No i wróciłem - dopiero dzisiaj, bo zarzuciło mnie jeszcze na zaliczanie minibrowarów w Bydgoszczy, Toruniu i Kaliszu

Ino-Rock to bardzo przyjemny festiwal. Strasznie dziwiło mnie, że dostali pozwolenie na granie tak blisko bloków mieszkalnych i uzdrowiska, nie sądziłem że w kraju gdzie jest tylu polaków-cebulaków nie będzie skarg "bo panie, dwudziesta czecia a oni mie tam hałasujo za oknem". Albo, że nikt się tymi skargami nie przejmie

ale do rzeczy.
Miejsce jest kameralne, ludzi też było mało. Pod sceną nie było żadnego tłumu, kto chciał stać blisko barierek, to stał - obojętnie na którym zespole. Większość ludzi siedziała sobie na ławeczkach. Było jedzenie, picie, stoiska z merchem. Na tych stoiskach zresztą po koncertach można było dostać autografy i pogadać z muzykami - z każdego grającego na festiwalu zespołu. Mam nadzieję, że frekwencja nie załamała organizatorów i doczekamy się kolejnych edycji.
Dotarliśmy na koncert w połowie Soen - zespołu w którym gra były perkman Opeth. Nie nudzili, całkiem OK. Tak samo jak następny zespół: Gazpacho. Bardzo dobra sekcja instrumentalna, tylko wokalista kiepski (ktoś to określił trafnie na last.fm: "wiało gejem"). Ale przyjechaliśmy tu tylko z jednego powodu i brzmiał on:
Hawkwind! Zespół-legenda, w Polsce okropnie niedoceniany (co też zresztą było widać po frekwencji). A koncert dali świetny, zarówno ze strony muzycznej jak i wizualnej. Piękna psychodelia, ciężko to oddać słowami, po prostu totalny kosmos i zachwyt. Tata stwierdził że to najlepszy koncert na jakim był, ale też jest fanem Hawkwind od jakichś 30 lat, więc trochę ciężko żeby był obiektywny

ale zgadzam się, było świetnie.
Nie sądzę żebym prędko wrócił na Ino-Rock, bo dla mnie to wyprawa i męcząca i kosztowna, ale jeśli ktoś będzie miał taką możliwość, to polecam.