W zeszłym tygodniu miałem dwa wyjazdy, zbliża się kolejny, więc biorę się do roboty zanim nazbiera się tego tyle, że mnie to przytłoczy
Jakoś w lutym był taki dzień, że szedłem sobie ulicą i słuchałem Aurory, rozważając jak głupi byłem, że na nią nie poszedłem kiedy grała we Wrocławiu (wniosek: bardzo głupi). No i tak sobie słuchałem, aż puściła mi się jakaś piosenka której nie znałem, bardziej drapieżna niż to czego oczekuję po Aurorze. Podobała mi się. Okazało się, że Spotify mi zapodał inną artystkę - niejaką
Kiki Rockwell. Od razu między nami zaiskrzyło

, zapętliłem tę piosenkę (było to "Burn Your Village"), potem posłuchałem innych, flashforward ze dwie godziny do przodu i już była to nazwa budząca moje spore zainteresowanie. Dziewczyna gra taki, hmm, nie wiem jak to określić, jakąś odmianę folku(?), jej twróczość ma taki dziwny DIY vibe, jakby nagrywała wszystko sama w swojej piwnicy xD, nie wiem jak to trafnie określić, ale coś mnie w niej urzekło, bardzo dobrze mi się słuchało jak śpiewała o jakichś wróżkach i smokach, mimo że to na codzień nie są moje klimaty. No więc zacząłem sobie ją googlać, a tu proszę jaki zbieg okoliczności, w kwietniu gra w Warszawie xD heh, klik klik, bilecik kupiony i tak to w parę godzin wszystko eskalowało.
W ogóle, ciekawostka, wydaje mi się że to była jej pierwsza trasa koncertowa - przynajmniej pod własnym nazwiskiem. Amerykański portal, ani inne internetowe źródła, nie mają żadnych śladów jej wcześniejszych koncertów. Można znaleźć informację, że wcześniej grała w jakimś nołnejmowym zespole, ale o tym jest jeszcze mniej. Więc wszystko wskazuje na to, że trasa po Europie 2026 była jej debiutem live. W sumie nie dziwię się, mieszka w Nowej Zelandii, komu by się chciało tak z krańca świata lecieć xD
No i nadszedł ten kwiecień, a konkretniej to 21, dokładnie zeszły wtorek. Pojechałem sobie pociągiem po pracy, i tu na uwagę zasługuje fakt, jak mi to pięknie zagrało czasowo. O 19 zaczynał support, o 20 Kiki. Supportu - niejakiego Finnegana Tui - nie obczajałem, więc było mi dość obojętne, albo go zobaczę, albo nie. Przyjechałem na dworzec centralny o 18:40 i spacerem udałem się do klubu Niebo. Punkt 18:58 do niego wszedłem. Idealnie. W środku - gargantuiczna kolejka do szatni, sięgająca prawie pod scenę (koncert był wyprzedany). Jak widać, pannie Rockwell udało się już jakoś przebić do publiczności. Z racji wczesnej pory oraz faktu, że spora część publiki stała jeszcze w tej kolejce do szatni, zająłem dobre miejsce blisko sceny. Akurat wyszedł Finnegan Tui - dość młody facet, który przez pół godziny z hakiem poplumkał sobie na gitarze. Przyjemne, OK. Tłum zgęstniał, trochę ponad moje granice komfortu, no ale czego się chłop spodziewał jak polazł blisko sceny.
Kiki wyszła punktualnie o 20, razem z dwoma tancerkami i perkusistą. Grała przez godzinęi 10 minut, w trakcie których zagrała 14 kawałków. Krótko! - powiecie. Tak - odpowiem - ale to OK. To było dobre, dynamiczne show, przemyślane, zawierające wszystkie ważniejsze kawałki z niezbyt obfitej (2 płyty) dyskografii artystki. Wydłużenie go mogłoby się okazać błędem, uwaleniem tej dynamiki, niepotrzebnym rozwleczeniem występu.
Dziewczyna ma naprawdę świetny wokal, ma bardzo dobry koncept na swoje występy - estetykę, choreografię, kolejność piosenek itd. Podobało mi się, publiczności też - reagowała bardzo żywiołowo. Solidny występ.
