokojąca ale i przebojowa zarazem, ciężka ale i przyjemna kiedy trzeba. W zasadzie ten album jest perfekcyjnie ułożony, bardzo mądrze stworzony, przewodzi mu głębsza myśl i jest swego rodzaju monolitem. Podoba mi się delikatność "He Is", niepokojący nastrój "Cirice" czy obłędny finał w postaci "Deus In Absentia" - wszystko jest na swoim miejscu w przeciwieństwie do nieco 'nieuczesanych' poprzednich płyt. Słuchałem "Meliory" na zmianę z "Book Of Souls" i są to chyba moje najpiękniejsze wspomnienia z okresu ery cyfryzacji muzyki.
Ulubione kawałki: "He Is", "Absolution", "Deus In Absentia', "Cirice"

16. ANTHEM - Tightrope (1986)
"Tightrope" to album o którym w Europie mało kto słyszał, ale w Azji to absolutny kult. Nie ma się co dziwić, bo ten album to potęga, od brzmienia poprzez kompozycje. Japończycy są niczym metalowy monsun który nie dość że jest potwornie szybki, to jeszcze ma siłę wyrywać drzewa razem z korzeniami. Znowu mamy zabieg japońsko-angielski, więc samurajskie okrzyki w zwrotkach i angielskie refreny, co sprawdza się wręcz znakomicie. Eizo Sakamoto zaskakuje ciekawymi artykulacjami, a Hiroya Fukuda rzeźbi na gitarze takie rzeczy, że czasem ciężko to ogarnąć - wszystko to zamknięte w przebojowym, zwykle dość szybkim heavy metalowym graniu, w którym w charakterystyczny sposób miesza się klasyczne granie spod znaku NWOBHM z tajemniczą kulturą z Kraju Kwitnącej Wiśni.
Ciekawostka: to jedyny album Anthem, którego każde wydanie na świecie ma pomyloną tracklistę - kawałki za każdym razem ułożone są w innej kolejności niż sugeruje to spis na kopercie płyty. Podobno zaczęło się od misprintu pierwszego wydania winylowego, który potem został powielony na pierwszym wydaniu CD. A potem już się tak przyjęło, nikt tego nie poprawił na reedycji i nawet wydanie z 2018 roku, na kapitalnie brzmiący blue-spec CD ma taki sam błąd.
Ulubione kawałki: "Victim In Your Eyes", "Tightrope Dancer", "Finger's On The Trigger"

20. MANOWAR - Hail To England (1984)
Stara kaseta bez okładki znaleziona na dnie pudełka ze świeżą dostawą kaset od jakiegoś kolegi ojca, który akurat pozbywał się zalegających taśm których wieki nie słuchał. Początkowo spojrzałem na napis, zaśmiałem rubasznie Manowar-Samowar i rzuciłem to w kąt. Kilka dni później jak wróciłem ze szkoły, z pokoju ojca dobiegały jakieś nieludzkie dźwięki, bębny łomociły jak na armageddon a wokalista krzyczał jak opętany. "Ooooo, kurrrwaaa, co to gra?!?!" - krzyknąłem wyraźnie podniecony. "Nie klnij gówniarzu! Przesłuchuje te kasety od kolegi" - odparł ojciec. Ale jak tylko wstał do kuchni, wyjąłem kasetę i zabrałem do siebie do pokoju i odpaliłem na swoim magnetofonie typu 'jamnik'. Muza mało nie rozwaliła głośników, a te dźwięki opętały mnie doszczętnie. Nie istnieje dla mnie lepsza płyta Manowar, "Hail To England" to młot na niewiernych, dumnie krocząca śmierć dla wrogów metalu i pozerów, nawałnica tratująca wszystko i wszystkich których spotka po drodze. Te grzmiące bębny Columbusa i wręcz nadludzka siła wokali Adamsa, wsparta karkołomnymi figurami basowo-gitarowymi Rossa i De Maio do dziś wydają mi się czymś czego nigdy wcześniej i nigdy później już nie usłyszałem. Bezlitosna perfekcja i brutalny kop w dupę.
Ulubione kawałki: "Army of the Immortals", "Blood of My Enemies", "Bridge of Death"