Swoją drogą, to Niebo to przestrzeń która ewidentnie nie była projektowana jako klub. Śmiesznie to wyglądało, że główna sala miała ogromne okna pozasłaniane zasłonami, bo na dworze... było jeszcze jasno. Jak ktoś ruszył zasłonę, to środek klubu opromieniało słoneczko, to było bardzo dziwne. Ilu z Was jest w stanie podać sytuację, gdzie na koncercie klubowym ma salę oświetloną naturalnym światłem? Ja nie umiem sobie przypomnieć. No ale poza tym, miejsce całkiem OK i w bdb lokalizacji, korzystnej dla przyjezdnych.
Koncert skończył się wcześnie (21:10), ja miałem Flixa powrotnego dopiero po północy. Mogłem się pospieszyć i zdążyć na wcześniejszego, o 22, ale nie chciałem, bo miałem to ładnie wymierzone, żeby wylądować na mieście wcześnie rano i jeszcze tam pozałatwiać rzeczy. A tak, to bym wrócił bodajże po 3 i nic mi po tym. No więc coś trzeba było ze sobą zrobić. Tuż obok Nieba znajduje się firmowy lokal Pinty, więc nogi same mnie tam poniosły, ale oto następił cud nad Wisłą. Stałem sobie tak w kolejce do baru, stałem, i ochota na piwo zaczęła mi przechodzić z każdą minutą. A bo drogo, a bo kraftowe żury, a bo ludzi dużo, a bo się sikać będzie chciało w busie, a bo noc będzie i tak męcząca a nie potrzebuję żeby jeszcze doszedł kac. No i zanim się doczekałem dwojej kolejki, to stwierdziłem że pierdolę, jadę już na zachodni i posiedzę sobie w tamtejszym wietnamczyku xD Starość, odpowiedzialność? Kto wie. W każdym razie, tak właśnie zrobiłem, w swojskim klimacie tamtejszego wietnamca zjadłem bardzo smaczną kolację, poczytałem sobie książkę i tak przeczekałem do północy aż podjechał Flixik. W autobusie odpadłem błyskawicznie i obudziłem się akurat, jak rano zjechaliśmy z autostrady we Wrocławiu. Trochę mnie martwi, jak dobrze przystosowałem się do spania w autokarach xD
Był to bardzo spokojny wyjazd, bez żadnych przygód, wyskoków. Ot, przyjechałem, poszedłem na koncert, było fajnie, wróciłem. Miło tak mieć czasem. Następnego dnia nawet nie byłem specjalnie zmęczony.
Minął czwartek, piątek, i koncertowy szlak wezwał znowu. Ale tu ponownie muszę się trochę cofnąć w czasie; jeśli ktoś to na tym etapie dalej czyta, to zakładam, że lubi xD (chyba, że musi - jak johnny - pozdrawiam i przepraszam, że tak Ci marnuję czas

).
Jest taka amerykańska DJka,
Andrea Botez. Popularność zdobyła, streamując na Twitchu razem z siostrą mecze szachowe (xD serio), komentując mecze innych, jakieś mistrzostwa itd. No ale zawsze gdzieś tam jej siedziało w głowie, że chce zostać DJką, więc zaczęła się uczyć fachu i IMO nauczyła się fantastycznie. Jest w techno stosunkowo nową nazwą, więc nie ma jeszcze wielkiej popularności, nie jest zapraszana na festiwale itd., występuje głównie w amerykańskich klubach, a i to nie jakoś często w porównaniu do innych. Więc niełatwo jest ją zobaczyć, jeśli się mieszka w Europie. Jej występy w Europie w ostatnich latach to 1 koncert w Berlinie w 2025 i 1 koncert w Berlinie w 2024. Widać tu pewien wzór, a więc monitorowałem sytuację i faktycznie - gdzieś chyba w lutym zapowiedziano, że znowu pojawi się w Berlinie, 25 kwietnia. Fajnie, sobota. To był dla mnie no-brainer, w chwili kiedy się dowiedziałem, już kupowałem bilet. Za całe potężne 15 euro. Zajebiście.
Minęło trochę czasu, a ja zacząłem kminić. Takie eventy (niestety) odbywają się w nocy, zaczynają się w okolicach północy, może 23. A więc mam całe popołudnie, ale i wieczór! w Berlinie. A w Berlinie dużo się dzieje. Więc może udałoby się jeszcze przed Andreą ogarnąć jakiś koncert xD I faktycznie!!! Tego dnia w mieście grali też jako co-headlinerzy stonerowo-psychodeliczni My Sleeping Karma i Colour Haze. Tak się składa, że obu nie widziałem, a znajdują się tam gdzieś na dalszych obszarach mojego koncertowego radaru. Fantastycznie. Zapisałem sobie to w głowie, minęło trochę czasu, w końcu stwierdziłem że czas kupić bilet... ale odkryłem, że w międzyczasie ogłoszono jeszcze inny event, który z miejsca mnie zainteresował. Organizatorzy fińskiego festiwalu Sonic Rites robili tego dnia w klubie Cassiopeia berlińską, klubową odnogę swojego festu. Pięć nazw, w tym: Nadja i Insect Ark. Oba zespoły uwielbiam. Najpierw drone metalowa terapia, a potem techno? Czy może być coś lepszego?? xD Bilecik kupiony, wyjazd rozplanowany.
W dniach poprzedzających sobotę zacząłem się lekko niepokoić, bo organizatorzy Sonic Rites kompletnie nie przejmowali się takimi rzeczami jak np. aktywność na fejsbukowym profilu wydarzenia, w szczególności zaś: podanie czasówki. Przyjazd miałem zaplanowany o 17:40, wg. FB event miał zacząć się o 17, tyle wiedziałem. Czy ktoś, na kim mi zależy, będzie grał kiedy jeszcze będę w drodze? A może przeciwnie, rozwleką sety tak, że kogoś przegapię bo będę musiał się już zawijać na Andreę? Tyle pytań, zero odpowiedzi. Dodatkowo, na event z Andreą też nie było czasówki, ale to nie wynikało z zaniedbania organizatora, tylko świadomej decyzji klubu. Na stronie Ritter Butzke stoi jak byk, że nie podają czasówek swoich wydarzeń i co pan nam zrobi. Czasówki są dostępne w formie kartek porozklejanych w klubie. Poniekąd rozumiem taką decyzję - przyjdź i obczaj też supporty, nie bądź snajperem który przyjdzie "za pięć" główna gwiazda. No ale z perspektywy uczestnika, szczeólnie takiego który przyjeżdża z innego miasta i chciałby sobie jakoś ułożyć wieczór, nie jest to specjalnie przyjazne.
No ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. W sobotę wsiadłem do Flixika i odkryłem że akurat z godzinę wcześniej organizatorzy Sonic Rites raczyli w końcu wrzucić rozpiskę. Była ona dobra. Pierwszy zespół - Kuroishi - zaczynał o 18, więc nie było bata żebym na niego zdążył, ale on mnie nie interesował. Natomiast druga wchodziła Nadja - o 18:45. Przyjazd o 17:40, koncert o 18:45? Do zrobienia, byleby nie było dużego opóźnienia. Nie było - przyjechałem o 17:50. Szybko w metro, zdążyłem jeszcze kupić sobie na dworcu kanapkę i wodę, i spokojnym spacerem udałem się do Cassiopei. Wchodziłem do klubu o 18:40, a więc ponownie miałem idealny timing. Zero spóźnienia, zero czekania. A musiałem jeszcze pokonać p o t ę ż n ą pokusę po drodze - ponieważ oto idę sobie, dochodzę już do klubu, a tu... browar. Nie robiłem pod tym kątem researchu na ten wyjazd, nie planowałem nic takiego, bo wiedziałem że nie będę miał czasu. A tu samo się rzuciło pod nogi, dosłownie obok klubu w którym mam koncert xD No aż mnie zatelepało, zacząłem od razu kombinować: idę!! (nie, Shedao, za kilka minut masz koncert na którym ci zależy), to tylko jedno małe wezmę!!! (nie, nie zdążysz na koncert), ale może nie muszę widzieć całego!!! (musisz, te sety i tak nie są długie), no i w końcu udało mi się przekonać samego siebie w wewnętrznym monologu że takie zboczenie z obranej trasy będzie złe. Na szczęście, czasówka Sonic Rites była na tyle sprzyjająca, że mogłem do browaru spokojnie zajść po zakończeniu eventu.