19. BLACK SABBATH - Headless Cross (1987)
Ojciec zawsze mi powtarzał: "jak masz kupować Black Sabbath, to kupuj tak żeby nie było za dużo kawałków z Dio albo z tym drugim leszczem". Wciąż mu nie wybaczyłem.
Kolega puścił mi to z jakiegoś starego kaseciaka i nie mogłem uwierzyć że to Black Sabbath - tak dobrze zagrane, tak cudownie nie-kanciaste i tak zwiewne, tak potężne, bez błazenady i niedociągnięć, z kimś kto wie jak śpiewać i robi to tak bardzo dobrze. Dla mnie to było objawienie, zwłaszcza że słuchając Sabbathu z Ozzym zawsze czułem, że to jest świetne, ale mogłoby być lepsze gdyby nie ten jęczący koleś za mikrofonem. Wiem że Sabbs z Ozzym zbudowali legendę, ale dla mnie jednak okres Osbourne'a mógłby nie istnieć, bo to co najlepsze w Sabbatach odkryłem na płytach z Martinem i Dio.
Ulubione kawałki: "Headless Cross", "Nightwing", "Devil & Daughter"

18. WARLOCK - Triump & Agony (1987)
Jakiś jarmark płytowy na lubelskiej starówce. Dziadek z winylami, obok niego pudło z napisem "wszystko za 5 zł". Brałem po okładkach jak leciało - ta fajna, biorę, ta wygląda nieźle - biorę! Jako 17 letni chłopak z pięćdziesiątką w kieszeni czułem się jak milioner w rajskim ogrodzie. Najfajniejszą okładkę miało właśnie "Triumph & Agony", więc to odpaliłem jako pierwsze. Zawsze uwielbiałem kobiece głosy, ale nie miałem okazji słyszeć ich nader często, zwłaszcza w metalu. Doro Pesch i to co wyśpiewała wraz z pierwszymi taktami "All We Are" przyprawiło mnie o nieprawdopodobne wręcz ciary. Czegoś takiego nie słyszałem nigdy w życiu, a to było tak dobre, tak mocne i w zasadzie miało wszystko to co uwielbiałem w ciężkim graniu. Kolejne utwory miażdżyły mnie jeszcze bardziej a cała płyta dokonała niezłego spustoszenia w mojej głowie i w sumie dokonuje go po dziś dzień. Lubię wracać do tej płyty, jest na niej niesamowita moc a te kawałki to majstersztyk niemieckiego heavy. I nie przeszkadza mi nieco bełkotliwy angielski Doro - prócz tego detalu, wszystko jest jak najbardziej na swoim miejscu.

17. GHOST - Meliora (2015)
Dla mnie bezsprzecznie najlepszy Ghost i serio nie wiem jak to możliwe że odjebaliście go pierwszego w Ghostowym survivorze
Ulubione kawałki: "He Is", "Absolution", "Deus In Absentia', "Cirice"

16. ANTHEM - Tightrope (1986)
"Tightrope" to album o którym w Europie mało kto słyszał, ale w Azji to absolutny kult. Nie ma się co dziwić, bo ten album to potęga, od brzmienia poprzez kompozycje. Japończycy są niczym metalowy monsun który nie dość że jest potwornie szybki, to jeszcze ma siłę wyrywać drzewa razem z korzeniami. Znowu mamy zabieg japońsko-angielski, więc samurajskie okrzyki w zwrotkach i angielskie refreny, co sprawdza się wręcz znakomicie. Eizo Sakamoto zaskakuje ciekawymi artykulacjami, a Hiroya Fukuda rzeźbi na gitarze takie rzeczy, że czasem ciężko to ogarnąć - wszystko to zamknięte w przebojowym, zwykle dość szybkim heavy metalowym graniu, w którym w charakterystyczny sposób miesza się klasyczne granie spod znaku NWOBHM z tajemniczą kulturą z Kraju Kwitnącej Wiśni.
Ciekawostka: to jedyny album Anthem, którego każde wydanie na świecie ma pomyloną tracklistę - kawałki za każdym razem ułożone są w innej kolejności niż sugeruje to spis na kopercie płyty. Podobno zaczęło się od misprintu pierwszego wydania winylowego, który potem został powielony na pierwszym wydaniu CD. A potem już się tak przyjęło, nikt tego nie poprawił na reedycji i nawet wydanie z 2018 roku, na kapitalnie brzmiący blue-spec CD ma taki sam błąd.
Ulubione kawałki: "Victim In Your Eyes", "Tightrope Dancer", "Finger's On The Trigger"