Na miejscu czekał mnie quest w postaci "znajdź koncert", bo nie było to takie oczywiste. Wchodzę do klubu, tam swoista recepcja, gdzie sprawdzono mi bilet i pokierowano z powrotem na zewnątrz, w lewo i po schodkach w górę i tam pan ma koncert. OK. Tak zrobiłem. Wszedłem, a tam jakaś pusta sala, kręci się kula dyskotekowa, stoi znudzony pan szatniarz. Eee. Co teras. Pan szatniarz podpowiedział kolejny krok - innymi schodkami w dół i w lewo. Tak zrobiłem i znalazłem się w jakiejś piwnicy na oko 10x15 metrów, gdzie było kilka osób, a na końcu scena, na której właśnie rozstawiała się
Nadja. Z piwnicy można było jeszcze przejść do malutkiego pomieszczenia gdzie rozstawione było wszystkich 5 zespołów ze swoim merchem. Płyty Nadji i Insect Ark jak darmo, po 10 euro, więc żal było nie wziąć. Tym bardziej, że sprzedawali je sami muzycy, więc zgarnąłem sobie od razu autografy (tzn. wtedy od Insect Ark, a od Nadji po koncercie, bo tam też przyszli). Fajnie. Już byłem zadowolony. Ale nie byłem gotowy na to, co się miało zaraz zadziać. Ponieważ zaczęła grać Nadja, i dała PRZEPOTĘŻNY KONCERT. O kurwa, chłopy, jak oni mnie zmiażdżyli. Lubię ich, widziałem już dwa razy na żywo, więc wiem z czym to się je, ale to było coś innego. Fenomenalne brzmienie, była tam nawet taka linia melodyczna, więc nie było to tylko rozkoszne buczenie xD Zagrali pół godziny, i jak tak sobie myślę teraz, to chyba było moje najlepsze pół godziny w tym roku xD A byłem przecież już na kilku fantastycznych koncertach. Genialnie zagrali, wbili mnie w ziemię, to było tak niespodziewane. Coś, co miało być przyjemnym bonusem na całym wyjeździe okazało się jego najmocniejszym punktem. Szok.
W klu...piwnicy na koncercie Nadji były w szczytowym momencie 24 osoby (policzyłem), choć ciężko powiedzieć, ile z nich to byli widzowie, bo pozostałe zespoły wychodziły ze swojej kanciapki oglądać się nawzajem xD. Czułem się więc bardzo.. wyjątkowo xD, organizator ewidentnie zebrał żniwo braku promocji wydarzenia, choć wiadomo, że drone to nie jest specjalnie popularny gatunek. A szkoda, bo skład był zacny, a i nie ograniczony tylko do rozkosznego buczenia, bo po Nadji wyszli panowie z
Sunniva. Było to jakieś takie metalowe darcie mordy, spory spadek po uniesieniach od Nadji, ale OK, posłuchane. Wtedy właśnie też pogadałem sobie z muzykami z Nadji, od Aidana Bakera dowiedziałem się, że mają w planach występ w Katowicach w sierpniu. Chyba trzeba będzie zrobić, patrząc na to, jak mi wszedł ten.
Po Sunniva wyszli
Insect Ark. Tu trochę byłem skonfundowany, bo nie było to rozkoszne buczenie, czego oczekiwałem, tylko jakiś, hmm, avant-garde metal, z wokalem i w ogóle. Okazalo się, że na ostatniej płycie zmienili stylistykę, a promowali głównie ją. No trudno. Wciąż, to był fajny występ, tylko nie oczekiwałem tego, co dostałem. Fajnie było ich w końcu zobaczyć. Mieli być we Wrocławiu jakoś na wiosnę 2020, miałem już bilet, no ale hehe.
Po nich na scenę wyszedł zespół
Weite. Pierwsze słyszałem, ale wrażenie bardzo pozytywne. Długie, instrumentalne kawałki, przypominające mi miks Yawning Man i God Is an Astronaut (a oba zespoły kocham). Świetnie się ich słuchało. Skończyli o grzecznej godzinie 22 (wyobraźcie sobie w Polsce festiwal na 5 zespołów kończący się o 22...), pożegnałem się z urokliwą piwniczką i udałem się do upragnionego browaru Schalander. Fajny on, ze sporym, przyjemnym ogródkiem (z którego niestety nie skorzystałem, bo było już ciemno i zimno), ale w środku też przyjemnie, taki klimat gospody. Zamówiłem sobie pilsa, był przepyszny, wspaniały, poprawiłem jeszcze dunkelem (słabym), pszenicznym (niezłym) i India Pale Lager (bardzo dobrym). Po czym ruszyłem w dalszą drogę, bo raz, że nie chciałem się napierdolić jak dzwon, a dwa, że zaczęła się zbliżać już 23, a nie znając czasówki, łapały mnie już obawy, że mogę przegapić samą Andreę, co byłoby bardzo nieprzyjemnym twistem na tym nadzwyczaj dotychczas udanym wieczorze. Po drodze zatrzymałem się jeszcze w jakiejś indyjskiej knajpie, gdzie zjadłem p o t ę ż n e g o i pysznego butter chickena, żeby trochę zagryźć to piwo, oraz podładowałem sobie telefon, ponieważ nie wiem czemu, ale wziąłem ze sobą na drogę ładowarkę a nie powerbanka. Lubię tak samgo siebie czasem zaskoczyć (niestety zazwyczaj negatywnie xD). Dalej - metro, spacer i przed północą wchodziłem do klubu Ritter Butzke. Na wejściu lekki stres, bo stało tam trzech ochroniarzy-selekcjonerów, którzy wybierali kto może wejść do klubu, a kto nie. Wtedy troszkę pożałowałem tego piwkowania, jeszcze bardziej kiedy selekcjonerzy zawrócili trójkę gości przede mną xDD, ale na szczęście ja nie miałem problemów. To by był kolejny plot twist, nie zostać wpuszczonym.
Sam klub to właściwie kompleks - dziedziniec, z którego odnogi prowadzą na trzy różne sale, gdzie równocześnie gra troje różnych DJów i tak do rana. Do wyboru, do koloru. Kilka szatni, barów, najciekawszy był sklepik w którym sprzedawano butelki z wodą, jakieś lekarstwa, chusteczki i całe mnóstwo lizaków (mniej obeznanych forumowiczów informuję, że fantastycznie wchodzą - i pomagają na suchość w ustach - ludziom na stymulantach typu MDMA czy amfetamina, a to taka subkultura, gdzie takie rzeczy są powszechne). Taki trochę spożywczak-drogeria w klubie. Zabawne.
Faktycznie na ścianach wywieszona była czasówka. Była północ, Andrea zaczynała o drugiej i kończyła o czwartej. Więc z jednej strony fajnie, uff, zdążyłem, z drugiej strony trzeba było jeszcze przetrwać dwie godziny i się nie wykończyć, żeby nie było tak, że nadejdzie moment po który tam w ogóle przyjechalem, a ja już lecę z nóg. I tak już byłem zmęczony. Poszedłem właśnie na jedną z trzech scen, ofc tę na której miała grać Andrea i siadłem sobie na takim podeście, gdzie miałem dobry widok na scenę. Była to taka "druga" sala klubu; na największej miał grać niejaki Dominik Eulberg. Słyszałem o nim, chętnie bym go też zobaczył, ale jego set pokrywał się z Andreą, więc musiałem odpuścić. Szkoda. W każdym razie - ta "moja" sala nie była specjalnie duża. Nie była też mała, ale wciąż... kameralne warunki. O północy zaczęła tam grać niejaka
biskuwi, którą znam, bo kilka kawałków nagrała razem z Andreą, więc pewnie były razem w bookingowym pakiecie. Niespecjalnie mi się podobało, przez pierwsze 45 minut grała głównie house, a house to pedalstwo (tu i tak to nikogo nie obchodzi, więc takie stwierdzenie nie będzie kontrowersyjne xD), potem poszła w mocniejszych kierunkach, końcówka była już fajna, ale jednak byłem skoncentrowany na oszczędzaniu sił.
Andrea wyszła punktualnie i co tu dużo mówić, pokazała kto jest szef, porwała mnie od samego początku i zafundowała dwie godziny solidnego kardio. Było tak, jak się spodziewałem i oczekiwałem po nagraniach z youtuba, czyli fantastyczna selekcja, niesłabnąca energia, dobre wyczucie flow. Kurwa, ona ma 24 lata, jest praktycznie samoukiem a daje występy na poziomie techno ekstraklasy. Mega szacunek. Wyszedłem zmęczony i zachwycony. Chwilę jeszcze się pokręciłem po klubie, a tu proszę, Andrea wyszła do ludzi, pogadaliśmy chwilę (ciekawostką byli pasjonaci... szachów, którzy zagadywali ją z tej strony, miałem wrażenie że przyszli na ten event dla tego aspektu), nie miałem niczego do podpisu no bo i co xD więc chociaż cyknęliśmy sobie fotkę i udałem się na autobus na dworzec, bo po 5 miałem Flixa powrotnego. Chyba nie muszę mówić, że we Flixie odcięło mnie w kilka sekund i ponownie obudziłem się na wjeździe do Wrocławia. A Andrea wbiła u mnie do bardzo wąskiego grona artystów, których chętnie zobaczę jeszcze raz.
Podsumowując, był to wypad dający pełnię satysfakcji, a nawet jej więcej niż się spodziewałem. Widziałem kilka świetnych występów z różnych bajek, dużo pozytywnych wrażeń, fajne pamiątki. Warto było.